Pozytywizm i guma do żucia

MICHAŁ KUŹMIŃSKI

 

Kazimierz Wyka stworzył definicję pokolenia jako grupy ludzi, których łączy wspólnota doświadczeń, a nie data urodzenia. Tymczasem wspólnym doświadczeniem najmłodszego pokolenia jest dziś... brak wspólnego doświadczenia.

Gorzkie opinie publicystów znamy dobrze: twierdzą oni, że „młode pokolenie nie uznaje żadnych wartości”. Wartości – czyli romantycznego patriotyzmu, przywiązania do budzącej dumę historii czy tradycji moralnego „pospolitego ruszenia”. Młode pokolenie manifestacyjnie daje do zrozumienia rodzicom, że tych kwestii nie należy nawet poruszać w jego obecności.
W ubiegłym roku dyrektor Teatru Ludowego w Krakowie, Jerzy Fedorowicz, zorganizował debatę poświęconą „postawie moralnej współczesnej młodzieży”. Fedorowicz, który od razu poruszył tematy zasadnicze, szybko otrzymał bolesną kontrę: licealistka, przedstawiająca się jako Nina, kategorycznie stwierdziła, że nie czuje się zobowiązana do obrony ojczyzny, która jej nic nie dała i w której na sukces musi zapracować sama. „W szkole właśnie robimy pozytywizm – dodała. – Romantycy dopracowali się tylko klęsk i wierszy. Walka pozytywistów była rozsądna, planowa i skuteczniejsza”.
Ten zbuntowany głos wyraził, wolno sądzić, świadomość sporej części młodzieży: pokolenia, które nie odbiera np. edukacji jako „daru od społeczeństwa”. Myślimy w kategoriach handlowo-usługowych: usługodawca „ma obowiązek nam coś dać”, a sukces zawdzięczamy tylko sobie. Zasadniczym elementem świadomości tego pokolenia jest troska o siebie, gdyż tylko bycie najlepszym pozwoli przetrwać w nowej rzeczywistości.
Pragmatyzm ten może być niezrozumiały. Podobnie jak żucie gumy: starsi uważają je za niekulturalne, dla młodszych to po prostu element higieny jamy ustnej. Mamy po prostu – jak stwierdziła Nina – neopozytywizm.
Teresa Bogucka w miesięczniku „Znak” (z sierpnia 1998) pisze, że odzyskana wolność niczego nie rozstrzygnęła, a miejsce dialogu zajął gwar. Gwar jest męczący. Młode pokolenie ma go dość. Rzeczywistość obszczekujących się pretendentów do miana autorytetu bardzo je zawiodła. A odnosząc się do przywołanej na początku definicji: wspólnym doświadczeniem tego pokolenia jest... brak tego doświadczenia. My po prostu nie mamy wspólnej sprawy, o którą można by walczyć. A do dyskusji nad wartościami to pokolenie jeszcze nie dorosło; w jego przekonaniu są „ważniejsze sprawy”. Autorytety zaś zawiodły – jeden po drugim.
Jak to się stało? Bogucka przywołuje przykład: stosunek do legend narodowych odzwierciedla pierwsza i druga „Solidarność”. Pierwsza obfitowała w piękne symbole, druga dokonała „skoku na kasę”. A my dorastaliśmy w „etosie” TKM-u („teraz k... my”). Najmłodsze pokolenie nie jest – jak chcieliby krytycy – ogarnięte znieczulicą. Przeciwnie, jest szczególnie wyczulone – na hipokryzję.
Wnioski wyciągane przez Ninę i jej rówieśników z historii nie są pełne patriotycznych uniesień. Młody neopozytywista prędzej zwróci uwagę na ohydę „złotej wolności” szlacheckiej niż glorię bitwy pod Wiedniem. I wreszcie – jak XIX-wieczni poprzednicy – myślimy: „bogaćmy się, bo to uczyni nas silnymi”. Inwestujmy w siebie, w naukę, bo to pozwoli być najlepszymi.
Tu pojawia się czuły punkt numer dwa: umiejętność radzenia sobie („kombinowania”) to jedyna rzecz, którą chcemy przejąć od poprzedników. Wspomnienie z dzieciństwa, że „tatę zabrali smutni panowie”, jest udziałem promila dzisiejszej młodzieży. Reszta wychowywała się w ideowej pustce „małej stabilizacji”. Gdy zaś nastały nowe czasy, okazało się, że przy humorystycznych zarobkach rodziców, radzą sobie oni całkiem nieźle. Oczywiście, „kombinowanie” jest pozytywnym zjawiskiem: Polacy nauczyli się być zaradni. To daje poczucie, że jakoś da się wyjść na swoje. Tyle że nasze pokolenie nie chce wychodzić „jakoś”. Chcemy być profesjonalistami.
A skąd mieliśmy przejąć wartości? O politykach szkoda gadać. Dali popis hipokryzji i są skreśleni. Młodzi aktywiści polityczni mają dziś inne cele: będą tworzyć politykę profesjonalną. I zarabiać na niej pieniądze.
Należałoby napisać o sposobie, w jaki rozmawia się z nami o wartościach. Ale błąd tkwiłby w założeniu: o wartościach w ogóle się z nami nie rozmawia. O wartościach się nam mówi. I to z perspektywy ludzi, którzy przed zagrożeniami nowej rzeczywistości uciekają w retorykę „wszechobecnego wroga”. Co dotkliwe, w znacznej mierze dotyczy to Kościoła. Choć jego część chce odciąć się od owej „wszech-nienawidzącej” grupy, to jednak – jak pisał ks. Józef Tischner – „cokolwiek by się rzekło, środowisko Radia Maryja jest nadal częścią polskiego Kościoła”. Taki wizerunek Kościoła, choć wynaturzony, dostrzega spora część młodego pokolenia. Potwornie nie lubimy wypowiedzi autorytarnych, co z kolei kreuje nasz wizerunek jako „niezdolnych do dialogu”. A tymczasem jest odwrotnie. Tyle że z nami nie uprawia się dialogu. Czerpiąca chętnie z pop-kultury młodzież nie wie, dlaczego zabrania się jej seksu przed ślubem, nie dopuszcza się antykoncepcji.
Pokolenie młodych jest absolutnie postmodernistyczne. Już w tej chwili głęboko zakorzenione jest w nim zjawisko, nazywane „świadomością supermarketu”: w traktowanych instrumentalnie ideologiach przebieramy jak w towarach i kompletujemy odpowiadający indywidualnym wymaganiom koszyk. I w każdej chwili możemy coś odłożyć na półkę.
Najmłodsze pokolenie nie jest nihilistyczne. Nie jest pozbawione zdolności do refleksji. Także autorefleksji. Zostało tylko postawione w sytuacji, w której poczuło się zdane samo na siebie. Nikt się z nim nie porozumiał, zatem i ono odbierane jest jako nierozumiejące.

Autor (ur. 1981) jest studentem dziennikarstwa, publikował w prasie akademickiej oraz w „TP”.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl