Unia Europejska–Polska: spór o dopłaty dla rolników

Próżne tupanie kandydatów

KLAUS BACHMANN z Brukseli

 

Komisarz Unii Guenther Verheugen jeszcze nie dokończył przemówienia w Parlamencie Europejskim na temat finansowania rozszerzenia, a w Warszawie już zawrzało. Propozycje Komisji Europejskiej mówią
o tylko 25-procentowych dopłatach bezpośrednich dla rolników z nowych krajów członkowskich. Zdaniem polskich polityków brak pełnych dopłat będzie oznaczać „członkostwo drugiej kategorii”.

Po wystąpieniu Verheugena w polskim Sejmie powstał swoisty front „robotniczo-chłopski”: opozycja stanęła murem za rządem, tym samym językiem przemówiły Platforma Obywatelska i Samoobrona. Zgodny chór oświadczył: propozycja Komisji jest nie do przyjęcia.


PARKINGI ZASIAĆ RZEPAKIEM
Krytyka jest jak najbardziej uzasadniona. Przedstawione projekty nie są na miarę wyzwania, jakim jest zjednoczenie kontynentu. Nie rozwiązują żadnego problemu, poza jednym: umożliwiają czysto symboliczne przyjęcie nowych krajów bez narażania dużych, bogatych członków Unii na dodatkowe wydatki. I właśnie dlatego kraje Piętnastki zaakceptują propozycje Komisji, prawdopodobnie nawet w jeszcze bardziej okrojonej formie. Nieprawdą jest, jak twierdzi jeden z posłów PSL, że „Unia sonduje, czy Polska godzi się na członkostwo drugiej kategorii”. Komisja nie ma najmniejszego interesu w tym, aby zawrzeć jakiś spisek z Radą Ministrów UE celem „wykiwania” kandydatów. Komisja proponowała maksimum tego, co państwa członkowskie mogą zaakceptować. Teraz wiemy, jak wąskie jest pole manewru. 
Komisja zeszła nawet nieco poniżej pułapów finansowych ustalonych przez przywódców Unii na szczycie w Berlinie 1999 r. Ówczesne ramy budżetowe na lata 2000–2006 przewidywały odrębny budżet dla nowych członków, bez dopłat dla rolników, z okrojonymi funduszami strukturalnymi i bez udziału w funduszu kohezyjnym. Już wtedy, w przeliczeniu na sześciu kandydatów, to było mało. Ale potem grono kandydatów rozszerzyło się do dziesięciu, a budżet się nie powiększył. Co gorszA, w Berlinie kalkulowano jeszcze z perspektywy 2,5-procentowego wzrostu gospodarczego w krajach Piętnastki i 4-procentowego w krajach kandydujących. Ale koniunktura się załamała. Dziś jedni walczą z utrzymaniem parametrów Unii Walutowej, inni z recesją i bezrobociem. U kilku dużych płatników netto do unijnego budżetu odbędą się w tym roku wybory parlamentarne bądź prezydenckie: we Francji, Niemczech, Holandii. Gdyby w tej sytuacji Komisja zaproponowała hojny, przekraczający berlińskie plany budżet na rozszerzenie, to Rada Ministrów UE nawet nie spojrzałaby na taki projekt, a Komisja ośmieszyłaby się w stolicach Piętnastki.
Pozostając pod wrażeniem polskich wyborów, sukcesu Samoobrony i przeciwników wejścia Polski do Unii Komisja zdecydowała się część środków przeznaczyć na dopłaty. Ale kosztem innych funduszy. W uproszczeniu: rolnicy w nowych krajach członkowskich będą trochę więcej konsumować, ale za to powstanie mniej nowych dróg. 
Dopłaty – rozdzielane według prostszych niż w Unii zasad – będą łatwiej dostępne niż środki z funduszy strukturalnych. Ale ten system, „krojony na miarę” – jak chwali się komisarz Unii Europejskiej ds. rolnictwa Franz Fischler, aż pęka pod naporem wewnętrznych sprzeczności. Zdaniem Fischlera pełne dopłaty zamroziłyby obecną strukturę rolną. Racja. Ale potem komisarz proponuje dopłaty uproszczone – związane jedynie z wykorzystaną do produkcji powierzchnią, dostępne dla każdego, kto posiada przynajmniej 0,3 ha. Czy właściciel 15-hektarowego gospodarstwa, który otrzyma rocznie 750 euro dopłat i korzysta w dodatku z poziomu cen interwencyjnych na poziomie UE (a więc wyższego niż obecnie), sprzeda gospodarstwo? Raczej nie. Jeżeli nie, to skąd wziąć ziemię potrzebną do konsolidacji struktury rolnej? Oczyma wyobraźni widzę, jak przed wejściem w życie takich regulacji gwałtownie kurczą się odłogi i ugory, a w gminnych statystykach nawet parkingi przed supermarketami staną się na papierze uprawami zbóż i rzepaku. 
Czeka nas zatem eksplozja liczby beneficjentów unijnych dopłat. A ponieważ suma pomocy przeznaczonej na kraj jest niezmienna, dopłaty na jednego rolnika będą śmieszne niskie. Czy jest sens dawania dopłat gospodarzom, którzy sami zjadają całą swą produkcję rolną, a pieniądze zarabiają poza rolnictwem? Takich „gospodarstw rolnych” jest w Polsce ponad 400 tys., a żyje w nich 1,5 miliona ludzi. I wszyscy mają powyżej 0,3 ha!


NEGOCJACYJNE KOMPLEKSY 
Dokumenty Fischlera i Verheugena milczą też o tym, jak Komisja wyobraża sobie funkcjonowanie kilku różnych rynków rolnych bez zachowania granicy celnej. Obaj komisarze starali się rozwiązać taki oto dylemat: nie ma pieniędzy na dopłaty, ale bez dopłat polscy rolnicy zawetują przystąpienie do UE. Zaproponowali więc trochę dopłat, ale na bardziej dostępnych zasadach. W Unii dopłaty spełniają istotną rolę: stabilizują dochody rolnicze i chronią rynek tam, gdzie nie można stosować wyższych ceł. W Polsce natomiast – po wprowadzeniu propozycji Komisji – będą również stabilizować dochody nierolnicze. Za to nie będą chronić dochodów rolniczych przed konkurencją z Unii. Ale szczerze mówiąc, nie o ekonomiczny sens dopłat tu chodziło, lecz o uspokojenie opinii publicznej. Niestety, nawet to się nie udało.
Komisja nie znalazła zatem złotego środka, lecz zawiązała gigantyczny węzeł, który może wiązać ręce Unii na całe lata. To, czego kandydaci nie uzyskają do roku 2006, będą chcieli wymusić potem – jako członkowie Unii będą mieli skuteczniejsze niż dziś narzędzia wpływu. Analitycy ostrzegali już w 1999 r., że próby odwrócenia niekorzystnych wyników negocjacji akcesyjnych mogą blokować unijną Radę Ministrów po rozszerzeniu, kiedy – na podstawie Traktatu Nicejskiego – dochodzenie do kompromisów będzie jeszcze trudniejsze niż dziś. Jeżeli poważnie traktować zapewnienie komisarzy i krajów członkowskich, że obecne ustalenia nie przesądzają o tym, co ma się zdarzyć po 2006 roku, to tuż po rozszerzeniu zacznie się gigantyczna próba sił między nowymi i starymi członkami UE – walka o rekompensaty za krzywdy, wyrządzone im podczas negocjacji akcesyjnych. Wielu dyplomatów i analityków w Brukseli twierdzi, że Hiszpanie do dziś odreagowują kompleksy z czasów negocjacji. 
Jest tylko jeden sposób, aby uniknąć blokady UE po rozszerzeniu: trzeba wcześniej ustalić reguły, które obejmą wszystkich. Oznacza to np. zmniejszenie dopłat w rolnictwie Piętnastki do tego samego poziomu co w nowych krajach członkowskich i uniezależnienie ich od poziomu produkcji. Wtedy rolnicy na Wschodzie i na Zachodzie będą sobie równi. Ale przed tym pierwszym jak lew broni się Francja, a przed tym drugim bronią się rolnicy w niemal całej Unii.
Suma dopłat ma się zwiększać przez 10 lat o 5 punktów procentowych rocznie, aż w roku 2013 osiągnie ten sam poziom co w starych krajach członkowskich. Przynajmniej to ustalenie przesądza już o następnych ramach budżetowych (2007-2013) i wiąże nowym członkom ręce, jeszcze zanim przystąpili do Unii. 
Propozycja Komisji jest jeszcze bardziej krzywdząca dla kandydatów niż decyzja Rady Europejskiej w Berlinie 1999 r. Ale kto tak naprawdę wierzył w to, że kraje członkowskie zgodzą się dziś, w o wiele gorszych warunkach niż trzy lata temu, na ponowne otwarcie puszki Pandory – z takim trudem domkniętej w Berlinie? Tu Verheugen miał rację: wmawianie polskim rolnikom całymi latami, że rząd na pewno wywalczy dla nich pełne dopłaty, było zbrodnią.


„JAK SPAŚĆ, TO Z WYSOKIEGO KONIA” 
Kto się dziś złości na propozycję Komisji, przyznaje się tym samym do braku wyobraźni i ulegania złudzeniom. Co zostało z wygórowanych roszczeń polskich rządów z ostatnich lat? Jeden przykład: 18-letni okres przejściowy na sprzedaż ziemi skurczył się do trzech, a w najlepszym przypadku do siedmiu lat. Teraz okazuje się, że perspektywa budżetowa z Berlina – przez polskich negocjatorów traktowana jako „wyjściowa propozycja do negocjacji” – jest dla Unii granicą nie do przekroczenia. 
Polskim negocjacjom od początku towarzyszyły przesadne nadzieje, wybujałe ambicje i wygórowane żądania. Zgodnie z zasadą „Jak spaść, to z wysokiego konia”. Poprzedni rząd liczył jeszcze na to, że to nie jemu, lecz jego następcom przyjdzie z tego konia spaść. Rząd Millera ma dwie możliwości: albo iść w zaparte i zlecieć z konia, albo z niego zejść dobrowolnie, póki czas. Radykalny odwrót od nierealistycznych postulatów poprzedników dotyczących okresu przejściowego na sprzedaż ziemi był krokiem we właściwym kierunku, ale z drugiej strony zakończył się medialną katastrofą. 
Wszyscy, którzy teraz tak kategorycznie odrzucają propozycję Komisji Europejskiej, powinni wziąć pod uwagę, jaką mają alternatywę. Nie jest nią żądanie, aby Polska „zamykała swoje granice przed Unią” (poseł Marek Sawicki), nie jest alternatywą nie wstąpić do Unii (Władysław Serafin). Członkostwo daje większe niż dotychczas transfery i możliwości współuczestnictwa w decyzjach Unii. Raport rządu Jerzego Buzka o korzyściach i kosztach integracji stwierdza jasno (choć samozwańczy obrońcy polskich rolników nie chcą o tym słyszeć): bez umowy stowarzyszeniowej z UE polski deficyt handlowy byłby jeszcze większy! Norwegia może finansować swą modernizację z dochodów z ropy. Polska może ją finansować tylko z brukselskiej kasy. Rząd nie ma prawa pozbawić obywateli unijnej marchewki tylko dlatego, że jedna grupa społeczna – rolnicy – dostaną mniejszą marchewkę niż się spodziewali. 
W przyszłości należy zgłaszać nieco bardziej realistyczne żądania. Sytuacja, w której rząd raz po raz akceptuje coś, co jeszcze parę miesięcy temu określał jako „nie do przyjęcia”, tylko powiększa szeregi przeciwników Unii . Większość Polaków uważa, że trzeba twardo negocjować – nawet za cenę późniejszego wejścia do UE. Poprzednie rządy utwierdzały opinię publiczną w tym przekonaniu; zgłaszały kategoryczne postulaty, bo wiedziały, że następny rząd będzie musiał z tej wysokiej poprzeczki zrezygnować. 
Czas powiedzieć ludziom przykrą prawdę: o wyniku negocjacji decydują negocjacje między obecnymi członkami Unii. Kandydaci mogą co najwyżej akceptować (albo nie) ich wynik – to ich jedyne, suwerenne prawo. I to się nie zmieni, dopóki Polska nie będzie członkiem UE. Obrazić się, tupać i uderzyć w stół można potem. Wtedy to będzie mieć jakiś sens. 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl