„Łowcy skór”: kilka pytań wokół skandalu w łódzkim pogotowiu

Śmierć i pieniądze

JÓZEFA HENNELOWA

 

Reportaż „Łowcy skór” w „Gazecie Wyborczej” i łódzkim radiu z 23 stycznia spowodował trzęsienie ziemi. Uruchomił wszystkie możliwe mechanizmy interwencyjne, od społecznych i resortowych po prokuratorskie, i zmobilizował najszersze spektrum opinii publicznej, od czatu internetowego w gazetach i telefonów słuchaczy do radia, po głosy autorytetów. W ciągu kilkunastu godzin padły wszystkie możliwe słowa oburzenia i dezaprobaty. 
A to dopiero początek. Teraz trzeba ochłonąć, by opiniowanie i działanie nie zagubiło się w niemożliwym do opanowania żywiole podniecenia, gniewu i popłochu. Bo sprawa, której dotyczy reportaż (i tytuł tego tekstu), ma kilka pięter.
Poziom najniższy i najbardziej oczywisty to skutki wolnego rynku usług w odniesieniu do najsmutniejszego, a nieuchronnego zjawiska ludzkiej śmierci. Każdy umiera w innych okolicznościach, ale śmierć musi zakończyć się szeregiem czynności urzędowych i kultowych, podległych tym samym przepisom. Dopóki była to usługa urzędowa, jak w PRL, nie stwarzała pokus, ale za to przysparzała osieroconej rodzinie cierpień przez niewydolność i bezduszność urzędniczą, a zmarłemu nieraz odmawiała szacunku (smutna bylejakość pogrzebów). 
Wolny rynek wprowadził ofertę wyręczania rodziny, zdejmując z niej w najtrudniejszych godzinach wszelkie uciążliwości formalne. Wie to każdy, kto w ostatnim dziesięcioleciu musiał grzebać kogoś bliskiego. Wolny rynek stworzył jednak także specyficzną konkurencję na tym najsmutniejszym polu usług – i zaczęła się tak drastycznie dziś opisana walka o klienta, wraz z pokusą nadużyć (dziennikarze opisali pogotowie, ale przecież ta sama pokusa dotyczy także np. szpitali i domów opieki, w których ludzie kończą życie). 
Wydaje się więc, że aby uniknąć najdrastyczniejszych nadużyć – łapówki za zawiadomienie usługodawcy o zgonie – trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że usługi pogrzebowe nie mogą być bez ograniczeń wolnorynkowe. Przy rejestracji, a także przy kontroli ich funkcjonowania poprzeczka musi być ulokowana wyżej niż dotąd. Reszta oczywiście, jak zawsze w przypadku korupcji, pozostaje kwestią poziomu etycznego zainteresowanych, niestety.
Ale to przecież dopiero jeden aspekt zagadnienia, o którym zaalarmowali nas autorzy „Łowców skór”. Bo korupcja, okazało się, nie kończy się na meldowaniu za pieniądze o zgonach, których było się świadkiem. Chodzi także o podejrzenie, że śmierć była przyspieszana – dla tak nędznych korzyści materialnych jak tysiąc kilkaset złotych, za to przy użyciu najokrutniejszej nawet przemocy (zastrzyk ze środkiem uniemożliwiającym oddychanie). Albo co najmniej o zbrodnicze zaniechanie pomocy, do której było się wezwanym: pogotowie, które opóźnia przyjazd, pogotowie, które nie ratuje, a zamiast tego wypisuje jeszcze żyjącemu kartę zgonu... 
To właśnie podejrzenie, poparte wieloma poszlakami, tak nami wstrząsnęło. I tu od razu powstał spór: tych, którzy uznali reportaż w „Gazecie Wyborczej” i w radiu za niezbity dowód przestępstwa, i tych, którzy odpowiedzieli: nie uwierzę, póki nie będzie prawomocnego wyroku sądu nad winnymi, którym zbrodni dowiedziono. Na razie dominuje postawa pierwsza: strach i potępienie. Słabsze bez porównania są głosy proszących o umiar i powściągliwość.
A nakazem najwyższej mądrości musi tu być postawa pełnej odpowiedzialności wszystkich: i opinii publicznej, i jej wyrazicieli, i tych, co odpowiadają za bezpieczeństwo ludzi we wszystkich wymiarach społecznych. Jeśli padły publicznie takie oskarżenia, muszą być niezbite dowody, w najwyższym stopniu precyzyjne i dokładne. Trzeba pamiętać, że człowiek dotknięty stratą najbliższej osoby zawsze nosi w sobie gotowość do oskarżenia: gdyby inaczej leczono, gdyby więcej dbano, gdyby o minutę wcześniej interweniowano... Dotyczy to także czasu dojechania pogotowia: nawet reakcja najszybsza może w wyścigu ze śmiercią okazać się zbyt późna i nikt temu winien nie będzie. 
A więc dowiedzenie zbrodni jest tu sprawą najwyższej wagi. Inaczej kryzys zaufania do instytucji pomocy medycznej może się okazać nie do odrobienia – i szerzyć spustoszenie w naszym życiu społecznym w sposób wyjątkowo szkodliwy. Bo do potępienia wszystkich i w czambuł skłonni jesteśmy niesłychanie, a do wdzięczności czy do pamięci o dobru i poświęceniu – rzadziej.
I jeszcze jedno: skandal z „Łowcami skór” bezpośrednio dotyka budzącego już od dawna najwyższe emocje problemu eutanazji: cichego wspomagania w umieraniu, o które na razie oskarżaliśmy tylko obce ustawodawstwa i obcą praktykę. Otóż trzeba sobie powiedzieć, że ta straszliwa pokusa nie jest wcale taka egzotyczna i nie tkwi tylko w rzekomej, tak potępianej u nas laickości zachodnioeuropejskiej. Okazało się, że motywem jej mogą być (jeśli sądy potwierdzą podejrzenia) nędzne sumy gratyfikacji. 
Ale czy na tym się kończy? Czy zaniechania w leczeniu dla takich powodów jak jego kosztowność w zadłużonym szpitalu, jak uciążliwość pielęgnacji, jak niedbalstwo opieki przy marnej organizacji pracy i zaniku etyki zawodowej – to egzotyka, całkowicie nam nieznana? Trzeba sobie powiedzieć w oczy: uczciwe traktowanie chorych terminalnie, chorych na pozór beznadziejnych, szczególnie trudnych w pielęgnacji i takich, o których nikt się nie upomni, to także sprawa sumień, a nie tylko kwestia egzekwowana przez dozór taki czy inny. 
W katolickim kraju jak Polska problemu z tym być nie powinno. A oto jest!

Józefa Hennelowa 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl