Anthrax ante portas

STANISŁAW LEM

 

Jestem zdziwiony skromną uwagą, jaką poświęca nasza prasa przebiegowi wojny z terroryzmem. Można się wprawdzie spierać, czy rzeczywiście jest to wojna, że jednak chodzi o przełom w dziejach świata – nie ulega wątpliwości.


Telewizja CNN pokazała fotografie listu zawierającego spory wąglika, czyli anthraxu, skierowanego do senatora Dashla, przewodniczącego większości demokratycznej w Senacie. Spory wykryte w tym oraz innych listach są niejako podrasowane bojowo; przypuszcza się, że pochodzą z jakichś zakładów w Iraku albo i z zapasów rosyjskich, ponieważ składować je można bardzo długo. Podjęto ogromne środki ostrożności: wszystkie poważniejsze instytucje, które się komunikują pocztą, najpierw przekazują faksem lub e-mailem zapowiedź przesyłki, a i tak całość nadchodzącej korespondencji podlega wstępnej filtracji.
Prezydent Bush nieustannie namawia społeczeństwo, aby zachowywało się normalnie, co jednak nie zmniejsza panującego w Ameryce napięcia. Ilość trafień bronią bakteryjną jest oczywiście znikoma w stosunku do normalnej wypadkowości; my, ludzie, jesteśmy jednak tak urządzeni, że jeśli pięć tysięcy ludzi ginie nagle w zapadających się wieżowcach, wywołuje to szok nieporównanie większy aniżeli wiadomość, że taką samą liczbę ofiar pochłonęły w ciągu miesiąca wypadki na szosach Stanów Zjednoczonych.
Prasa amerykańska poświęca dużą uwagę szaleństwu, jakie wokół wojny z terrorystami rozpętało się w internecie. Zwolennicy akcji zbrojnej w Afganistanie spierają się tam z jej przeciwnikami, a towarzyszy temu chmura fantastycznych plotek. Ostrzegano na przykład przed kopertami błękitnymi, które miały być szczególnie niebezpieczne – zupełny nonsens. Wedle innej internetowej plotki Mossad, czyli wywiad izraelski, miał przed 11 września ostrzec wszystkich Żydów, aby nie szli do World Trade Center – to jeszcze większa bzdura, w obu wieżowcach zginęło kilkuset amerykańskich Żydów i kilkudziesięciu obywateli Izraela.
Zamęt pogłosek i opinii panuje także wokół tego, co może stać się w samym Afganistanie. Wedle Rumsfelda dokonano szeregu trafień w podziemne tunele i komory, gdzie składowane były wielkie ilości materiałów wybuchowych. Nawet amerykańscy komentatorzy uważają jednak za mało prawdopodobne, by bombowcom, a nawet komandosom udało się zlikwidować czy choćby znacznie wyhamować działalność Al Quaidy, czyli Bazy. Hindukusz to okolica dla prowadzenia wojny wyjątkowo niezdrowa. 
Północna część Afganistanu, zajęta obecnie przez opierających się talibom mudżahedinów, zdominowana jest przez Tadżyków, źle widzianych przez Pasztunów, którzy zamieszkują większość kraju. Wrogich sobie nawzajem grup plemiennych jest w Afganistanie więcej. Bush początkowo mówił, że kiedy talibowie zostaną już zmiażdżeni, Ameryka się wycofa; niech Afgańczycy sami zajmą się urządzaniem swojego kraju. Teraz, zapewne za podszeptem doradców, wycofał się z tego zdania. Doświadczenie wojny z Irakiem uczy, że po zwycięstwie nie można od razu się wycofać, w polityczną i militarną próżnię wleźć może nie wiadomo kto. Tak się właśnie stało po ustąpieniu Sowietów z Afganistanu; rzecz o tyle paradoksalna, że to właśnie Amerykanie dostarczyli mudżahedinom stingery, których resztką posługują się obecnie talibowie.
Państwa arabskie można podzielić od siekiery na takie, które popierają bin Ladena, ponieważ im to odpowiada, i na takie, które robią to ze strachu. Kiedy toczyła się wojna Niemiec z Sowietami, państwa europejskie atakowane skutecznie przez kontrofensywę sowiecką gwałtownie zmieniały front i w ciągu niewielu godzin stawały się, jak Węgry czy Bułgaria, z antysowieckich – antyhitlerowskie. Nie chodziło oczywiście o żadne przełomy duchowe, ale o zwrot zgodny z powszechną zasadą, wedle której państwa nie mają przyjaciół, a tylko interesy. Pod wpływem, jak sądzę, perswazji fachowców prezydent Bush zrezygnował z umieszczenia Syrii na liście państw popierających terroryzm. Rząd Pakistanu wsparł logistycznie Amerykanów, ale na ulicach niektórych miast tego kraju wciąż płoną kukły Busha. Zachowania demonstrantów wydały mi się na tyle charakterystyczne, że sięgnąłem po starą książkę Gustava Le Bon „Psychologia tłumu” i znalazłem w niej opis dokładnie odpowiadający temu, co oglądam na ekranie telewizora. 
Saudyjczycy tłumaczą, że potencjał terrorystyczny osiągnięty przez bin Ladena przerósł ich spodziewanie. Anulowali mu teraz obywatelstwo, co oczywiście niewiele zmieniło, odmówili natomiast Stanom Zjednoczonym zablokowania jego kont. Arabia Saudyjska nie czuje się w nowej sytuacji zbyt dobrze, ponieważ dynastia saudyjska, zasadniczo z Ameryką sprzymierzona, reprezentuje równocześnie dość ortodoksyjny kierunek w islamie. Nagle odezwał się też Iran i oświadczył, że gdyby jacyś żołnierze amerykańscy zostali ranni w toku działań naziemnych w Afganistanie, wówczas Irańczycy byliby skłonni przyjąć ich do swoich szpitali. Długo zastanawiałem się, co by to mogło znaczyć, i pomyślałem w końcu – to brzydka supozycja – że chodzi o stworzenie nad Iranem rodzaju tarczy antynuklearnej. Rosja z kolei wciąż nie wie, w jakiej mierze opłaca się jej stać u boku Stanów i czy otrzyma w zamian zgodę na zdławienie oporu Czeczenów.
Dużo czyta się w prasie zachodniej na temat dobroci, łagodności i miłosierdzia, właściwych duchowi islamu. Nie piszą tego jednak duchowni islamscy, ale profesorowie islamistyki czy inni zachodni znawcy. Przedstawiciele religii islamskiej wcale się nie kwapią do zabrania głosu, by wyjaśnić, jak należy interpretować postępowanie ludzi bin Ladena z religijnego punktu widzenia. Może lękają się odezwać? Nie wiem. Jeden z byłych ministrów saudyjskich dał wywiad arabskojęzycznej gazecie bodajże w Londynie, w którym oświadczył, że przez bin Ladena działa szatan; uznano to za krok dość ryzykowny.
Wojny z terrorystami nie da się jak dawniej ograniczyć i skoncentrować: jedna armia otacza drugą, powstaje kocioł i bierze się żołnierzy przeciwnika do niewoli. Istnieje wielka, choć nieznana ilość komórek terrorystycznej sieci znajdujących się w stanie tak zwanego uśpienia, które wykryć nadzwyczaj trudno. Po środki radykalne nikt chętnie w krajach demokratycznych nie sięga, nikt też nie będzie się powoływał na kodeks Hammurabiego.
W Niemczech minister Schily wprowadza nie tylko odciski palców na dowodach osobistych, ale także tak zwane biometryczne badanie czaszki – i już zasłużył sobie na miano twórcy państwa policyjnego. Pomysł dokładnego sprawdzania wszystkich mieszkańców Niemiec, którzy się znaleźli w tym kraju w ostatnich latach, i ich identyfikacji pod kątem kraju pochodzenia, narodowości, miejsca zamieszkania czy zawodu, wywołał oczywiście burzę protestów szczerych demokratów. Ja tego nie kwalifikuję ani in plus, ani in minus; takie badanie można jednak uzasadnić niezbitym faktem, że Niemcy stanowiły jedną z baz zamachu na Nowy Jork. Pewien poważny polityk bawarski oświadczył nawet, że należałoby wszystkich wyznawców islamu po prostu wydalić za granice Niemiec. Wypowiedź ta spotkała się naturalnie z gwałtowną odprawą i krytyką także w łonie samej CSU, czyli bawarskiej chadecji, zwłaszcza że jej przywódca Stoi-ber ma zamiar kandydować w przyszłości na kanclerza, zwłaszcza gdyby się obecna czerwono-zielona koalicja rozpadła.
Zatroskanie Zielonych, a także części opinii europejskiej, ponurym losem, jaki grozi w zimie uciekinierom z Afganistanu, jest zrozumiałe. Równocześnie przypuszcza się, że wśród tych uciekinierów działają agenci talibów. Narzeka się na wszystko, włącznie z amerykańską pomocą żywnościową zrzucaną do Afganistanu w postaci zapieczętowanych paczek. Krytykuje się nie tylko skromną jej ilość i propagandowy charakter, ale przede wszystkim fakt, że paczki te opatrzone są instrukcjami w języku angielskim, a nieszczęśnicy, do których pomoc ma trafić, nie znają zwykle żadnego języka poza własnym i w znacznej części są analfabetami. Niechając wszystko inne, nie można jednak twierdzić, by rządy talibanu przyniosły mieszkańcom Afganistanu jakiekolwiek korzyści. Jedynym wielkim czynem, jakiego udało się talibom dokonać, było wysadzenie w powietrze półtoratysiącletnich posągów Buddy; to trochę niewiele. 
Straszliwy głód mediów spowodował, że zarówno od strony Uzbekistanu i Tadżykistanu na północy, jak i Pakistanu na wschodzie i południu granice Afganistanu obsiadły całe roje korespondentów, którzy ważą się czasem na rzeczy więcej niż karkołomne. Jeden z francuskich dziennikarzy przebrał się za arabską kobietę, talibowie go złapali i grozi mu wyrok śmierci. Determinację Francuza można jednak zrozumieć: w islamabadzkim hotelu Marriott roi się od jego kolegów, którzy są skazani wyłącznie na arabską stację telewizyjną nadającą z Kataru, nie ma bowiem innych źródeł pokazujących, co się właściwie w Afganistanie dzieje. Sieci telewizyjne nadają z rozpaczy wciąż te same obrazki; w dzisiejszym świecie informowanie publiczności bez materiałów wizualnych jest po prostu skandalem.
Co nas jeszcze czeka? Gdyby terroryści zdobyli dojście do broni nuklearnej, zapewne by jej użyli, choć nie wiem oczywiście, w jaki sposób. Tendencja do nuklearyzacji wojny z terroryzmem wisi niestety w powietrzu; podobno na zapleczu amerykańskiej administracji rządowej już się o takiej ewentualności rozmawia. Amerykanie dokonywali ostatnio eksperymentów sprawdzających, jak można uchronić stos atomowy przed uderzeniem porwanego samolotu, a w Niemczech pojawiły się natychmiast głosy, że wszystkie elektrownie atomowe należy wyłączyć. 
Skłonność do odruchów panicznych jest i będzie przez terrorystów podsycana, trzeba jednak pamiętać, że głównym atutem zamachowców z 11 września, poza niezwykle wyrafinowanym i bezgranicznie okrutnym planem, był efekt zaskoczenia. Tego efektu powtórzyć się nie da. Kiedy niedawno na jednej z wewnętrznych linii amerykańskich niezrównoważony psychicznie pasażer zerwał się z miejsca i pomknął w stronę kabiny pilotów, połowa pasażerów rzuciła się na niego i omal go nie rozszarpali. Terroryści wiedzą, że porażka kolejnej większej próby ataku przyniosłaby fatalny dla nich efekt psychologiczny. Przypuszczam więc, że następnych aktów tego ponurego dramatu spodziewać się można dopiero wtedy, gdy osłabnie nadzwyczajna czujność, jaką wykazują dziś Amerykanie i Europejczycy.

Stanisław Lem 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl