Młodzież wobec polskiej demokracji

Pokolenie bez obywateli

PAWEŁ ŚPIEWAK

 

Dla ludzi młodych demokracja jest dziś w Polsce czymś oczywistym. Wiele sygnałów wskazuje jednak, że ta demokracja, zagospodarowana przez dzisiejszą młodzież, może okazać się demokracją bez obywateli i bez społecznego kapitału zaufania.

Badania socjologiczne wskazują, że problematyka polityczna nie tylko nie jest dla młodzieży istotna, ale że większość młodych wyraża wobec niej jawną niechęć. Ich opinie w sprawach politycznych są na ogół proste i doskonale zbanalizowane. Jednym z takich infantylizmów – pisze Krzysztof Kiciński w książce „Młodzież wobec problemów polskiej demokracji” – jest przekonanie, że „gdy społeczeństwo nie radzi sobie z demokracją, powinno być »ustawiane« przez bliżej nieokreślone siły zewnętrzne”.
Tak, powiadają młodzi, demokracja to nasze naturalne środowisko – po czym następuje szereg wątpliwości: czy nasze społeczeństwo i politycy dorastają do demokracji, czy jesteśmy wyjątkowo podatni na korupcję? Zwykle (i jest to charakterystyczne nie tylko dla młodszego pokolenia) uważają wszystkich polityków za osoby niegodne zaufania i nieprofesjonalne. Politykowanie jest, ich zdaniem, zajęciem niemoralnym i podejrzanym. Nie wierzą żadnej partii i z góry wiedzą, że nic się nie zmieni, gdy do władzy dojdzie kolejna ekipa.
Młodzi są krytyczni wobec wszystkiego, co uważają za patologię życia politycznego: korupcji, politycznego pieniactwa, nieuczciwości. Są wobec polityki i polityków surowi, ale zarazem albo bezradni („widać tak musi być”), albo realistyczni – nie oczekują ani wielkich zmian, ani nie wierzą, by do polityki trafić miała jakaś formacja idealistów. Polityka zdaje się być dla nich – jak dla niektórych liberałów – złem koniecznym.


Z DALA OD POLITYKI


Większość młodych (oraz ich rodzice i dziadkowie) utożsamia demokrację nie tyle z obywatelskimi wolnościami, ile z tym, co socjologowie nazywają „społecznym dobrostanem”. Ocena demokracji zależy tu przede wszystkim od poziomu życia materialnego, funkcjonowania państwa, edukacji, służby zdrowia itd. Codzienne doświadczenia i płynące z telewizorów paskudne informacje skłaniają ich, co oczywiste, do nieraz bardzo krytycznej oceny polskiej demokracji.
Młodzi trzymają się z dala od polityki: mniej niż przeciętni obywatele czytają, rzadziej oglądają programy informacyjne. Nie bardzo wiedzą, kto jest kim w polityce – i chyba wiedza ta nie jest im do życia potrzebna. Nie angażują się w życie obywatelskie. Nieliczni (zaledwie 7 proc.) należą do stowarzyszeń lub partii. Co charakterystyczne, niegdyś prężne Niezależne Zrzeszenie Studentów jest dziś całkowicie zmarginalizowane. Słabiutkie są samorządy szkolne i uniwersyteckie, nie lepiej jest z oazami i duszpasterstwami akademickimi. Młodzi żyją życiem prywatnym lub towarzyskim – rzadko zbiorowym lub stowarzyszeniowym. Niechętnie uczestniczą w wyborach: frekwencja wyborcza w tej grupie wiekowej zwykle była zdecydowanie niższa niż w starszych pokoleniach.
Młodsze pokolenie jest nieufne i podejrzliwe wobec szczytnych deklaracji politycznych i moralnych. Młodzi nie są przywiązani do partii czy nurtów ideowych. Zdają się być – przynajmniej w kręgu warszawskich yuppies – mało przywiązani nawet do wiary ojców. Gotowi są zmienić wyznanie, jeśli tylko dostaną „lepszą ofertę”.
Są pragmatycznie nastawieni do oficjalnych propozycji: wybiorą te, które wydadzą im się optymalne i rzeczowe. Kierują się nie tyle wizją wspólnego dobra czy tradycji, ale tym, czy oferta odpowiada ich potrzebom i wrażliwości. Wydają się być racjonalni i mało zacietrzewieni – co z kolei wynika albo z tolerancji, albo z obojętności.
Ich krytycyzm obejmuje nie tylko polityków, ale i instytucje kościelne. Wszystko wskazuje na to, że większość z nich źle znosi lekcje religii w szkole – a w każdym razie styl ich prowadzenia. 


WAŻNE SŁOWO: PRAGMATYZM


Młodzi zdają się być a- bądź antyideologiczni. Nie mają i nie chcą mieć poglądów nawet na sprawy zasadnicze dla wspólnego losu. Często wynika to z ich politycznego analfabetyzmu (który sami sobie zarzucają). Po części obecny jest w tym dobrze już wyuczony cynizm. Patrzą na bliźnich, na siebie, a na pewno na polityków w sposób realistyczny. Przypisują ludziom mało złożone motywacje. W innych widzą osobników kierujących się żądzą kariery i materialnego dostatku – a programy polityczne mają za pustosłowie i mydlenie oczu.
Ale ta niechęć młodych do ideologii ma także, jak się wydaje, całkiem pozytywne strony. Wskazują na to badania profesor Hanny Świdy-Ziemby i Wojciecha Pawlika. Wynika z nich, że młodzi – a w każdym razie uczniowie liceów warszawskich, którzy byli obiektem badań – skłonni są do ferowania ocen wielowymiarowych i niechętnie odnoszą się do nietolerancji. Każde wydarzenie starają się analizować pragmatycznie (to ważne dla tego pokolenia słowo), a zarazem patrzeć na nie wieloaspektowo. Z pewnością obca jest im tendencja do redukcji zjawisk społecznych do jednego czynnika lub poszukiwania wszechwyjaśniającego klucza. Dlatego nie „kupią” ani marksizmu, ani nacjonalizmu, ani klerykalizmu.
Młodzież generalnie skłonna jest inwestować nie tyle w tzw. kapitał społeczny – więzi międzyludzkie, stowarzyszenia – ile w siebie. Chcą swe biografie kreować poza światem publicznym i stowarzyszeniowym, bardziej polegając na sobie samych, swej zaradności, wiedzy i koneksjach. Nie czują się obywatelami i nie poczuwają się do współodpowiedzialności za dobro wspólne. Widzą siebie przede wszystkim w rolach zawodowych, rodzinnych i towarzyskich.
Inwestować skłonni są przede wszystkim w edukację. Jest to – lub będzie – zapewne najlepiej (z formalnego punktu widzenia) wykształcone pokolenie Polaków. Ponad 20 proc. młodych już studiuje lub wkrótce będzie studiować. Coraz więcej osób zdaje maturę – choć osobną kwestią jest, gdzie i co będą studiować.


NOWE RÓŻNICE KLASOWE


Młodzi skłonni są do dzielenia się na przeciwstawne grupy. Ci z miast, uczęszczający do lepszych szkół, chętnie przyjmują postawy paternalistyczne czy wręcz pogardliwe wobec młodzieży ze wsi i małych miast. Nazywają ich pogardliwie „chłopmanami” bądź „burakami”. Ci „lepsi” przypisują kolegom z zawodówek i ze wsi „skłonność do skrajnych poglądów prawicowych czy wręcz faszystowskich”. Uważają ich za podatnych na demagogię, za alkoholików i potencjalnych przestępców.
Młodzież z rodzin zasobniejszych i lepiej wykształconych podkreśla swą wyższość, uważa się za elitę („niewykształceni obywatele powinni być pod wpływem ludzi wykształconych i robić tak, jak oni im powiedzą” – to charakterystyczna wypowiedź warszawskiego licealisty). Z kolei uczniowie zawodówek darzą rówieśników z liceów równie silną niechęcią, która wynika najczęściej z zawiści i rywalizacji – na warszawskim Grochowie bito studentów z akademika dlatego, że byli obcy i „lepsi”.
Socjologowie piszą więc o rodzącej się tożsamości nowej warstwy inteligenckiej – czy krystalizowaniu warstwy średniej, akcentującej dystans czy obcość wobec warstw „niższych”. Stajemy się w każdym sensie społeczeństwem klasowym, a podziały te są coraz intensywniej odczuwane i manifestowane. Różnice klasowe uzewnętrzniają się tym silniej, im trudniejszy jest start młodego pokolenia. Młode pokolenie – szczególnie osoby spoza owego uprzywilejowanego kręgu – będą (czy już są) pierwszymi „ofiarami” obecnego kryzysu gospodarczego. Ok. 40 proc. bezrobotnych to młodzi. Procent ten wzrośnie wraz z wejściem na rynek pracy wyżu demograficznego z początku lat 80. To prawie dwa miliony młodych. Sytuacja zdaje się być już dramatyczna.
Poza tym można dziś mówić o zjawisku zatrzymanego awansu społecznego. Nawet najlepiej przygotowane do pracy młode osoby muszą zadowolić się przypadkowymi zajęciami albo długim oczekiwaniem na awans. Istotne pozycje w wielkich organizacjach – od państwa po firmy – obsadzone są już przez osoby nieco tylko starsze, które miały to szczęście, że trafiły do pracy w okresie przełomu politycznego i gospodarczego.
To 30-latkowie zajmują dziś najlepsze pozycje i trudno oczekiwać, by zechcieli je ustąpić młodszym kolegom i koleżankom. Ci skazani są więc na długie szukanie pracy, a jeszcze dłużej czekać będą na awanse – albo na kolejny „cud gospodarczy”. Co gorsza, rośnie liczba bezrobotnych z wykształceniem wyższym i licencjackim – młodzi tyle zainwestowali w siebie, a teraz nie mogą oczekiwać zwrotu „inwestycji”. Tymczasem – co istotne – aspiracje wchodzącego w życie pokolenia są wzorowane na zachodnim modelu kariery. Młodzi chcą żyć i pracować jak starsi – jeszcze triumfujący – koledzy; jak żyją ludzie w USA czy Unii Europejskiej.
Tak więc nieuchronny jest konflikt nadziei: starcie często nierealistycznych aspiracji i wymagań z trudną rzeczywistością ekonomiczną i społeczną.


KULAWA DEMOKRACJA


Jakie mogą być skutki?
Pierwszym będzie brutalizacja życia i zaostrzenie współzawodnictwa. Już teraz trudno bez koneksji o dobrą pracę. A rywalizacja sprzyja kumoterstwu, donosicielstwu i zwyczajnej bezwzględności. Po drugie, pogłębiać się będą różnice między tymi, którym się udało lub uda, a resztą – skazaną na wegetację i przeczekanie. To wywoła społeczną zawiść i grupowe niechęci.
Więcej będzie poczucia emocjonalnego zmęczenia, frustracji, zmarnowanych szans życiowych. Jeśli w ogóle dojdzie do społecznych wystąpień na tle ekonomicznym, to będą one miały charakter niezorganizowany i anarchiczny. Młodzież nie jest bowiem skłonna do podejmowania wspólnych, zorganizowanych i długofalowych działań. Co więcej, trudno przekonać ją do ideologii, a demagogia jej nie „bierze”. W każdym razie nie wierzę, by poważniejszy wpływ na młode pokolenie mogły zyskać ruchy o charakterze autorytarnym i populistycznym.
Demokracja jest dla młodych czymś normalnym i oczywistym. Młodzi skłonni są – pisze Kiciński – „do tolerancji, dostrzegania różnych punktów widzenia, nie różnicowania ludzi według kryteriów, które stanowią tradycyjne zarzewie konfliktów, takich, jak na przykład kryteria wyznaniowe... Podkreślają znaczenie autonomii moralności wobec religii, co z pewnością sprzyja etycznej akceptacji ludzi bez względu na ich wyznanie”.
Wiele cech młodego pokolenia sprzyja więc budowaniu i utrwaleniu demokracji. Z drugiej strony atomizacja społeczna, rosnące dystanse międzygrupowe, materializm, ostra rywalizacja, niechęć do ideałów czy wręcz programowa antypolityczność mogą spowodować, że nasza przyszła demokracja, zagospodarowana przez dzisiejszą młodzież, okaże się kulawa. Być może będzie to demokracja bez obywateli – i społecznego kapitału zaufania.

Autor jest socjologiem i historykiem idei, wykłada na Uniwersytecie Warszawskim. Ostatnio wydał „Spór o Polskę” (PWN 2000). 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl