A mój syn

Lej po Hannawaldzie

JACEK PODSIADŁO

 

A mój syn nie nadąża za przemianami zachodzącymi we współczesnym sporcie. Zbyt są gwałtowne i częste. Ot, oglądam Turniej Czterech Skoczni. „I co, tato, kto wygrał?” „Hannawald”. „Ale w skokach! Małysz czy Schmitt?” „Ani Małysz, ani Schmitt. Hannawald, taki Niemiec”. „Nie nabierzesz mnie. Niemiec to Marcin Schmitt. Małysz wygrał, tak?”
Zbliża się zimowa Olimpiada. Będzie się działo dużo ciekawego. Dużo więcej niż zwykle. Bo zwykle to tylko piłka nożna latem i skoki na nartach zimą. Owszem, też interesujące. Ponieważ notuję sobie, nigdy nie zapomnę, jak „nasz piłkarz niecelowo przyrżnął Grekowi, ale z dużą szansą na uszkodzenie przeciwnika”, ani też, jak całkiem niedawno „Hannawald eksplodował, a to zawsze zostawia ślad”. Ale jednak olimpiada, to zawsze olimpiada. Natłok konkurencji sportowych wymusza na TVP zaangażowanie do pracy komentatorów drugiego i trzeciego rzutu, a egzotyka niektórych konkurencji zmusza tychże nieszczęśników do wzlotów językowych dotychczas polszczyźnie nieznanych. Podczas ostatniej Olimpiady letniej też sobie notowałem, więc wiem. Sami powiedzcie, czy gdziekolwiek indziej, niż w szermierce, byłoby możliwe, aby „Rita Koenig strzeliła przeciwodpowiedzią, ale trafiła w nieważne pole”? A ileż ciekawych zjawisk naturalnych zachodzi w samym tylko wioślarstwie! „Szlakowy, czyli ten, który płynie drugi, posiada w nodze ster”. Skoro już to wiemy, „wyjaśnijmy może, na czym polega różnica między krótkim wiosłem a długim wiosłem”. Ale jednak „nie podgrzewajmy, panie Bogdanie, bębenka”. Tym bardziej, że jak dotąd „w kobietach sukcesy odnosiliśmy tylko na poziomie juniora”. Niby zwykła rzecz, wiosłowanie, a ileż tu utajonego bogactwa! A jeszcze judo! („Paweł jest ociężały, gdyż drzemią na nim duże oczekiwania”) A hokej na trawie! („Kiedy się przegrywa 0:2, to po prostu trzeba się otworzyć”). A inne dyscypliny! Oj, już widzę, co to się będzie słyszało podczas tych zimowych biathlonów i dwubojów klasycznych. Z niedoczekania aż sobie włączyłem telewizor z Galą Boksu Zawodowego w Gdyni. Akurat jedna pani biła drugą panią. Przepraszam za określenie „pani”, ale jak mam napisać? Pięściarka? Damski bokser? Pierwsza pani „walczy mądrze, przepuszcza na nogach i uderza, kiedy Angielka się otwiera”. Druga pani „jest wolna jak ręczne liczenie na tle komputera, momentami zatacza się jak pijany pasażer goniący ostatni pociąg”. O, a ten tam mistrz ceremonii w garniturze, ten na środku ringu z mikrofonem, co drze buzię jakby przedrzeźniał konferansjera konkursu na miss mokrego podkoszulka albo spikera stadionowego LZS-u Ścinawka? Czy to nie on? Tak! Nie kto inny, jak kierownik Redakcji Sportowej Telewizji Polskiej i to chyba nawet S.A., komentator o długiej ksywie „Nie kto inny jak Anelka strzela gola nie komu innemu jak Barthezowi”, nasz ulubieniec Daaaaaariuuuszszsz..: SZPACZYYYŃŃŃŃŃŃŃŃSKI!!!!!
Uff, z emocji aż dostałem rumieńców. Ale kiedy jedna pani drugiej pani robi pięć knockdownów w ciągu dwu rund, człowiek ma prawo zachowywać się dziwnie. A w gruncie rzeczy chciałem tylko oddać z nizin społecznych głos w obronie Krzysztofa Miklasa. No bo tak: przez wszystkie chude lata, kiedy trzeba było komentować Turniej Czterech Skoczni i liczyć te dobre siedemdziesiąte ósme miejsca Małysza i niezłe dwieście czterdzieste drugie lokaty Skupienia vel Skupnia, to redaktor Miklas się nadawał. Osobiście ceniliśmy redaktora Miklasa, tym bardziej, że ma podobną manierę sprawozdawczą jak red. Mrzygłód, który komentował skoki jeszcze za Bobaka, a pewna ciągłość jest ważna, bo człowiek się przywiązuje do głosu swojego komentatora i z tych samych powodów lubimy, jak tenis komentuje redaktor Ambroziak, który bardzo ładnie udaje redaktora Tomaszewskiego. A teraz, jak Małysz znowu wygrał w Zakopanem, to zamiast redaktora Miklasa komentował zawody ten pan, co lubi mówić o napięciu miotycznym i co mu Hannawald eksplodował. Znaczy się, redaktor Miklas przestał się nadawać, tak? Domyślamy się, że został zdyskwalifikowany za tę kontrowersyjną wypowiedź o rzekomym dopingu Hannawalda. Owszem, wypsnęło mu się, tak samo nie zaprzeczamy, że zdarzyło mu się kiedyś pomylić Małysza z przedskoczkiem. Ale skoro o przedskoczku mowa, to zmuszeni jesteśmy strzelić przeciwodpowiedzią, że w porównaniu z własnym przełożonym robiącym za małpę na gali damskiego boksu, redaktor Miklas jest mistrzem świata i już. Dlatego na kierownictwie TVP drzemią takie nasze oczekiwania, że olimpijski konkurs skoków będzie komentował nie kto inny, jak redaktor Miklas, który z niejednej skoczni śnieg jadł. O taki kształt współczesnego sportu żeśmy walczyli i w takim kształcie chcemy go oglądać.

Jacek Podsiadło
 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl