Ankieta o zaświatach

DARIUSZ KARŁOWICZ

 

Czy eschatologiczna interesowność nie ujmuje blasku nauce o heroicznej miłości Boga i bliźniego? Działanie motywowane nadzieją szczęścia wiecznego wielu moralistom wydawały się dowodem chrześcijańskiej małoduszności. Można odnieść wrażenie, że cień zakłopotania pojawiał się nawet u największych myślicieli chrześcijańskich. Gdyby zbawienie i prawda były rozłączne – pisał Klemens Aleksandryjski (pewny, że rozłączne nie są!) – to doskonały chrześcijanin wybrałby prawdę. Czy można mówić o interesowności? A może nieporozumienie tkwi w samym sposobie rozumienia nagrody, której przecież „ani oko nie widziało ani ucho nie słyszało”.
Chcielibyśmy więcej wiedzieć. Czy to nie próżna ciekawość? Zwłaszcza że zrozumienie tego, co nam powiedziano, nie przychodzi łatwo. „Oczekuję wskrzeszenia umarłych i życia wiecznego w przyszłym świecie”. Seria zagadek. Już sama nauka o zmartwychwstaniu i, co za tym idzie, cielesności „tamtego świata” powoduje ogromne trudności. Jak zrozumieć paradoks ciągłości i przemiany? A zresztą, czy takie spekulacje nie prowadzą tylko do kolejnych antropomorfizacji zaświatów? Choć w chrześcijaństwie antropomorfizacja jest dopuszczalną metodą poznania Boga (jesteśmy wszak teomorficzni), to przecież łatwo przekroczyć barierę śmieszności. Dobrze widać to nie tylko wtedy, gdy Bóg upodabnia się do ideału księcia, a niebo do dworu z wyobrażeń Baltazara Castiglione, ale i wówczas, gdy w zaświatach zaczynają rządzić liberalno-demokratyczne ideały, gdy zamyka się piekło, otwiera parlament i przyjmuje negocjacyjny charakter prawd wiary.
A więc zarzucić spekulację? Nie! Nie ma nic mniej chrześcijańskiego od umysłowej drzemki. Autor wielkiego „Listu do Diogneta” nie ma wątpliwości, że chrześcijanin musi zmierzyć się z pytaniem „co to naprawdę znaczy żyć w niebie”. Dlaczego? Bo bez tego niepodobna zrozumieć, co to znaczy żyć na ziemi. Wszak tę drogę zaczynamy już tutaj. Tu, jak uczyli ojcowie, rodzimy się dla nieba, tu zaczynamy drogę prowadzącą od „obrazu” do „podobieństwa” do Boga. Czy jednak rzeczywiście trzeba wiedzieć, gdzie się idzie? Czy trzeba rozumieć? Przecież tutaj – jak uczył Apostoł – postępujemy dzięki wierze, a nie dzięki widzeniu.
Tradycja mówi o dwu odstępstwach od tej zasady. Pierwsze dotyczy mistyków, obdarzonych rzadkim charyzmatem widzenia bezpośredniego. Drugie – mniej dziś zrozumiałe – męczenników czy (szerzej) świadków, którzy stanowią rodzaj szczeliny czy prześwitu w materii rzeczywistości zmysłowej. To poprzez nich zdolni jesteśmy zobaczyć Boga (są bowiem Bogu podobni), oni ukazują Go i dowodzą (gr. apodeiksis) Jego istnienia, w nich możemy zobaczyć zapowiedź zmartwychwstałego ciała i przemienionego świata.
Minęła osiemnasta rocznica męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki. Nie wątpię, że jest to najważniejsza historia, którą moje pokolenie musi zrozumieć i opowiedzieć. Słuchając relacji z toruńskiego procesu zdaliśmy sobie sprawę, że hipoteza niestałości wszystkiego – wygodna jako linia obrony – w istotny sposób rozmija się z rzeczywistością, której istnienie zostało udowodnione czy ukazane. Arystoteles nazwał mędrca miarą wszystkiego (metron). Podobnie jak wielu starożytnych wierzył, że piękno, sprawiedliwość i dobro mogą zostać uosobione, a więc, że mogą objawić się poprzez ludzi. Świadectwo ks. Jerzego postawiło pytanie o miarę, która, choć „niewyraźnie i jakby w zwierciadle”, to jednak przez chwilę zdawała się widoczna. To być może najlepszy z danych nam punktów odniesienia – seria historycznych wypadków głęboko uwikłanych w polityczny kontekst, które nie dają się zredukować ani do polityki, ani do historii. Jestem przekonany, że jest to centralne filozoficzne doświadczenie mojego pokolenia. Być może jedyne, na temat którego warto poważnie filozofować.
Rzecz jasna męczenników można nie zauważyć. Wbrew pozorom nie ma w tym nic dziwnego. Wiara starożytnych chrześcijan przekonanych o nieuchronnym wstrząsie, którego doznają świadkowie męczeństwa, trąci retoryczną przesadą. Wystarczy wziąć do rąk akta i przypomnieć sobie głosy Pękali, Piotrowskiego, Pietruszki. Powtarzając grozę Wielkiego Piątku i chwałę Niedzieli męczennicy upodabniają się do Chrystusa, którego obecność nie zniewoliła nikogo do wiary. To widzenie jest łaską, którą trzeba nie tylko dostać, ale i przyjąć. Wiemy, że między światami leży śmierć. Być może wielu nie zauważy nawet, że znalazła się po drugiej stronie. I może właśnie na tym polega piekło? A co to naprawdę znaczy żyć w niebie? Co znaczy być zbawionym? Sądząc po księdzu Jerzym znaczy gotowość wyboru miłości i to nawet wówczas, gdyby – parafrazując Klemensa – zbawienie i miłość były rozłączone (choć z mocy samej definicji rozłączone być nie mogą).



Autor jest doktorem filozofii i wolontariuszem Warszawskiego Hospicjum dla Dzieci. Nakładem „Znaku” ukazała się jego książka „Arcyparadoks śmierci”.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl