Komentarze

 


Wojciech Pięciak Obrazy z Afganistanu

Krzysztof Burnetko Kto może kogo bombardować

Krzysztof Kozłowski Spec-służby pod spec-nadzorem

Józefa Hennelowa Ważne – nieważne

 

 




  
 
Obrazy z Afganistanu

Niewinni ludzie-cywile, także dzieci, cierpią na każdej wojnie. Nawet najbardziej usprawiedliwionej i nieuniknionej, jak tej ze zbrodniarzem Osamą bin Ladenem i wspierającym Al-Kaidę reżimem talibów w Afganistanie. Wojna ta, narzucona USA i wspierającej je koalicji jest reakcją na globalny terroryzm – aktem samoobrony. Choć usprawiedliwiona, nie ma usankcjonowania w prawie międzynarodowym i mieć go nie będzie, gdyż prawo to nie nadąża za nowymi sytuacjami, a jego reforma jest nierealna, skoro społeczność międzynarodowa – nawet jeśli zjednoczona wobec postaci tak jednoznacznej jak bin Laden – nie może dziś uzgodnić definicji terroryzmu. Ci, których jedni uważają za „bojowników o wolność”, dla innych zawsze będą „terrorystami”; o wspólny język trudno tu nawet takim partnerom, jak Amerykanie i Izraelczycy.
Niewinni cierpią najbardziej na każdej wojnie. Kiedyś ich cierpienia – mieszkańców bombardowanego Wielunia (1939), Londynu (1940) czy Drezna (1945) – nie były jednak tak widoczne. Nie było telewizji: możliwość sięgania po cierpienie niewinnych jako broń psychologiczną była ograniczona do mediów nie operujących obrazem. Lecz kiedy nadeszła era telewizji, to możliwe stało się takie zjawisko, jak radykalna zmiana nastawienia amerykańskiego społeczeństwa wobec prowadzonej przez rząd Stanów Zjednoczonych interwencji w Wietnamie. Wiedzą o tym talibowie: choć intelektualnie bliżej im do mentalności barbarzyńskich wojen religijnych, znają siłę telewizji. Podawane codziennie dane o stratach wśród cywilów to teraz ich najskuteczniejsza broń, nakierowana na budzenie solidarności w świecie islamskim i wątpliwości na Zachodzie. I choć sami Amerykanie przyznają, że nawet ich superinteligentna broń bywa zawodna, warto pamiętać, że większość tych informacji pochodzi ze źródeł, których obiektywizm jest wątpliwy: afgańska agencja prasowa (jeden człowiek: zapaleniec z Kabulu, z faksem i telefonem; można zapytać, dlaczego talibowie, skracający o głowę za byle drobiazg, pozwalają mu funkcjonować) oraz korespondent telewizji Al-Dżazira, który ma tak dobre układy z talibami, że może jako jedyny dziennikarz zagraniczny poruszać się po Afganistanie. Al-Dżazira nadaje z Kataru i jest niezależna; dziś mówi się o niej: „arabska CNN”. Ale i ona płaci za ekskluzywne zdjęcia z Kabulu konkretną cenę – mniej więcej taką, jaką 10 lat temu płaciło bagdadzkie biuro CNN za, bywało, manipulowane przez ludzi Husajna zdjęcia z bombardowanej stolicy Iraku.


Wojciech Pięciak 

 

 

 

 

 

 

 

Kto może kogo bombardować

Pozwanymi są europejskie państwa NATO (jest ich 17, w tym Polska, ale zdecydowały się występować wspólnie). Skargę wniosło sześciu obywateli Jugosławii. Dotyczy ona zbombardowania w kwietniu 1999 r. stacji RTV w Belgradzie, podczas którego mieli ucierpieć powodowie (jeden z nich był ranny, pozostali stracili bliskich). Skarżący zarzucają NATO naruszenie prawa do życia oraz wolności słowa – powołują się na gwarancje Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. 
Na razie przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu trwa spór, czy skarga taka jest w ogóle dopuszczalna. Po pierwsze, została wniesiona przez obywateli państwa, które nie było stroną Konwencji i nie uznawało władzy Trybunału. Po drugie, dotyczy czynów popełnionych poza terenem, na którym pozwani mieli obowiązek respektowania konwencyjnych zobowiązań. Uznanie skargi za zasadną oznaczać by więc musiało objęcie obywateli Jugosławii... jurysdykcją NATO. 
Skarżący podnoszą jednak, że stacja RTV nie jest obiektem militarnym, więc nigdy nie powinna znaleźć się na liście celów wojennych. Co do zakresu jurysdykcji, twierdzą, że chodzi tu o „pozaterytorialnych skutków decyzji podejmowanych w każdym z pozwanych państw” – a skoro aprobowały one akcję zbrojną NATO na obszarze Jugosławii, to wzięły też za nią odpowiedzialność. 
Sprawa nie ma precedensu, a może mieć kluczowe znaczenie dla rozwoju współczesnego prawa międzynarodowego. Dotyczy Jugosławii, ale może stać się – choćby na poziomie publicystycznych analogii – ważna i dla oceny bombardowań Afganistanu. Dlatego trzeba ją śledzić.

 

Krzysztof Burnetko

 

 

 

 

 

 


Spec-służby pod spec-nadzorem

Intencje SLD są czytelne. Jeśli trzeba, chroni się interesy własnej klienteli nauczycielskiej – kosztem losu przyszłych absolwentów, szczególnie tych źle nauczanych. Wbrew alarmującym sygnałom, odkłada się na lata nową maturę, która mogłaby wymusić wyższy poziom nauczania, adekwatny do współczesnych wymogów. Ta sprawa, zdaniem SLD, może poczekać – tym bardziej, że są inne, bardzo, ale to bardzo ważne. I tak, pierwszą komisją sejmową, którą uformowano w pośpiechu – w niepełnym składzie – i która mimo to zaraz podjęła pracę, była komisja ds. służb specjalnych. Ta kadłubowa pięcio- (zamiast dziesięcioosobowa) komisja składa się teraz z czterech przedstawicieli koalicji rządowej i jednego posła opozycji (z PiS, a więc ugrupowania, którego szef Lech Kaczyński „darł koty” z UOP). Kandydaci innych ugrupowań opozycyjnych do komisji nie weszli, bo – tak mówi SLD – nie mają prawa dostępu do tajnych materiałów. O tym dostępie będzie decydować nowy szef UOP, bo dotychczasowego premier Miller postanowił odwołać, a (kadłubowa) komisja czym prędzej wyraziła zgodę. Co prawda kandydat PO do tego gremium, poseł Konstanty Miodowicz, ma ów „certyfikat bezpieczeństwa”, ale został odrzucony przez marszałka Sejmu pod pretekstem, że kiedyś pracował w UOP (choć żaden przepis nie przeszkadza jego obecności w komisji). Komisja ma być więc w rękach koalicji – tak, aby umożliwiła głęboką „reformę” owych służb; to jest zdaniem SLD jedną z najpilniejszym spraw w państwie. 
Był już taki minister, który utrzymywał, że to jednostka „Grom” zagraża Rzeczypospolitej. Teraz, bez jakichkolwiek dowodów, oskarża się UOP i WSI. Jedne i drugie mają zostać w praktyce zlikwidowane, a na ich miejsce mają powstać nowe struktury: agencja wywiadu i agencja bezpieczeństwa. Nikt nawet nie liczy kosztów tej operacji (takich jak odprawy dla zwolnionych, odrębne zaplecza logistyczne i nieuniknione odtworzenie się wojskowych służb informacyjnych w nowej, nieco zakamuflowanej postaci). Ale nie to jest ważne. SLD chodzi o to, że będzie można przyjmować ludzi według własnego uznania, nawet zweryfikowanych kiedyś negatywnie byłych pracowników Służby Bezpieczeństwa PRL. A wszystko pod cynicznym hasłem „odpolitycznienia” służb specjalnych. 
Najwyraźniej w spadkobiercach partii komunistycznej jest zakodowany nakaz jak najszybszego chwytania w ręce wszelkiej maści formacji policyjnych i specjalnych. I nic to, że UOP ma znaczny udział w sukcesach w zwalczaniu przestępczości zorganizowanej, a sojusznicy z NATO mają dziś pod adresem Polski jeden postulat: dostarczcie nam w walce z terroryzmem nie wojska, lecz informacji. Nasz potencjał wywiadowczy był dotąd jednym z (nielicznych) naszych atutów. Ale w jaki sposób się nim posłużyć, skoro ludzie, którzy powinni dziś dawać z siebie wszystko, zastanawiają się, czy za kilka tygodni będą mieć jeszcze pracę? 

 

Krzysztof Kozłowski

 

 

 

 

 

 

 

Ważne – nieważne

Przewodnictwo sejmowej komisji mniejszości narodowych i etnicznych objęła posłanka „Samoobrony”, w pracy parlamentarnej zupełny nowicjusz – i od razu przyznała, że nowej problematyki będzie musiała szybko się nauczyć. Tylko jak i kiedy? Od razu sterując komisją, popełniając błędy i doprowadzając do nieuchronnych kraks? Przecież prócz tego będzie się musiała uczyć bycia posłem, myślenia w kategoriach państwa i rozumienia ustaw. Ani jedno, ani drugie nie jest do osiągnięcia na żadnym „skróconym kursie”, a i na takie nie ma czasu. Z kolei na czele komisji łączności z Polakami za granicą stanął jeden z szefów Ligi Polskich Rodzin. Na pewno polityk. Ale także na pewno człowiek o poglądach skrajnie nacjonalistycznych i ksenofobicznych, przeciwnik wejścia Polski do Unii Europejskiej. Wiadomo więc już z góry, że wśród Polonii taki człowiek na pewno nie będzie budować żadnego lobby na rzecz większego poparcia dla wejścia Polski do Unii, że już prędzej oprze się na zradykalizowanych grupach, nieraz zantagonizowanych i nie potrafiących budować współżycia z mieszkańcami kraju, który sobie wybrali. Zapewne z przejęciem walczyć będzie o ich interesy, ale z jakim skutkiem? I jaką zbuduje relację między krajem a emigracją?
Ktoś powie: dziś nie te sprawy są najważniejsze, lecz gospodarka. Ale to widzenie krótkowzroczne. Kondycja Polski jako społeczności – i tu w kraju, i rozproszonej w świecie – jest nie tylko ważna, ale dalekosiężna. Kto o tym myślał, kiedy rozdzielano komisje?
 

 

Józefa Hennelowa

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 44, 4 listopada 2001

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze

Medytacja Biblijna

 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl