O wszystkim
Płyniemy
ANDRZEJ DOBOSZ
Pan Maciej Łuczak, autor książki
o „Misiu” Stanisława Barei, który zamierza napisać
następną o „Rejsie”, spytał, czy widzę sens w nakręceniu
„Rejsu” nr 2? Słyszałem to pytanie wielekroć i zawsze
dotąd udzielałem odpowiedzi przeczącej. Teraz pomyślałem,
że nadszedł już czas. Tyle że akcja nowego „Rejsu”
musi się dziać równocześnie na kilku statkach (©
Andrzej Dobosz), każdy z odmiennymi pasażerami. Wszystkie te
ekipy wiąże to, że muszą wybrać jedną wspólną Radę
Rejsu. Ucieszyłem się nawet, że jeszcze nie zdołano zmarnować
takiej okazji.
Fakt, że zlikwidowano właśnie Komitet Kinematografii mający
wspierać produkcje filmowe wydaje się szczęśliwą okolicznością.
Nie wątpię, że kilkaset tysięcy młodych i niegdyś młodych
ludzi chętnie wyłoży drobne sumy na sfinansowanie filmu. Sądzę
nawet, że wysokość wkładu powinna być ograniczona, by ktoś
jeden nie mógł przejąć pełnej kontroli. W razie sukcesu
dochody z eksploatacji będą mogły stanowić początki kapitału
owych kas oszczędnościowo-pożyczkowych, do których tworzenia
zachęca nas nie bez racji Stefan Bratkowski. Mam nadzieję, że
Stefan zechce ułożyć statut tej spółki. W ten sposób
producenci Rejsu, wśród których zamierzam się oczywiście
znaleźć, stworzą wreszcie polską klasę średnią.
Chętni do udziału w akcji też się znajdą, a Marek Piwowski
umie wybierać swoich aktorów. „Rejs”,
który znamy – jedyny, jaki istnieje, jest dziełem reżysera,
odtwórców ról, ale także całkiem licznej grupy urzędników
i działaczy, z wyjątkiem może Krzysztofa Teodora Toeplitza
pogrążonych w anonimowości, którzy przez rok cięli film i
zagradzali mu drogę na ekrany. Bo zwykła cenzura okazała się
całkiem bezradna i nie wykonała bodaj żadnego ruchu.
Gdy w normalnym filmie każdą scenę kręci się dwa lub trzy
razy, by wybrać najszczęśliwszą wersję, w Rejsie nie było
powtórek, lecz za każdym razem całkiem odmienne warianty.
Nakręcono bardzo wiele materiału, który potem cięto, cięto,
cięto. Kto tym razem mógłby ciąć po tym, co już wytnie
Piwowski? Oczywiście Rada Nadzorcza spółki producentów.
Nawet wiem z góry, co trzeba by koniecznie wyciąć: wszystko,
co mogłoby wzbudzić podejrzenie, że stanowi szkic portretu
czy bodaj cień aluzji do panów Jaskierni, Leppera czy
Wrzodaka. Nie można karykaturować karykatur. W tamtym „Rejsie”
nikt przecież nie mógł się dopatrzyć żadnego Logi-Sowińskiego.
A kto to taki? – musiałby dzisiaj pytać młody widz.
Całkiem inną sprawą jest, jak zachowa się widownia. W roku
1971 moja kuzynka oglądała „Rejs” w Lublinie. Salę
zapełniali głównie studenci pokładający się ze śmiechu.
Gdy doszło do mego monologu w wodzie rozległy się głosy:
Patrz, facet robi Cackowskiego. Prof. zw. dr hab. Zdzisław C.
był to (i jest) filozof marksistowski z Lublina, którego żadnej
pracy nie miałem nigdy w ręku.
Na statkach powinni się znaleźć zwykli dzisiejsi Polacy. Z
czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie. Z ich
fantazjami, ambicjami i poglądami. Poglądami zarówno własnymi,
jak może i nie całkiem własnymi. Już po „Rejsie”
spytał mnie mój kolega Jan Himilsbach, czy mam telewizor. Słysząc,
że nie mam, oświadczył, że on ma, ale jeszcze nie widział
żadnego programu, bo go o tej porze nigdy nie ma w domu. Teraz,
gdy zabrakło Himilsbacha, jedna osoba na statku, która nigdy
nie ogląda telewizji dałaby smaku całej opowieści.
Czy więc wypada ogłosić konkurs na scenariusz nowego „Rejsu”?
Ależ Marek Piwowski, który jest mistrzem w prowokowaniu
sytuacji i reagowaniu na nie, przed laty nie potrzebował żadnego
szczegółowego scenariusza. Maszynopis złożony w urzędach był
fikcją niezbędną, by uzyskać skierowanie do produkcji.
A jednak mam wrażenie, że konkurs trwa już od dłuższego
czasu.
Wiem też, jak powinno brzmieć ostatnie zdanie tego filmu.
Wypowie je wybrany wreszcie Przewodniczący Rady Rejsu: „Zaprosiłem
panów w celu zakomunikowania im nowiny: Płyną za nami
komisarze Unii Europejskiej”.
|