Zachód i islam: czy jesteśmy skazani na konfrontację?

Zdrowa konkurencja religii

Z kardynałem KARLEM LEHMANNEM, przewodniczącym niemieckiego Episkopatu, rozmawia Marek Zając

 

MAREK ZAJĄC: – W minionym tygodniu przedstawiciele religii świata modlili się w Asyżu o pokój, na zaproszenie Papieża. Sceptycy, także w Kościele, twierdzą, że takie spotkania niewiele wnoszą, a idea takich modlitw o pokój poniosła klęskę, bo od poprzedniego spotkania w Asyżu w 1986 r. byliśmy świadkami mnóstwa krwawych konfliktów, także religijnych. Optymiści odpowiadają, że mimo wszystko takie spotkania są ważne, bo są znakiem, symbolem, a religie nadal chcą współpracować dla pokoju.
KARD. KARL LEHMANN: – Ojciec Święty wskazuje na potrzebę dialogu i współpracy między religiami nie od 11 września i nie od pierwszego spotkania w Asyżu, ale od samego początku swego pontyfikatu. Papież zawsze wspierał nie tylko ekumenię, ale też kontakty z judaizmem i innymi religiami niechrześcijańskimi. Papieska Rada ds. Dialogu Międzyreligijnego wydała gruby, liczący 700 stron tom z tekstami dotyczącymi samego tylko dialogu z religiami niechrześcijańskimi, ogłoszonymi przez Papieża i Radę.
Mam natomiast wrażenie, że Kościoły lokalne w świecie nie potraktowały dość serio tego, co dzieje się od ponad 20 lat w sferze dialogu międzyreligijnego. Tymczasem Papież odnosi się tutaj w gruncie rzeczy do Soboru, jest wierny nauce soborowej. W tym sensie można powiedzieć, że Papież i Kościół światowy jako całość radzą sobie lepiej z dialogiem międzyreligijnym niż większość Kościołów lokalnych w poszczególnych regionach i krajach świata. 
Spotkania takie jak w Asyżu mają głęboki sens: wyznaczają symbolicznie kierunek, są drogowskazem dla religii i dla zwykłych ludzi. Papież to świetnie rozumie. Można powiedzieć, że w Asyżu położono tylko kolejny kamień na wytyczonej już drodze.
Po 11 września na Zachodzie pojawiają się dwie skrajne opinie. Wedle pierwszej islam ponosi odpowiedzialność za tę tragedię. Zwolennicy drugiej tezy mówią, że nie wolno łączyć islamu jako religii z terroryzmem i przemocą.
– Każda religia, także islam, musi mieć świadomość, że można ją instrumentalizować i jej nadużywać. Mój wielki mistrz z Freiburga, filozof religii Bernhardt Welte, już po drugiej wojnie napisał niewielką książkę ,,Wesen und Unwesen der Religion” (gra słów: chodzi o istotę religii – niem. ,,Wesen” – i możliwości manipulowania nią – red.). Każda religia musi więc stale zważać na niebezpieczeństwo instrumentalizacji i żadna nie jest pod tym względem bezpieczna. Także chrześcijaństwo musiało się tu wiele nauczyć, wystarczy przypomnieć wyprawy krzyżowe. Choć, moim zdaniem, islamowi grozi tu niebezpieczeństwo szczególne, gdyż islam jest religią Boga, który zwycięża i zdobywa. Już Mahomet był wodzem, prowadził wojny, zwyciężał w wielu bitwach, doprowadzając w ten sposób do szybkiego rozprzestrzenienia się islamu. 
Musimy więc zapytać – sam nie jestem pewien odpowiedzi, ale istotne jest tu pytanie – jaki jest stosunek między islamskim wizerunkiem Boga a przemocą. Jeśli jest to zawsze ,,Bóg-zwycięzca”, taki wizerunek ma określone skutki. Co przejawia się w dwóch aspektach: po pierwsze, islam jest relatywnie tolerancyjny do wewnątrz, dla własnych wyznawców. Ale „niewierni” powinni być zniszczeni. Islam ma więc rys przemocy, który naturalnie łagodzony jest przez inne elementy, np. całkowite poddanie się człowieka woli Boga. Powstaje tu jednak silne napięcie i człowiek musi wybrać. Może wybrać stosowanie przemocy w imię Boga. Drugi aspekt: to jak islam pojmuje porażkę, cierpienie i w końcu krzyż. Moim zdaniem w islamie nie ma za wiele miejsca na te elementy ludzkiej egzystencji, gdyż Allah jest ,,Bogiem zwycięskim”. To jest wielka różnica między chrześcijaństwem a islamem. Oczywiście my, chrześcijanie, czasem nadużywaliśmy w historii takiego rozumienia krzyża, gdy np. gloryfikowaliśmy cierpienie bądź akceptowaliśmy je nawet tam, gdzie nie powinniśmy tego robić, np. przekonując ludzi traktowanych niesprawiedliwie, że powinni przyjmować swój los jako wolę Bożą. 
Inny przykład to pojęcie „świętej wojny”, dzisiaj szeroko dyskutowane. 
– W islamie pojęcie ,,świętej wojny” można rozumieć dwojako. Po pierwsze jako coś osobistego: walkę z własnym cierpieniem i słabościami. W tym sensie nie ma mowy o przemocy. Albo jako ,,święta wojna”, jako zbrojne starcie, wojna przeciw niewiernym, których trzeba niszczyć.
Ale choć w islamie mamy do czynienia ze sprzecznymi tendencjami, nie można obarczać tej religii odpowiedzialnością za 11 września. Winna jest ideologia, która doprowadziła do tak radykalnej interpretacji islamu i która manipuluje ludźmi, odwołując się do religii. Zresztą trudno to nawet nazwać ideologią. W przypadku bin Ladena czy talibów dużą rolę odgrywa przekonanie, zresztą rozpowszechnione w krajach islamskich, że kultura zachodnia i nasza cywilizacja industrialna są bezbożne, że dla nas liczy się tylko zysk i jesteśmy przyczyną niesprawiedliwości w świecie. Że jesteśmy po prostu złem i musimy zniknąć z powierzchni globu. Stąd ta mania niszczenia. 
Z drugiej strony, kraje zachodnie powinny postawić sobie w sumieniu pytanie: na ile ład gospodarczy w świecie i jego przejawy – dziś przede wszystkim globalizacja – przynosi korzyści nie tylko krajom Zachodu, a na ile wtrąca państwa niezachodnie, w tym islamskie, w strukturalną nędzę?
Czy Ksiądz Kardynał chce powiedzieć, że analizując tendencje fundamentalistyczne w świecie islamskim trzeba pytać także o jego głębsze przyczyny? 
– Fundamentalizmu nie można niczym usprawiedliwiać. Ale trzeba go lepiej zrozumieć i nauczyć się dokonywania ocen bardziej zróżnicowanych. Bo za fundamentalizmem stoi zawsze jakieś autentyczne pytanie, ludzki dramat albo autentyczna potrzeba, które z jakichś powodów manifestują się w taki właśnie sposób. Nasz świat staje się coraz bardziej skomplikowany, coraz mniej przejrzysty. Tymczasem religia jest w swej istocie czymś prostym: ona pokazuje człowiekowi sens życia, także w śmierci, cierpieniu czy nędzy. Religia domaga się w gruncie rzeczy łatwych odpowiedzi. A fundamentalizm to odpowiedź zbyt łatwa i fałszywa – na pytanie właściwe i wielkie. Fałszywa, gdyż oparta na przekonaniu, że jedną prostą dewizą można rozwiązać wszelkie problemy. 
Skrajne grupy islamskie, działające w środowiskach Turków w Europie Zachodniej, mówią swoim zwolennikom – ludziom często zagubionym w obcym otoczeniu – że w miejscu pracy nie powinni nawet rozmawiać z kolegami-chrześcijanami, że kobietom nie wolno robić zakupów bez towarzystwa mężczyzny, a dziewczęta nie powinny chodzić do szkoły. Tak jakby ich zbawienie zależało od tego, że będą się izolować od nie-islamskiego otoczenia. 
Jan Paweł II przepraszał za grzechy, popełniane w historii przez chrześcijan. Czy chrześcijanie mogą oczekiwać podobnej skruchy ze strony np. duchownych islamskich?
– Papież ma absolutnie rację. Historia dowodzi, że posługiwanie się zasadą „oko za oko, ząb za ząb, przemoc za przemoc” nic nie polepsza, jedynie pogarsza. Jeśli nawet przepraszanie za grzechy w historii nie jest łatwe, to i tak jest to jedyna właściwa odpowiedź. I musimy ją urzeczywistniać w naszej codzienności, krok po kroku: mamy przebaczać nie siedem razy, ale siedemdziesiąt siedem, czyli nieskończenie często. My, chrześcijanie, też dopuszczaliśmy się niesprawiedliwości, gdy chcieliśmy zdobyć siłą Ziemię Świętą i organizowaliśmy wyprawy, zabijając wielu ludzi. Tu Papież jest dla nas wzorem: spotkał się z Ali Agcą i wybaczył mu. A wiemy już, że pojednanie jest możliwe także między narodami. 
Również kraje islamskie muszą zadać sobie pytanie, czy i one nie powinny czegoś zmienić. Myślę na przykład o problemie przestrzegania praw człowieka, w tym o wolności religii: czy tutaj kraje islamskie nie powinny porozumieć się z państwami Zachodu co do pewnych zmian i jakiegoś konsensu. Dziś realia są takie, że np. muzułmanie mogą bez większych problemów zbudować w Rzymie wielki meczet, bo we Włoszech jest wolność religii. Natomiast gdybym ja w jakimś kraju Zatoki Perskiej odprawił nabożeństwo – nie na terenie zachodniej ambasady czy szkoły prowadzonej przez ambasadę, ale na terenie, nazwijmy to, arabskim – musiałbym się liczyć z natychmiastowym aresztowaniem. Bo publiczne życie religijne chrześcijan, a także innych religii poza islamem jest w wielu krajach muzułmańskich zakazane. Niektóre z tych państw idą jeszcze dalej i wprowadzają szariat (prawo koraniczne – red.) jako prawo stanowione, nie zważając, że część mieszkańców to chrześcijanie, którzy nie akceptują takich metod, jak obcinanie rąk za kradzież albo kamienowanie za cudzołóstwo. 
Nie powinniśmy o tym milczeć. Przeciwnie, to temat do dyskusji z krajami islamskimi. Trzeba, krok po kroku, szukać zbliżenia. Więcej: tu musi dojść do porozumienia. Nie może być tak, że muzułmanie na Zachodzie mają wszelkie prawa, a chrześcijanie w krajach islamskich nie mają żadnych. Potrzebujemy tu wzajemności. Gotowość do pojednania polega także na tym, że obaj partnerzy wyciągają do siebie ręce. Nie ma mowy o pojednaniu, gdy jedna strona stoi z wyciągniętą ręką, a druga ignoruje ten gest.
A jednak w prowadzonym na Zachodzie dialogu między chrześcijaństwem a islamem łamanie praw człowieka w krajach islamskich, w tym brak wolności religii i prześladowanie nie-muzułmanów, są często przemilczane.
– Chrześcijanie, represjonowani w krajach islamskich, mówią czasem nam, ludziom Zachodu, że jesteśmy naiwni, marzycielscy, zbyt miękcy. Nawet od niektórych muzułmanów mieszkających w Niemczech możemy czasem usłyszeć: mamy więcej dzieci niż wy, chrześcijanie, wkrótce będzie nas więcej i w końcu to my będziemy tu rządzić. 
Ale oczywiście są też na Zachodzie muzułmanie odrzucający takie myślenie, i jest ich sporo. Oni żyją wśród nas, w swych rodzinach, pracują, są porządnymi, pobożnymi ludźmi, w piątek idą do meczetu i chcą tam słuchać o Bogu. Nie chcą, by ich religia była wykorzystywana do polityki prowadzonej przez ideologów, nie chcą kazań o ,,świętej wojnie” religijnej. Chcą dialogu z chrześcijanami. Trzeba więc wyraźnie rozróżnić między muzułmanami, którzy autentycznie przeżywają swą wiarę, a ideologami, którzy religię traktują instrumentalnie.
Ja mam na co dzień do czynienia z takimi ludźmi. Fryzjerka, u której się strzygę, jest młodą muzułmanką, rodem z Tunezji. Mówi doskonale po niemiecku. Jej mąż też jest muzułmaninem. Z kolei mój dentysta ma dwie czy trzy asystentki-Turczynki: profesjonalne, doskonale wykształcone, świetnie mówiące po niemiecku. Ci ludzie nie mają żadnych problemów z integracją w zachodnim społeczeństwie. 
Pytanie o granice tolerancji i o charakter integracji jest jednak aktualne. W Niemczech kilka dni temu Trybunał Konstytucyjny wydał orzeczenie, kończące trwający od dawna spór, czy tureccy rzeźnicy mogą rytualnie zarzynać zwierzęta. Teraz Trybunał orzekł, że rytualne zarzynanie jest dopuszczalne. Wywołało to w Niemczech krytykę, że orzeczenie podważa ideę integrowania imigrantów. Jakie są tu więc granice integracji?
– Istotnie, Trybunał uznał, że na gruncie tolerancji dopuszczalne jest pod pewnymi warunkami takie rytualne zarzynanie, gdy rzeźnik-muzułmanin podcina zwierzęciu gardło i pozwala się mu wykrwawić, bez ogłuszania go. Dotąd było to niemożliwe, gdyż wszystkich rzeźników obowiązywały jednolite przepisy, uwzględniające aspekt humanitarny, aby zwierzę możliwie najkrócej cierpiało. Sprawa jest faktycznie kontrowersyjna i głębsza: na ile, żyjąc w jakimś kraju, powinienem akceptować jego zwyczaje i prawa? Nie wiem, czy w tym przypadku możliwe jest takie zabicie zwierzęcia, by nie cierpiało niepotrzebnie. Ale Trybunał nie mógł podjąć chyba innej decyzji. Choć problem kształtu integracji pozostaje aktualny. Bo można zapytać, czy filozofia, na której opiera się to orzeczenie, nie utrudni integracji? Czy nie skłoni tych muzułmanów, którzy dziś żyją w izolacji, do zamykania się wręcz we własnych ,,gettach”? Tym bardziej konieczny jest dialog. Tu nie ma alternatywy.
Wiele zależy jednak od punktu widzenia. Mieszkając jako chrześcijanin w Europie, łatwiej jest mówić o dialogu, gdy ma się kontakty głównie z muzułmanami zintegrowanymi na Zachodzie. Tymczasem dla chrześcijan z Nigerii dialog to pojęcie abstrakcyjne, gdy coraz częściej przychodzi im walczyć o życie. 
– To prawda. Równie fatalna jest sytuacja chrześcijan w Sudanie, którą znam dobrze, bo sporo rozmawiałem o tym z byłym nuncjuszem w tym kraju. Wydaje mi się, że nadszedł czas, aby uznać, że islam powinien mieć szansę na rozwinięcie, nazwijmy to, swojego „wariantu europejskiego”. Islam miał w przeszłości wielki wpływ na kulturę europejską. Pamiętamy o dziedzictwie greckim, rzymskim, o Germanach i Słowianach itd. Tymczasem wkład islamu także jest duży, w dziedzinie filozofii, architektury, techniki. 
A takie próby budowania sąsiedzkiego współżycia z islamem już są, i to nawet tam, gdzie niedawno lała się krew. Siostry zakonne z Bośni opowiadały mi o wspólnym życiu z muzułmańskimi sąsiadami. Mimo doświadczeń lat 90. w Bośni kształtuje się dziś odmiana islamu, bardziej niż inne gotowa do tolerancji i porozumienia z innymi religiami. A w Europie Zachodniej mamy już do czynienia z takim islamem, dla którego wielość religii jest czymś naturalnym. Ci muzułmanie, którzy żyją z nami od 30-40 lat są silnie ,,uzachodnieni”, ich wiara i kultura kształtują się pod wpływem naszej cywilizacji – i pozostają oni muzułmanami. A ja nie mam z tym żadnego problemu, a nawet budzi to mój szacunek, gdy widzę, jak muzułmanin przerywa pracę i wyciąga dywanik, by pomodlić się, zwrócony w stronę Mekki. 
Może jest tak, jak twierdzą niektórzy, że islam ma jeszcze przed sobą tę ewolucję, którą chrześcijaństwo już przeszło?
– Coś tu jest na rzeczy. Chrześcijaństwo przechodziło różne etapy, jeśli np. chodzi o relacje Kościół-państwo: od średniowiecznego sporu o inwestyturę, przez Reformację z jej pytaniami o wolność jednostki, po sekularyzację po Rewolucji Francuskiej. To historia długa, nieraz bolesna, związana ze sporami miedzy chrześcijanami. Ale osiągnęliśmy wolność oraz niezależność – i państwa, i Kościoła – opartą na współpracy dla dobra społecznego; w szkole, wojsku czy więzieniach. Islam też pewnie musi przejść taki proces. 
Ksiądz Kardynał nie obawia się, jak wielu, coraz większych wpływów islamu w Europie?
– Lęku nie odczuwam. Ale zastanawia mnie tak szybki rozwój islamu. Chrześcijanie muszą mieć siłę i odwagę, by stanąć zarówno do zdrowej konkurencji, jak i do dialogu między religiami.

Rozmowa z kard. Lehmannem odbyła się podczas uroczystości wręczania doktoratów honoris causa kardynałom Lehmannowi i Miloslavovi Vlkowi, nadanych przez Uniwersytet Opolski. Redakcja dziękuje serdecznie Wydziałowi Teologicznemu i abp. Alfonsowi Nossolowi za pomoc w organizacji wywiadu.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl