Ankieta o zaświatach

BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI

 

Odkąd pamiętam – wyłączając okres adolescencyjnej naiwności o heroicznym zabarwieniu – śmierć oraz jej następstwa jawiły mi się jako zjawiska niezrozumiałe i w najwyższym stopniu niepokojące. To, co zdołałem wyczytać na ich temat w Apokalipsie, Tybetańskiej Księdze Zmarłych czy innych odnośnych tekstach, wcale mnie nie pocieszało. Jeśli sprawa się tak przedstawia, myślałem, to jestem stracony. Lepiej, żeby po śmierci niczego już więcej nie było. Niebyt i nicość zdawały się bardziej kojące i upragnione niż wszystkie wątpliwe „zbawienia” i „nirwany”, obwarowane tak licznymi trudnościami, zastrzeżeniami i pułapkami, że właściwie poza moim zasięgiem. Pozostawało wprawdzie szyderstwo w rodzaju „najtrudniej będzie przez pierwsze piętnaście dni po śmierci, a potem człowiek się jakoś przyzwyczai” (Paul Verlaine), ale nie aforyzmami przecież życie stoi...
Potem przyszło zrozumienie, że popełniamy „niebezpieczny błąd, kiedy domagamy się, żeby to, co jest, było dobre dla nas, a wyzwalamy się z tego błędu, kiedy potrafimy skutecznie chcieć, żebyśmy to my byli dobrzy dla tego wszystkiego” (ks. Tomasz Węcławski). Uświadomiłem sobie także, że życie, śmierć, „zaświaty” – wszystko to dzieje się tu i teraz. „Bóg jest Bogiem teraźniejszości. Jakim cię znajduje, takim cię bierze i przyjmuje, nie takiego, jakim byłeś, lecz takiego, jakim jesteś teraz” (Mistrz Eckhart).
A w końcu:


„Świat widzieć w jednym ziarnku piasku,
Niebo – w przydrożnej koniczynie,
Dłonią ogarnąć Nieskończoność,
A Wieczność zamknąć w godzinie”. 

(Wiliam Blake)



Autor jest psychologiem, wykładowcą UJ, stałym współpracownikiem „TP” i „Znaku”.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl