Ameryka czasu wojny

Kłopoty z jednością

PAULA SAWICKA Z WASZYNGTONU

 

W szóstym tygodniu po 11 Września „wracamy do normalności”. Rano wychodzimy do pracy, potem robimy zakupy, spotykamy przyjaciół. Chodzimy nawet na koncerty. Oglądając telewizję nie jesteśmy już przyklejeni do programów informacyjnych. W gazetach też zaczynają się pojawiać „normalne” tematy – i reformowanie edukacji, i huragany. Pierwsze reakcje po szoku są za nami – zebraliśmy pieniądze dla rodzin ofiar, powiesiliśmy flagi narodowe. Poczuliśmy solidarność wobec zła: dziś wszyscy jesteśmy Amerykanami – słychać było zewsząd. Lecz czas odruchów minął. Nadszedł czas rozważań. Wyrażamy więc opinie i ze zdumieniem stwierdzamy, że się różnimy. Czy to dziwne? Nie, to właśnie „normalność”. Czy to znaczy, że nasza jedność się rozprysła? Czy można zachować jedność – i jednocześnie własne, odmienne zdania?
Ale dzisiejsza „normalność” jest inna. Nowa jakość daje znać przede wszystkim tu, w Ameryce. Dostajesz przesyłkę od nieznanego nadawcy, a już zastanawiasz się, czy otworzyć. Rano pójdziesz do budynku Senatu na konferencję o walce z bioterroryzmem, a po południu, jako jej uczestnik otrzymujesz e-mail z zaproszeniem na badanie lekarskie, z którego wrócisz zaopatrzony w buteleczkę cipro. Twoja córka ma kolegę, który zaciągnął się do armii w zamian za opłacenie studiów, a teraz obawia się, że go wyślą do Afganistanu. 
Inaczej musimy też odtąd rozmawiać o nowej rzeczywistości. Nie jesteśmy do tego przygotowani, bo operujemy mnóstwem gotowych sądów, wywodzonych z dotychczasowych stereotypów. Uważasz się za strażnika wolności obywatelskich, zwolennika poprawności politycznej, więc masz skłonność atakować tych, których poglądy są prawicowe i konserwatywne. Ci ostatni z kolei będą napadać na liberałów, lewicowców, „zachodnich intelektualistów propagujących relatywizm i antyamerykanizm”. Gdzie jednak teraz przebiega linia podziału? 
Pierwszy wyłom w jedności spowodował wielebny Jerry Falwell, głośny protestancki kaznodzieja i założyciel chrześcijańskiego ruchu Moralnej Większości, który dwa dni po ataku ogłosił, że Ameryka zasłużyła na to, co się stało, bo dopuszcza aborcję, pochwala prawa gejów, a sądy nie zezwalają na modlitwę w szkołach. Sprawcą kolejnej kłótni stał się komentator telewizyjny Bill Maher, który w napastliwy sposób uznał za niestosowne użycie przymiotnika „tchórzliwy” w odniesieniu do autorów zamachu. Zgodziła się z nim m.in. Susan Sontag. Tak Falwell, jak Maher zostali zmuszeni do publicznych przeprosin. 
Lecz najważniejsze były wnioski z tej awantury. Owszem, przywykliśmy uważać, że poświęcenie życia dla sprawy to bohaterstwo. Tyle że wobec 11 Września dotychczasowe kryteria oceny nie pasują. Zanim jednak zaczniemy rozważać szczegóły i „subtelne” różnice (w rzeczy samej poważne, ale nie w tej chwili), musimy opowiedzieć się za czym i przeciw czemu jesteśmy. Ja jestem przeciwko złu. Nie ma zła mniejszego i większego, ale TO zło jest porażająco złe i fakt, że dla jego popełnienia złoczyńca jest gotów oddać życie, tylko to zło wyolbrzymia. To już nie są rozważania, czy niezgoda na palenie flagi narodowej albo na głoszenie rasistowskich haseł jest pogwałceniem wolności słowa. To nie jest kwestia poprawności politycznej – przykładanie tej miary jest pomyłką. Dlatego nie zgadzam się z tymi, którzy powołują się na to kryterium. Ale wcale nie czuję się przez to po stronie tych, którzy napadają na „liberałów” i „lewicowców”. 
Świat po 11 Września jest inny (to już truizm) i wszystko wymaga zmiany, nasz sposób myślenia również. Dziś już jest inaczej. Dziś powinniśmy sobie narzucić zasadę „politycznej ostrożności”. Jeśli w Polsce Marek Jurek wypowiada jakiś sąd, to się z nim w 9 wypadkach na 10 nie zgodzę (nie napisałam „10 na 10” z nawyku do poprawności politycznej, bowiem jestem za poprawnością polityczną). Mogę więc z góry i bez zastanowienia wesprzeć jego oponentów. Ania, moja przyjaciółka, ma flagę na domu i samochodzie. W czasach wojny w Wietnamie nigdy nie powiesiłaby flagi amerykańskiej, ale dziś to co innego – to znak solidarności. Nie ma powodu, by dać sobie wydrzeć prawo do poczucia solidarności i mówienia złu „nie!” tylko dlatego, że z prawa tego korzystają również ci, z którymi w innych sprawach się nie zgadzamy.
Nie mam pełnego stanowiska we wszystkich kwestiach, które się teraz pojawiają. To dla mnie nowe doświadczenie, więc muszę po nowemu o nim myśleć. Nie odpowiada mi pozorny obiektywizm Sontag i Mahera oraz ich wezwanie, by samobójczych terrorystów oceniać tą samą miarą, co Szmula Zygelbojma. Nie odpowiada mi niesumienny rachunek wystawiony Ameryce przez Zygmunta Baumana (TP 38/2001), chociaż i mnie „drżeniem napawa myśl, żeśmy ludźmi, a nie ma granic złu, jakie ludzie zdolni są popełnić...”, tak jak nie odpowiada mi słowo głoszone telewidzom przez wielebnego Falwella, bo w tym wypadku nie ma znaczenia, że Profesor wini amerykańską politykę zagraniczną, a Wielebny tolerowanie aborcji i przyznawanie praw gejom. Czy zgadzam się wobec tego z tymi, którzy krzyczą o „dekadenckiej lewicy”, zapominając o Fallwelu i mu podobnym? Nie – i dlatego również nie odpowiada mi demagogiczna polemika Agnieszki Kołakowskiej z Baumanem („Rzeczpospolita” 4.10). Czy chciałabym jednak ocenzurować Sontag i innych, z którymi się nie zgadzam? Nie, bo jestem przeciwko cenzurze. I na tym polega mój problem. Bo jak w takim razie uzasadnić, że, jak mówi moja przyjaciółka, bin Ladena „należy oczywiście cenzurować”? 
Jeśli zostaniemy przy dotychczasowych wartościach, kryterium zła tu nie wystarczy. Jestem przeciw karze śmierci i wojnie. I jeśli mogę sobie pozwolić na niechęć do przygotowania się do odpowiedzi o karę śmierci dla bin Ladena, bo mam na to jeszcze chwilę, to na pytanie o wojnę, muszę odpowiedzieć już teraz. To dla mnie problem: i dlatego, że wojna jest okropna, i dlatego, że muszę znaleźć się w szeregu z ludźmi, którzy nie tylko wywieszają flagi (jak ja) oraz transparenty „God bless America” w miejscach publicznych (co w innej sytuacji wzbudzałoby mój protest), ale również są za karą śmierci, a co gorsza nawet z takimi, którzy podkładają wąglikowe i inne bomby pod kliniki aborcyjne. I dlatego, że nagle ci, których poglądy były mi bliskie, trzymają z Falwellem i mu podobnymi.
Nienawidzę przemocy i wojny. Zło musi być jednak powstrzymane. To nie jest walka o wolność, o równość, o demokrację - to walka z wrogami gatunku ludzkiego, pchających nas ku zagładzie. Czy bez przemocy i wojny możemy ją wygrać? 
Zgadzam się, jak Bauman, z Ryszardem Kapuścińskim, że „naszą obroną jest tenor moralny jednostek i społeczeństw; wrażliwość duchowa, wola czynienia dobra...”. To nasza rola, choćby nas nazywali „bezmyślnymi intelektualistami”. Zgadzam się na prawo do krytykowania, jak Sontag i Chomsky, amerykańskiej polityki zagranicznej i do nawoływania do jej rewizji. Ale bym to robiła inaczej. Raczej tak, jak architekci, którzy podczas wojny pracowali nad planami odbudowy Warszawy, choć wiedzieli, że to odległa perspektywa. Jak uczniowie zdający wtedy tajną maturę, choć byli świadomi, że niekoniecznie będzie im dane z niej korzystać. Trzeba więc pracować nad nową polityką zagraniczną, lecz obecnie nie czas tu na zmiany. Dziś trzeba ocenzurować bin Ladena i iść na wojnę, jeśli chcemy, żeby w przyszłości świat był jeszcze zdolny do prowadzenia jakiejkolwiek polityki. 
Zostańmy przy swoich poglądach, ale zachowajmy jedność, bo to, co mamy do zrobienia nie jest ani łatwe, ani przyjemne. Będzie nawet bolesne i często niesprawiedliwe. 
Jestem za tym, żeby pamiętać, kto jakie ma poglądy, żeby pamiętać obrońcom życia nienarodzonego, że od lat używają, tu w Ameryce, straszaka bomby biologicznej w klinikach aborcyjnych i jestem za tym, żeby się z nimi za to policzyć. Ale nie jestem za tym, żeby siedzieć z założonymi rękami tylko dlatego, że oni także wybierają się przeciw bin Ladenowi. 

Autorka jest psychologiem i tłumaczem, członkiem Kapituły Nagrody „Społecznik Roku” Fundacji S.O.S. Mieszka w Waszyngtonie. 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl