Ankieta o zaświatach

WOJCIECH WAGLEWSKI

 


Nie mam jakichś szczególnych przemyśleń na temat mojego życia po śmierci. Chciałbym więc mówić o zaświatach w sensie szerszym niż tylko „co nas tam czeka”. Bez zaświatów, bez jakiegoś „ponad” trudno np. myśleć serio o sztuce: każdemu, kto zajmuje się działalnością artystyczną, pojęcie zaświatów nie powinno być obce. Realizm w sztuce – ten realizm, którego skrajnym wyrazem jest, powiedzmy, publicystyka – bardzo się zdewaluował. Liczy się to, co pobudza wyobraźnię, co każe inaczej spojrzeć na rzeczywistość, w której żyjemy. I mnie także interesuje raczej to, co z owych „zaświatów” jest obecne w naszym życiu, czyniąc je głębszym niż się to nam na ogół wydaje. Ja staram się docierać do tego poprzez muzykę.
Paradoks polega na tym, że życie przedłuża się głównie tym, co się zdziałało. Jest też inny paradoks: że bardziej inspirujące artystycznie bywa przekonanie, iż po śmierci nic nie ma, a w każdym razie – nie ma mnie, jako osoby twórczej, kontaktującej się z rodziną itd. Zdarza mi się rozmawiać ze zmarłymi, zwłaszcza z moim zmarłym teściem. Czuję jego obecność, szczególnie kiedy zostaję sam, miewam realistyczne sny, w których on się pojawia. Jednak kiedy wyobrażę sobie, że niczego więcej nie będzie, uzyskuję silną świadomość, że czasu naprawdę nie jest dużo i zaczynam się cieszyć każdą chwilą; każdą staram się wykorzystać.
W muzyce klasycznej Indii jest coś, co się nazywa śruti. Trzeba wiedzieć, że to wszystko, co dla Europejczyka jest w utworze muzycznym oczywiste – czyli harmonia, melodia i rytm – dla Hindusów jest sprawą kompletnie nieistotną. Harmonia powstaje wtedy, kiedy mówi parę osób, a melodią jest po prostu mowa. Co zatem stanowi muzykę? Wszystko to, co jest między tymi elementami. To jest właśnie śruti, które łączy nas z zaświatami, z Bogiem... Grając – zwłaszcza na koncertach – cały czas ma się świadomość kontaktu z jakimś wymiarem „ponad”, z czymś niesprowadzalnym do tych naturalnych elementów. I to jest świadomość równie dopingująca jak ta, która przypomina, że kiedyś to wszystko, co dziś jest naszym życiem, się skończy.
Jeśli zaś chodzi o konkretne wyobrażenia nieba, to miewamy w życiu takie momenty, które można by nazwać namiastką „niebiańskości” – namiastką stanu idealnego. Całkiem niedawno, pewnego pięknego wrześniowego dnia, jechałem samochodem na Mazury i włączyłem sobie „III Symfonię” Henryka Góreckiego. I nastąpiło jakieś niesamowite zestrojenie tych kilku elementów: przepiękna pogoda, krajobraz za oknem i wspaniała muzyka. Trudno byłoby mi to nazwać objawieniem, raczej chodziło o doznanie w dużej mierze estetyczne (ja po prostu bardzo emocjonalnie odbieram muzykę) – niemniej było w tym coś, co jakoś przekraczało codzienność, zwyczajność, właśnie w stronę „ideału”.


Autor jest muzykiem rockowym, gitarzystą, wokalistą i kompozytorem, liderem zespołu „Voo Voo”. Ostatnio wydał „Płytę z muzyką”.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl