Koniec złej tradycji

Z ks. JANEM PAŁYGĄ SAC, duszpasterzem związków niesakramentalnych, rozmawia JAROSŁAW MAKOWSKI

 

JAROSŁAW MAKOWSKI: – Czy Ksiądz potępia rozwody?
KS. JAN PAŁYGA: – A niby dlaczego miałbym potępiać?
W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy, że „małżeństwo zawarte między dwojgiem ludzi i dopełnione nie może być rozwiązane żadną ludzką władzą i z żadnej przyczyny, oprócz śmierci”.
– To przecież nie znaczy, że mam się od ludzi rozwiedzionych odwracać plecami. Przeciwnie: po to jestem księdzem, aby pomagać ludziom, którzy się pogubili w życiu, którym rozsypało się życie rodzinne. Jan Paweł II w adhortacji „Familiaris consortio” pisze, że takich ludzi mamy obowiązek otoczyć duszpasterską opieką, pomagać im w zachowaniu wiary i rozwoju religijności. Zachęcać do angażowania się w działalność społeczną i charytatywną Kościoła, a przede wszystkim do religijnego wychowywania dzieci. W cytowanym dokumencie nie ma ani słowa o potępianiu; przeciwnie, Papież takie rodziny nakazuje otoczyć szczególną opieką. Potępienie! – nie daj Boże, bym kiedykolwiek miał kogoś potępiać.
– Jeszcze nie tak znowu dawno księża chodząc po kolędzie omijali mieszkania i domy, w których mieszkali ludzie rozwiedzeni. Cóż takiego się stało, że Kościół zmienił spojrzenie na związki niesakramentalne?
– Sprawa w zasadzie jest prosta. Bardzo wzrosła liczba rozwodów. Przede wszystkim w krajach Europy zachodniej i Ameryce (w Stanach Zjednoczonych co trzecie małżeństwo się rozwodzi), ale także w Polsce – szczególnie w wielkich miastach – nie jest najlepiej. Problem jest poważny – zarówno na płaszczyźnie religijnej, jak i społecznej. Kościół jest świadomy, że rozwód i zawarcie drugiego związku małżeńskiego, już tylko cywilnego, jest wielkim zagrożeniem dla wiary i religijnego wychowania dzieci. Dlatego musiał się ustosunkować do tego zjawiska, by ratować rzecz najcenniejszą – wiarę.
Decyzje księży, którzy nie chcieli odwiedzać ludzi rozwiedzionych, wynikały z restrykcyjnych wskazań duszpasterskich. Na szczęście od tych mało chlubnych zjawisk już prawie odeszliśmy. Dziś bowiem owe zalecenia zmieniły się o sto osiemdziesiąt stopni: księża mają zwracać szczególną uwagę na tych chrześcijan, którzy żyją w związku niesakramentalnym. Byłem ostatnio na zebraniu dla księży diecezji warszawsko-praskiej, gdzie mówiłem o ludziach rozwiedzionych. Jeden z księży, który został niedawno proboszczem dużej warszawskiej parafii wstał i powiedział: „Zaglądam do kartoteki i widzę, że przy niektórych nazwiskach postawiona jest adnotacja – rozwiedzeni, nie wchodzić. I to była dobra wskazówka, aby właśnie do tych domów wejść”. Na sali podniosły się głosy sprzeciwu, ale ów ksiądz trzeźwo odpowiedział: „Jeśli ja nie wejdę, ci ludzie odejdą całkowicie od Kościoła, albo wejdą do nich Świadkowie Jehowy lub przedstawiciele grup parareligijnych”.
– Kościół mocno broni jedności i nierozerwalności małżeńskiej. Mówi, że rozwód jest poważnym wykroczeniem przeciw prawu naturalnemu, a zawarcie nowego związku, jak czytamy w Katechizmie, publicznym cudzołóstwem. Rodzi się więc pytanie: czy ta szczególna opieka nad ludźmi, którzy żyją w związkach niesakramentalnych nie jest zachętą do liberalnego podejścia do małżeństwa?
– To nie Kościół, to Pan Jezus naucza i wymaga wierności. W Ewangelii św. Marka czytamy: „każdy, kto oddala swoją żonę, popełnia cudzołóstwo względem niej. I jeśli żona opuści swego męża, a wyjdzie za innego, popełnia cudzołóstwo” (10,11–12). Nauczania Chrystusa Kościół nie może naruszyć, co oczywiście nie zwalnia nas z obowiązku nowego spojrzenia na tę naukę. Dzisiaj więcej wiemy o człowieku, o jego uwarunkowaniach psychicznych i fizycznych. Dlatego choćby w Prawie Kanonicznym jest mowa o ludziach, którzy z różnych powodów nie są w stanie założyć rodziny (małżeństwo z takim człowiekiem, jeśliby zostało zawarte, jest od samego początku nieważne). Stąd orzeczeń o nieważności małżeństw jest dziś wiele więcej niż jeszcze przed kilkoma laty.
Dwa lata temu rozmawiałem z sędzią sądu kościelnego w Lublinie, który powiedział mi, że na 100 spraw o orzeczenie nieważności małżeństwa, jakie wpłynęły w ciągu bodajże roku, aż 90 uzyskało pozytywną odpowiedź. Zajmujemy się tymi wszystkimi przypadkami dlatego, że rozwód jest wielkim dramatem ludzkim, społecznym i religijnym. Od tego też zależy przyszłość chrześcijaństwa, bo kiedy ludzie się rozchodzą, zaczynają mieć pretensje do znajomych, rodziców – no i księży, którzy ich dyskryminują. W konsekwencji prowadzi to buntu przeciwko Bogu i Kościołowi. Najczęściej wszystko to wynika z niewiedzy, czym jest chrześcijańskie małżeństwo i do czego zobowiązuje.
Dlaczego wielu ludzi, którzy z różnych powodów żyją w związkach niesakrametalnych, uważa, że Kościół jest dla nich niemiłosierny, a czasami po prostu „nieludzki”?
– Z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że nie chce dopuścić do sakramentów ludzi żyjących w związkach cywilnych nawet kiedy mamy do czynienia z sytuacjami wyjątkowymi, jak np. śmierć rodziców, chrzest lub ślub dziecka. Ich zdaniem Kościół powinien to zrobić, gdyż tu, na ziemi, jest dysponentem miłosierdzia Bożego. Po drugie, negatywny stosunek, by nie powiedzieć, arogancja niektórych księży do osób rozwiedzionych. I po trzecie, omijanie mieszkań rozwodników w czasie wizyt duszpasterskich.
– Ksiądz spotyka się z ludźmi, którzy żyją w związkach niesakramentalnych. Czy oni czują się gorszymi katolikami?
– Do jednej z parafii przyszła kobieta i mówi księdzu proboszczowi, że często się modli... Ten, nim biedaczka skończyła mówić, krzyknął: „Pani jest rozwiedziona! Pani modlitwa jest diabła warta”. Zabrzmi to jak banał, ale prawdziwy ksiądz tak nie postępuje z ludźmi. Książkę, którą napisałem na temat związków niesakramentalnych, chciałem zatytułować: „Druga kategoria wiernych”. Ci ludzie zaprotestowali, słusznie mówiąc, że „Oni też chcą być wierni”. Taki też jest tytuł mojej książki.
Oczywiście mam stały kontakt z tymi ludźmi: głoszę dla nich rekolekcje, pomagam w duchowych rozterkach... Co miesiąc mamy Mszę św., na którą przychodzi około 50 osób. Spotkanie jest raz w miesiącu, gdyż nie chcę ich odrywać od rodzin i parafii. Ponadto spotykamy się w dwóch grupach, po około 30 osób przeciętnie raz w miesiącu, by omówić bieżące sprawy ogólnokościelne, jak ich sytuacje rodzinne.
– Na czym polega specyfika duszpasterstwa związków niesakramentalnych?
– W takim duszpasterstwie chodzi przede wszystkim o zwyczajny, ludzki stosunek do drugiego człowieka. Trzeba najpierw ich wysłuchać. Dużo jest w nich żalu i pretensji, zwłaszcza do nas – duchownych. Najczęściej są to ludzie głęboko zranieni. Dlatego potrzeba dużo cierpliwości i wyrozumiałości, a także ludzkiego ciepła. A gdy już się wypłaczą i wyżalą, należy przejść do merytorycznych rozmów o tym, jak oni mogą i powinni odnaleźć się w Kościele, jak mają wychowywać dzieci. Jednym z tematów jest zawsze sprawa ważności sakramentalnego małżeństwa.
Wszystko to jednak nie miałoby najmniejszego sensu, gdybyśmy jako kapłani po prostu nie byli dla nich dobrzy. Bo dobro zawsze procentuje. Proszę zauważyć, że Chrystus nikogo nie potępiał. Rozmawiał z grzesznikami i miał dla nich dużo serca. Był tylko jeden człowiek, z którym nie zamienił ani jednego słowa – to Herod, który posunął się zbyt daleko w arogancji i złośliwości.
– Ale ludzie rozwiedzeni mają w Kościele ograniczone prawa: nie mogą przyjmować Komunii św. i przystępować do sakramentu pojednania.
– Otóż niektórzy mogą. Ci ludzie – szczególnie religijni – wybierają celibat, tzw. „białe małżeństwa”. Oczywiście nie jest to wielka liczba osób, bo na ten krok decydują się przede wszystkim osoby starsze. Nie dzielą oni więc łoża, ale prowadzą normalne życie rodzinne. I tym można udzielić rozgrzeszenia. Oni przystępują do Komunii św., idzie tylko o to, aby nie budzić publicznego zgorszenia: żeby nie wytykano ich palcami, że ślubu nie mają, a przystępują do Komunii. Muszą więc robić to dyskretnie.
– A co z młodymi, dla których wspólne łoże jest sprawą ważną?
– Im się proponuje, aby przyjmowali Komunię św. duchową, wyrazili akt żalu za grzechy i prosili Pana Boga, aby ich przyjął takimi, jakimi są. W czasie rekolekcji wprowadziłem też praktykę, że tych ludzi indywidualnie błogosławię Najświętszym Sakramentem.
Czasem twierdzi się, że Kościół nie dopuszcza ich do Eucharystii. To nieprawda: Eucharystia jest dla wszystkich. Niesakramentalnym zabrania się uczestnictwa tylko w jednym jej elemencie – Komunii św.
– A więc powiedzmy to jasno: ludzie, którzy żyją w związkach niesakramentalnych, nie są ludźmi spoza Kościoła.
– Absolutnie nie. Są naszymi braćmi i siostrami. Jeżeli ktoś twierdzi, albo nie daj Boże, uczy inaczej, niewiele wie o nauce Soboru Watykańskiego II i aktualnej myśli pastoralnej Kościoła.


PS.
Rekolekcje dla małżeństw niesakramantalnych odbędą się w kościele księży pallotynów w Warszawie na Pradze, ul. Skaryszewska 12, w dniach od 3–6 marca br. o godz. 19,00.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl