Komentarze

 


Marcin Król Rząd ponad państwem

Wojciech Pięciak Bliski Wschód: ku przepaści

Andrzej Łukowski Rosja: koniec wolnej telewizji

 

 




  
Rząd ponad państwem

Kiedy Leszek Miller dokonywał podsumowania pierwszych stu dni swojego rządu, zaczął – jak w niemal każdym swoim wystąpieniu – od tego, że jego rząd posprzątał i ugasił pożary. Czyli pożary i bałagan zostały po poprzednim rządzie. Niewątpliwie rząd Buzka nieźle napsocił, ale rząd Millera także już narobił bałaganu. Kto będzie po nim gasił pożary, kto się zajmie zamieszaniem w szkolnictwie, w służbie zdrowia, bałaganem w stosunkach z UE, głupimi wypowiedziami rzecznika rządu, na kogo spadnie wina za pogotowie ratunkowe, gaz i podwyżki? Następny rząd powie, jeżeli zachowa konwencję przyjętą przez Millera, że to poprzednicy, a my teraz reperujemy. Tylko czy będzie jeszcze co reperować i gasić?
Otóż ponad rządem jest interes państwa. Państwo zaś mamy jedno. Rząd o tym zapomniał. Ze zdumieniem dostrzegam, że tylko w kwestii UE nowe władze próbują ratować choć pozory kontynuacji. Wszystko inne robią – ich zdaniem – lepiej, a wobec tego muszą zaczynać od nowa. Oczywiste jest, że niedawna opozycja nie lubi niedawnej władzy. Jednak nie zauważyłem, by prezydent Bush recesję w USA zrzucał na barki Clintona. Kontynuacja jest ważniejsza od partyjnych interesów. 
Kiedy SLD i koalicjanci obejmowali władzę, wszyscy wiedzieli, że nie będzie im lekko. Oni także. Sytuacja była trudna nie tylko z winy poprzedników, ale także z racji obiektywnych. Ciekawe było, jakie będą pierwsze reformy i jak szybko nowy rząd zacznie działać w celu przyspieszenia rozwoju gospodarczego. Na razie okazuje się, że rząd nie ma w tej kwestii kompletnie nic do powiedzenia i poprzestaje na najprostszym wyjściu: ministrowie, jak dzieci, mówią: „to nie ja zrobiłem, mamo, to kolega”. A co nas to obchodzi, kto narobił kłopotów? SLD wygrał wybory pod hasłem polepszenia sytuacji gospodarczej i społecznej – i teraz niech to robi, zamiast narzekać na poprzedników. 
Reformy zresztą rząd chce robić, ale bezsensowne. Co komu do zmiany terminu wyborów samorządowych? Czy społeczeństwo zostało poinformowane, jak wielkiego wymagałoby to pośpiechu i nakładów? Przyspieszenie to miałoby na celu względy jedynie polityczne. A po co komu (prawda, że to inicjatywa prezydenta) zmiana kiepskiej ustawy lustracyjnej: czy trzeba czynić to na gwałt, w sytuacji, gdy tyle innych spraw czeka w kolejce. I po co ten idiotyczny spór z Radą Polityki Pieniężnej? Co będzie, jak Rada obniży stopy i nic z tego nie wyniknie – co jest niemal pewne? Kto wtedy wystąpi w roli kozła ofiarnego? Myślę, że minister Belka już się powinien szykować. Najważniejsze jest jednak utrzymanie jedności państwa. „Samoobrona” nie jest wcale błahym zagrożeniem i rząd powinien szukać porozumienia z niedawną opozycją w imię racji wyższych, bo państwowych. Jednak okazuje się, że – na razie – jest to kolejny rząd partyjny, a nie państwowy, a SLD nie potrafi wznieść się ponad podziały i zachowuje się egoistycznie, także przy wielu drobnych sytuacjach, których już wspominać nie warto. 
Wszyscy wiemy, że zbliża się czas jeszcze gorszy. I wszyscy wiemy, że nie ma cudownych środków. Może jednak byłoby mądrzej i bardziej politycznie włączyć obywateli do spokojnej narady nad tym, jak przetrwać trudne czasy, zamiast obrażać ich, manipulować najnowszą przeszłością i starać się wybielić kosztem poprzedników. Czyżby SLD już się bał? Chyba tak. Przepraszam za banał, ale strach jest najgorszym doradcą. Niestety, premier Miller chyba innych doradców nie ma.
 
Marcin Król

 


 

 



Bliski Wschód: ku przepaści

Na Bliskim Wschodzie od jesieni 2000 trwa wojna, niewypowiedziana i dziwna. Dziwna, gdyż przecząca zasadzie, opisanej przez Clausewitza (tyleż cynicznie co prawdziwie), że konflikt zbrojny to przedłużenie polityki. Na Bliskim Wschodzie coraz trudniej o ten element racjonalności. Co zostaje, to nienawiść – i bezradność. Metody stosowane przez Palestyńczyków i Izrael odrywają się od celów politycznych, gdzie istotą doktryny bezpieczeństwa Izraela była zawsze obrona kraju i każdego Izraelczyka, Palestyńczycy zaś chcieli tworzyć dziś własne państwo. Metody obu stron celów tych nie przybliżają – przeciwnie.
Izrael do perfekcji opanował sztukę technicznego (militarno-wywiadowczego) kontrolowania Autonomii i reagowania na akty terroru – czasem przekraczając granicę obrony koniecznej i wchodząc na grunt „terroru państwowego”. Tak można nazwać podkładanie przez izraelskich żołnierzy bomb-pułapek w miejscach publicznych (przy wkalkulowanym ryzyku niewinnych ofiar, np. dzieci), niszczenie prywatnych domów oraz cywilnej infrastruktury Autonomii, w tym szkół, dróg biegnących obok osiedli żydowskich, archiwum palestyńskiego radia i archiwum „Orient House” w Jerozolimie (rekonstruowano tam kwestie własnościowe terenów okupowanych), czy wycięcie pół miliona świeżo posadzonych drzew i zdewastowanie lotniska w Gazie (drzewa i lotnisko współfinansowała UE). Bezpieczeństwa obywateli Izraela to nie polepsza. Odwrotnie: burzenie ludziom domów na zasadzie zbiorowej odpowiedzialności tylko dlatego, że ich sąsiad był terrorystą – jak w Rafah, gdzie Izraelczycy zniszczyli podstawy egzystencji 500 Palestyńczyków – to sposób na socjalizację kolejnego pokolenia terrorystów. I nawet jeśli pewnego dnia, może wkrótce, Izrael zniszczy Autonomię i zmusi Arafata do emigracji, nie usunie to zagrożenia terrorem. Ani nie rozwiąże problemu w postaci dziewięciu milionów ludzi – 3 mln Palestyńczyków i 6 mln Izraelczyków (z tendencją szybko rosnącą w pierwszym przypadku: 2/3 Palestyńczyków ma mniej niż 30 lat) – stłoczonych razem na obszarze wielkości jednej trzynastej Polski.
Także palestyński terror nie przybliża żadnego rozwiązania, lecz je oddala. Izrael ani nie chce, ani nie może ustąpić. A mordując Izraelczyków na bazarze czy w pizzerii, samobójcy-zamachowcy pośrednio godzą we władze Autonomii, przeciw którym kieruje się odwet Izraela, uzasadniany koniecznością samoobrony. Co jest prawdą jeśli nie wprost (choć ludzie Arafata stali też za zamachami), to w tym sensie, że lider Palestyńczyków, który dziś nie ma woli ani autorytetu, by zwalczać terror, w przeszłości zawsze traktował terrorystów instrumentalnie, a ich powiązania sięgają do jego otoczenia. Tymczasem „druga infitada” uderza też w zwykłych Palestyńczyków: ich sytuacja gospodarcza jest coraz gorsza, właściwie na granicy katastrofy. Wymiana z Izraelem (handel i praca) zamarła, 65 proc. rodzin żyje poniżej granicy nędzy, straty palestyńskiej gospodarki sięgają 70-90 proc., a bezrobocie 60 proc., powszechna jest korupcja. Arafatowi to jakby nie przeszkadzało. Terrorystom też nie, bo łatwiej rekrutować nowych samobójców. A tych będzie więcej: szef wywiadu wojskowego Izraela prognozuje, że kraj czeka kolejna fala terroru, jakiej jeszcze nie doświadczył.
Izraelski dziennik „Haarec” pisał w minionym tygodniu: „Władze Izraela i Palestyńczyków są tak zafiksowane, że nie mogą się porozumieć i nie dążą już najwyraźniej do rozwiązania politycznego. Oba rządy, ślepe i zamknięte na argumenty, prowadzą swoje narody ku katastrofie”. Istotnie, najgorsze jest tu poczucie fatalizmu: najwyraźniej nie ma takiej siły – w Izraelu, Autonomii ani poza regionem – która mogłaby zmienić bieg rzeczy.


Wojciech Pięciak

 


 

 

 

 

 

 


Rosja: koniec wolnej telewizji

W nocy z 21 na 22 stycznia zamilkła ogólnorosyjska stacja telewizyjna TV-6: widzowie zobaczyli nagle czarny ekran. Czy pamiętacie Państwo taki moment w najnowszej historii Polski, kiedy o północy zanikł przekaz telewizyjny i zaczęto nadawać nokturny Chopina? Ale w Rosji nie ogłoszono stanu wojennego. Jedynie wprowadzono w życie postanowienie sądu, który zadecydował o likwidacji TV-6. Oficjalnie – z powodu nierentowności kanału, na wniosek mniejszościowego udziałowca. Faktycznie – na mocy martwego przepisu prawnego i na wyraźne zamówienie z „góry”. Posłuszny sąd był tylko narzędziem realizacji politycznego celu.
TV-6 była w Rosji ostatnią wolną od kontroli „najwyższych władz partyjnych i państwowych” telewizją o zasięgu ogólnokrajowym. Dziennikarze pozwalali sobie na poruszanie kłopotliwych tematów, krytykę pod adresem prezydenta i jego współpracowników. Stacja była finansowana przez Borysa Bieriezowskiego, znanego milionera przebywającego na emigracji – niegdyś wpływowego, dziś zwalczanego przez rządzącą na Kremlu ekipę. W operacji unieszkodliwienia TV-6 chodziło nie tylko o odebranie telewizji nienawistnym media-magnatom, ale głównie o to, by – jak powiedział dyrektor TV-6 – „zakneblować wolne media”. 
Niepokorne środki przekazu najwyraźniej nie mieszczą się w budowanym przez prezydenta Putina państwie prawa, co było widać już wiosną 2001 roku, kiedy „politycznej poprawności” uczono niezależną od Kremla telewizję NTW. Obok wiecznie zadawanych w Rosji pytań: „co robić?” i „kto jest winien?” pojawiło się jeszcze jedno: „kto następny?”.

  
Andrzej Łukowski

 

 

 

 

 





 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 5, 3 lutego 2002

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze


Medytacja Biblijna
 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl