Pociecha



Melduję się po przerwie, bo znów mi odebrało mowę oraz chęć wypowiadania się na piśmie. Potrzeba zwykle czasu, żeby wyjść z przygnębienia, wywołanego horrendalnymi wypadkami. A tych mamy obfitość: w życiu politycznym skandale, którymi można by się tak mocno nie przejmować, gdyby nie to, że wstyd jest wspólny i wspólny jest los; w polskim rządzie pani minister marzy, zgodnie z principium polskich feministek, o wprowadzeniu prawa do aborcji; w Łodzi handel zwłokami i pavulon. (Czy to już jest cywilizacja śmierci, czy dopiero preludium?) Czas pomaga na przygnębienie o tyle, że można się zdobyć na jakąś refleksję, w czym wspierają człowieka ulubione lektury. Na przykład „Opis obyczajów za panowania Augusta III” Jędrzeja Kitowicza, gdzie, otwarłszy przypadkowo tom na stronie 308, wyczytałam co następuje:
„A gdy takim sposobem nie było żadnego pożytku z sejmów, przyszły też nareszcie do takiej pogardy, że arbitrowie, siedzący wysoko na ławkach, ciskali jabłkami i gruszkami twardymi na posłów perorujących, osobliwie, gdy który prawił co lada jako. Trafiony w łeb, a jeszcze według mody panującej natenczas wygolony jak kolano, poseł wołał na marszałka: »Protestor, mci panie marszałku, o zniewagę charakterowi memu poselskiemu przez arbitra uczynioną« – pokazując takowej zniewagi jawny i oczywisty dowód, świeży guz na czele lub pod okiem siniec. (...) Arbitrowie, prócz ciskania na posłów, jeszcze innym sposobem przerywali posłom mowy, kiedy spychając jeden drugiego z ławy, a spadający chwytając siedzących, razem kilku na ziemię spadło, z czego śmiech powszechny przerywał obrady. Taka była płochość w izbie poselskiej. (...) Druga nieprzyzwoitość była między posłami – piwo butelkowe, wówczas będące w guście, musujące tak jak angielskie (...). Posłowie po dobrych śniadaniach naturalnie cierpieli pragnienie; nie chcąc wychodzić z koła dla tłoku zawsze panującego, kazali sobie przynieść owego piwa; to w ręku niesprawnego służalca albo też filuta otworzone, z butelki musując gdyby z sikawki po głowach i sukniach jakiego takiego, poruszyło bliskich do ucieczki, a stąd do zamieszania i śmiechu całej izby”.
W przypisach – arcyciekawych, jak to przypisy – zamieszczono małe ŕ propos: fragment diariusza sejmu ordynaryjnego grodzieńskiego z roku 1752. „Na sesji w dniu 5 listopada wystąpił z oskarżeniem Wilczewski, podkomorzyc wiski; wyznał zatem, jakowe są postronnych nacji około zepsucia obrad naszych starania: wyznał sam z siebie; jako był tentowany, a nie chcąc być Judaszem i tradere patriam (zdradzić ojczyzny), dobył publice pieniędzy 350 dukatów, in vim (jako środek) zerwania sejmu sobie danych, i one z indygnacją rzucił na środek izby poselskiej (...). Przystąpił potem imć pan Wilczewski do denominacji apretiatiorum (wyliczenia opłaconych) i najprzód czytał z regestru imż pana Kietlińskiego – sendomirskiego, imć pana Grodzickiego – kaliskiego, imć pana Rogalińskiego – poznańskiego, Gurowskiego – podolskiego, Hurka – witebskiego, Wolbeka – mozyrskiego i Jeżewskiego – płockiego, posłów. Wprawdzie po kilku dniach (14 listopada) Wilczewski odwołał oskarżenie, ale skutecznie zatamował czynności sejmu, który miał uchwalić aukcję wojska”.
Interesujące, że zachowania proste i naturalne u człowieka, obdarzonego przez naród godnością posła, takie jak powaga, uczciwość, spokój i odpowiedzialność za rozstrzyganie spraw państwowych, nie były w owych czasach w modzie. Dziś sytuacja jest jakże inna! – nikt nie rzuca jabłkami, ani tym bardziej twardą gruszką, zaś piwa wnosić na salę sejmową nie wolno.
Tak się pocieszywszy, odkładam na chwilę książkę i patrzę w okno. Ależ to istny huragan! Natura nie ustaje w słaniu nam wciąż nowych sygnałów ostrzegawczych. Tylko że mało kto bierze ją na serio. „Dziwne znaki na niebie i ziemi”, które budziły lęk w naszych antenatach i zmuszały ich do zastanowienia nad przyczynami ewentualnej kary Bożej, zracjonalizowano dziś i oswojono. Niesłusznie. Zracjonalizowane czy nie, odruchy obronne przyrody nie przestają być groźne. A co do kary Bożej, wciąż nic nie wiadomo na pewno.
Na razie natura wciąż funkcjonuje. I to jest prawdziwa pociecha. Wiosna na pewno przyjdzie za dwa miesiące; na forsycjach już nabrzmiewają pączki, a z ziemi wyłażą czubki niecierpliwych krokusów. Róże wyglądają jak martwe badyle, ale ja wiem, że krążą w nich soki i czai się tajemnicza energia, która w czerwcu każe im wybuchnąć lawiną misternych kwiatów w najpiękniejszych kolorach. Wciąż jeszcze wszystko jest tak, jak być powinno. „Słońce wschodzi, głaszcze powietrze. Dziecko się rodzi. Szumi deszcz” – pisał w roku 1948 Konstanty Ildefons Gałczyński, którego słowa dedykuję Noemi i Tomkowi, przyszłym rodzicom. „Ptak ptaka strofuje w gnieździe. Gwiazda dzień dobry mówi gwieździe. Dziecko się rodzi. Nasze dziecko się rodzi. Nadzieja.”

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl