Film


Czarodzieje i mugole

Joanna Olech



Ekranizację „Harry’ego Pottera” wrzucam na tę samą półkę, na której tkwią „Titanic” i „Jurassic Park” – jest to półka imponujących skalą przedsięwzięć filmowych, które niewiele mnie obeszły.


Mój radykalny syn, entuzjasta kina europejskiego, twierdzi, że Hollywood jest jak król Midas na opak: czego dotknie, zamienia w guano. „Im większy budżet filmowy, tym większe prawdopodobieństwo pawia” – mawia przemądrzałe dziecko, a na hasło „superprodukcja” krzywi się i prycha. Puszczam te komentarze mimo uszu i kupuję bilet. Dwie i pół godziny spędzam pomiędzy siorbaczami coli i ciamkaczami popcornu, patrząc jak Amerykanie cocacolizują i popcornizują Harry’ego Pottera. Gdyby istniało zaklęcie, które mogłoby uchronić niektóre książki przed filmową adaptacją – z pewnością bym go użyła. 
Tuż po premierze polskiego wydania książki, kiedy trzeba było się opowiedzieć ZA lub PRZECIWKO Harry’emu – popłynęłam z prądem razem z armią potteromaniaków. Poczyniwszy konieczne zastrzeżenia do stylu pani Rowling, ubrałam się w barwy Gryffindoru i nadal je noszę. Pochlebiam sobie, że opowiadając się za Harrym – staję po stronie literatury, w szeregu moli książkowych (to moje ulubione zwierzątko). Wybaczyłam autorce nawet marketingowy zgiełk, jaki towarzyszy książce. 
Akces do grona fanów Harry’ego przyszedł mi łatwo – cykl Joanne Rowling ma swoje walory. Zróbmy sobie małe repetytorium z zalet książki: wartka akcja, suspens, sympatyczni bohaterowie i poczucie humoru... Dorzucę jeszcze brytyjski klimat – najpierw obyczajowy portrecik drobnomieszczan, strasznych Dursley’ów; potem mroczna, gotycka aura Hogwartu, umiejscowionego w surowych plenerach Szkocji. Książce zarzucano, że jest kompilacją wielu bajek i mitów. Trolle, smoki, jednorożce, centaury, trójgłowe psy i gobliny – cała ta mityczna menażeria tuła się po bajkach od stuleci. Joanne Rowling nonszalancko wrzuciła wszystkie monstra do jednego worka i z ich pomocą ulepiła skomplikowaną intrygę. Książka skonstruowana jest jak gra komputerowa – kolejne odsłony przybliżają nas do finału, gdzie gracz albo straci życie, albo weźmie całą pulę. 
Kiedy nakłady Harry’ego przekroczyły pierwszy milion egzemplarzy – stało się jasne, że ekranizacja jest nieuchronna. Opowieści Joanne Rowling to gotowe scenariusze filmowe. Pokusa była zbyt silna. Autorka oddała swoją książkę w ręce czarodziejów i mugoli.
Czarodziejami okazali się operator, scenograf, projektantka kostiumów i autor muzyki. Reżyser i scenarzysta to mugole. Wszyscy uczestnicy filmowego przedsięwzięcia pilnie odrobili swoje lekcje. Powstał jeszcze jeden bardzo profesjonalny, wizualnie atrakcyjny film. Prawie nic mu nie można zarzucić... poza tym, że jest wyprany z emocji i poczucia humoru. Nie mogło być inaczej – na emocje i humor zwyczajnie nie starczyło czasu. 
Zawiłą intrygę wymyśloną przez pisarkę z trudem upchnięto w dwuipółgodzinnym filmie. Realizatorzy wystrzegali się skrótów – nic dziwnego, z pewnością czuli na karku gorący oddech wielomilionowej armii potteromaniaków. Każdy, kto by się sprzeniewierzył literackiemu pierwowzorowi, poległby, obrzucony pustymi opakowaniami po Fasolkach Bertie Bootsa. Kiedy siedziałam na sali kinowej w tłumie dziesięciolatków – miałam okazję słyszeć, jak są komentowane wszelkie odstępstwa od książkowej fabuły. „Zmienili zaklęcie!” – awanturował się blondynek ubrany w papierową tiarę. „A gdzie eliksiry? Nie było eliksirów!” – męczyła ojca nieletnia czarownica. „Nimbus był przecież dostarczony w pudle, a nie w papierze” – upierały się moje córki. Skąd dzieci mają taką pamięć? Kiedy pani Agnieszka Fulińska sformułowała w „Wysokich Obcasach” listę zarzutów pod adresem Harry’ego – redakcję zasypała lawina listów od dzieci, które autorce artykułu w punktach wytknęły błędy merytoryczne i udowodniły, że nie dość uważnie przeczytała książkę. Potteromaniacy nie wybaczają! Nic dziwnego zatem, że producenci filmu stali się ich zakładnikami. 
O przekładach literackich ktoś powiedział, że są jak kobiety – jeśli wierne, to nieładne, a jak ładne, to niewierne. Podobnie bywa z adaptacją filmową. Tu dopilnowano, by była wierna... Bardzo wierna. Użyto w tym celu wypróbowanych filmowych grepsów. Bywalec kin z łatwością rozpozna stare sztuczki ograne w innych filmach. I tak na przykład Dumbledore jest bratem-bliźniakiem Gandalfa, którego obejrzymy w poprzedzającym film zwiastunie „Władcy Pierścieni”. Neville Longbottom spadnie z miotły i zawiśnie na maszcie flagowym jak dziesiątki aktorów przed nim, od Bustera Keatona poczynając. Mecz quidditcha nasuwa wspomnienie pościgów w „Gwiezdnych wojnach”. Wyjście na boisko wygląda jak wyjście na arenę w „Gladiatorze”. Wycieczka do biblioteki to „Imię róży”. Wózek w Banku Gringotta i zaciskające się pęta – to cytaty ze Spielberga. Gęba Valdemorta to efekt 3D widziany setki razy w filmach grozy... Jeśli Joanne Rowling dokonała remanentu starych wątków baśniowych – to realizatorzy filmu dokonali remanentu po dwakroć, posługując się starymi hollywoodzkimi kliszami... Dziesięciolatek to kupi, jego mama – niekoniecznie. Zblazowanej mamusi pozostanie kontemplacja pięknych kadrów filmowych: Harry z sową na ośnieżonym dziedzińcu Hogwartu... sklep Ollivandera... salon Gryfonów z arrasami... jadalnia oświetlona setkami unoszących się w powietrzu świec... mechanizm zapadkowy w skarbcu... kostiumy duchów... ruchome portrety... fantastyczna klatka schodowa... – nie pierwszy to film, który zostanie przeze mnie zapamiętany jako zbiór pięknych pocztówek. Wybredną matkę zadowoli scena gry w szachy – scenograficzny rekord świata, kreacja warta lepszego filmu. Pozbawiona twarzy Biała Królowa robi wrażenie!
Wytwórnia Warner długo szukała reżysera ekranizacji „Harry’ego”. Wybrańcem został Chris Columbus, który zrealizował uprzednio „Kevina samego w domu” i „Panią Doubtfire”. Joanne Rowling nalegała na powierzenie reżyserii Terry’emu Gilliamowi – jednemu z twórców „Latającego Cyrku Monthy Pythona”. Rozumiem, skąd się wziął jej wybór – w tekście „Harry’ego” można znaleźć ślady absurdalnego humoru Monty Pythonów. Na przykład profesor Dumbledore na zakończenie ceremonii przydziału wygłasza taką oto niedorzeczną mówkę: „Witajcie w nowym roku szkolnym w Hogwarcie! Zanim rozpoczniemy nasz bankiet, chciałbym wam powiedzieć kilka słów. A oto one: Głupol! Mazgaj! Śmieć! Obsuw!... Dziękuję wam!”. Chwilę później cała szkoła ryczy hymn Hogwartu, którego ostatnia zwrotka brzmi: „Naucz nas, co pożyteczne / Pamięć wzrusz, co ledwo zipie / My zaś będziem wkuwać wiecznie / Aż się w próchno mózg rozsypie!”. Ten specyficzny gatunek żartu w ogóle nie zaistniał w filmie. Duch purnonsensu i inne walory książki wyparowały z ekranu. Tak więc ekranizację „Harry’ego” wrzucam na tę samą półkę, na której tkwi „Titanic” i „Jurassic Park” – jest to półka imponujących skalą przedsięwzięć filmowych, które mnie niewiele obeszły.
Tuż po premierze części pierwszej – rozpoczęto zdjęcia do następnej. Producenci nie mogą zwlekać – realizacja potrwa rok, młodzi aktorzy rosną wraz z filmem. W styczniu przyszłego roku znów pójdę do kina, żeby zobaczyć, jak mugole potrafią spaprać literaturę, która, jak wiadomo, jest domeną czarodziejów. 

„Harry Potter i Kamień Filozoficzny”. Reż.: Chris Columbus. Wyst.: Daniel Radcliffe, Rupert Grint, Emma Watson. USA/Wielka Brytania 2001.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl