Komentarze
Edward N. Luttwak z Waszyngtonu Antyterroryzm jako
polityka zagraniczna
Józefa Hennelowa Szkoda „Plusa”
Krzysztof Burnetko Płacz za
reliktem
Jarosław Makowski Jego majestat
Lepper
Antyterroryzm jako polityka
zagraniczna
Bez długofalowych analiz i zwyczajowego
procesu konsultacji, Stany Zjednoczone przyjęły całkowicie
nową politykę zagraniczną. Ustanowienie walki z terroryzmem
jako celu najbardziej priorytetowego zmienia podstawowe dotąd
założenia. Przede wszystkim oznacza to uformowanie nowego
antyterrorystycznego sojuszu – z Rosją, Chinami, Indiami,
jak i z NATO, Japonią i innymi państwami. Tak potężnego i
stojącego na straży światowego porządku sojuszu nie było
przynajmniej od połowy XIX wieku, kiedy międzynarodowe zagrożenie
pochodziło raczej ze strony liberalizujących rewolucjonistów
niż stosujących terroryzm fanatyków. Nowa polityka
zagraniczna USA koliduje jednak ze starymi priorytetami –
czy to kwestią praw człowieka (w przypadku Chin), czy systemu
obrony antyrakietowej, który nie może już być wymierzony w
Rosję.
Ta rewolucja w amerykańskiej polityce
zagranicznej dokonała się spontanicznie zaraz po 11 września.
W obawie przed międzynarodową izolacją i zbliżeniem amerykańsko-hinduskim,
Pakistan zerwał z polityką wspierania talibów. Rosja tym
razem nie protestowała przeciw amerykańskim groźbom, ale złożyła
natychmiastową ofertę współpracy, z każdym dniem coraz
bardziej konkretnej – wojska USA mają dziś dostęp do
postsowieckich baz w Azji Centralnej przy pełnej aprobacie
Moskwy. Chiny – jako sojusznik Pakistanu – mogły
interweniować przeciw presji Amerykanów, jednak tego nie zrobiły.
Pomimo niedawnych poważnych napięć (np. przejęcie amerykańskiego
samolotu wywiadowczego EP-3 w kwietniu tego roku), które
zapowiadały początek otwartej konfrontacji, decydującym
czynnikiem zarówno dla Chin, jak i Rosji czy Indii okazało się
zagrożenie islamizmem; także w Pekinie zdarzały się wybuchy
bomb w autobusach. Bez względu na to, czy Osama bin Laden
zostanie zabity czy złapany, Afgańczycy i cały świat bardzo
skorzystają na klęsce talibów – to coś, co warto osiągnąć,
a czego Stany Zjednoczone nie dokonałyby w pojedynkę.
Oczywiście jest również cena, którą
trzeba za to wszystko zwycięstwo zapłacić. Jeśli chcą liczyć
na wsparcie nowych sojuszników, Amerykanie muszą w takim samym
stopniu przeciwstawić się terrorystycznym wrogom Chin, Indii i
Rosji. Ogłoszona przez rząd USA lista organizacji „wyjętych
spod prawa” słowem nie wspomina o palestyńskim Hamasie i
jego licznych samobójczych atakach, obejmuje natomiast
ugrupowania walczące przeciw Indiom w Kaszmirze, które można
– patrząc z innej perspektywy – określić mianem
bojowników o wolność. Stany Zjednoczone muszą również
pozbyć się swoich zastrzeżeń co do Czeczenii, gdzie Rosjanie
zwalczają islamskie zagrożenie, jak i ruch walczący o
niepodległość narodu czeczeńskiego. Po 11 września trzeba
dokonać wielu trudnych wyborów. W obliczu działań fanatyków
bezlitośnie atakujących słabe punkty zachodnich demokracji,
Stany Zjednoczone zmontowały międzynarodowy sojusz do obrony
raczej porządku i bezpieczeństwa niż wolności (jeśli można
tu mówić o jakimś wyborze). Nie ma co żałować tego faktu,
trzeba go uznać.
Edward N. Luttwak z
Waszyngtonu
Szkoda „Plusa”
„Koniec Radia Plus” doniosła prasa, komunikując,
że zarząd spółki utworzonej przed czterema laty, by
produkować programy informacyjne, publicystyczne i muzyczne dla
28 diecezjalnych rozgłośni radiowych, złożył w warszawskim
sądzie wniosek o upadłość. Powód – stan finansowy.
Przyczyny, ciągłe zbyt mało znane opinii publicznej – o
których zresztą sam zarząd (funkcjonujący od bardzo
niedawna, po przejęciu udziałów Episkopatu przez firmę związaną
z kurią katowicką), a także szefostwo rady nadzorczej, należące
do Kościoła, wypowiadają się więcej niż oszczędnie
– to temat na analizę dla specjalistów. Zapewne analiza
taka zostanie dokonana, oby jak najrychlej.
Upadek ogólnopolskiej sieci Radia „Plus”
oznacza bowiem zmianę na gorsze sytuacji rozgłośni
diecezjalnych, stanowiących dla misji Kościoła narzędzie
bardzo ważne. Zostają one pozbawione zaplecza, mogącego
stanowić o poziomie i sile oddziaływania kościelnego medium.
Trudno o wysoki poziom i fachowość programów pozostających w
rozproszeniu, zdanych na siły i środki wyłącznie lokalne. W
wielu wypadkach lokalność zawęża również punkt widzenia,
uniemożliwia wymianę doświadczeń, kiedy indziej znowu zmusza
do mnożenia działań podobnych, ale dokonywanych przez każdy
ośrodek osobno, co oznacza zwiększanie kosztów. Gdyby
ostatecznie „Plus” upadł, wielu ludzi przygotowanych do
tego rodzaju misji musiałoby odejść (pierwsze wypowiedzenia
już w Warszawie nastąpiły, i to przeprowadzone w sposób żenujący,
przy pomocy ochroniarzy). Wszystko to rysuje się w tej chwili
jako przegrana w staraniach o ważną inicjatywę ewangelizacyjną
polskiego Kościoła. Nasuwa się smutne pytanie: czyżby
jedynym gwarantem powodzenia i jedynym spoiwem skutecznej
inicjatywy miała być ideologizacja o takim natężeniu, jak w
wypadku toruńskiego Radia Maryja?
Józefa
Hennelowa
Płacz za reliktem
Sparaliżowane sądy i tysiące przedawnionych
spraw – takie mają być, wedle wielu mediów i niektórych
prawników, skutki przekazania w ręce sądów spraw
rozpatrywanych dotąd przez kolegia ds. wykroczeń.
Po pierwsze, przypomnijmy jednak, choć to niemodne, czasy
PRL, kiedy to kolegia ds. wykroczeń miały jak najgorszą markę.
Uchodziły za instrument służący władzy, z jednej strony, do
nękania opozycji: były taśmami produkcyjnymi represji. Z
drugiej – w przypadku wykroczeń kryminalnych czy
drogowych – używano ich jako sposobu na wspieranie budżetu.
Dna sięgnęły w latach 80. Oskarżali milicjanci, świadkami
byli milicjanci (bywało, że i tacy, którzy nie mieli nic wspólnego
ze sprawą), a kolegia potulnie, raz za razem, orzekały winę i
karę. Nic dziwnego: podlegały Ministerstwu Spraw Wewnętrznych,
a orzekali w nich zwykle emerytowani milicjanci czy urzędnicy,
nie dość że mający znikome pojęcie o prawie, to zwykle
podatni na naciski czy wręcz dyspozycyjni.
Nic dziwnego, że prawo o wykroczeniach
powszechnie krytykowali tak prawnicy-teoretycy, jak obrońcy
praw człowieka. Szanse na zmiany przyniósł dopiero Okrągły
Stół. W 1990 r. kolegia przekazano pod nadzór resortu
sprawiedliwości. Rok później pojawiły się projekty
nowelizacji prawa wykroczeń. Ciągle jednak w postępowaniach
przed kolegiami zdarzały się orzeczenia kompromitujące: oskarżycielami
i świadkami byli wciąż najczęściej policjanci, a zasady i
praktyka dobierania składów orzekających nie uległy większym
zmianom. Dość powiedzieć, że choć – m.in. wskutek
wadliwie skonstruowanej procedury odwoławczej – z żądaniem
ponownego rozpatrzenia sprawy przez sąd występowało tylko ok.
8 proc. ukaranych, to spośród nich do 10 proc. było w końcu
uniewinnianych, a 30-35 proc. sąd łagodził karę.
Właśnie wzmocnieniu praw stron i zasady obiektywizmu postępowania
służyć miał – i to jest druga rzecz warta
przypomnienia – wprowadzony przez konstytucję nakaz, by w
sprawach o wykroczenia orzekały sądy: organy niezależne i
fachowe.
W tle rozlegających się lamentów pojawia się
podtekst: trzeba było zostawić wszystko po staremu. W
rzeczywistości jednak zmiana ta jest epokowa – i jeśli
chce się żyć w praworządnym i nowoczesnym państwie nie można
było z nią zwlekać. Receptą natomiast na ewentualne trudności
może być jedynie przyznanie sądownictwu dodatkowych pieniędzy
– bo to do ich braku sprowadzają się ewentualne kłopoty.
Kasa jest pusta? Owszem, ale czym, jak nie bezpieczeństwem
obywateli, ma się zajmować państwo?
Krzysztof
Burnetko
Jego majestat Lepper
W rodzimej polityce nie ma już rzeczy niemożliwych.
To, o czym mówiono jako o złym śnie, stało się faktem:
pierwsze posiedzenie Sejmu nowej kadencji do godności
wicemarszałka wyniosło człowieka, który ze zwykłą
przyzwoitością i poszanowaniem prawa ma tyle wspólnego, co
Don Juan z wiernością małżeńską. Niestety fakt, że
Andrzej Lepper został wicemarszałkiem jest nie tylko kłopotem
tych, którzy bohatera wszystkich uciśnionych Polaków poparli
(SLD i PSL). W tym sensie, że teraz wolno: pobić człowieka,
nie spłacać kredytu, obrażać publicznie innych ludzi. To dziś
standard kultury politycznej ŕ la polonaise.
Jarosław Makowski
|