Votum separatum

Same pytania

JÓZEFA HENNELOWA

 

P rzybywa głosów czyniących własny (jak w wypadku Jacka Kuronia – patrz Gazeta Wyborcza) albo skierowany pod adresem elit (Jan Nowak Jeziorański – tamże) rachunek sumienia za materialne rozwarstwienie społeczeństwa i rosnący procent Polaków, których egzystencja tak czy inaczej jest zagrożona. A równocześnie przybywa inicjatyw pomocy. Nie ma numeru gazety lub pisma, nie ma bodaj dnia w programach mediów elektronicznych, by nie pojawiały się apele wraz z podaniem kont, albo informacje o kolejnych działaniach czy działań tych projektach. Każdy z nas z własnego doświadczenia zna jedno i drugie: bo ciągle stają przed nami albo proszący o pomoc dla siebie, albo apelujący o pomoc dla innych. I coraz silniej doznaję wrażenia, że między tymi dwoma doświadczeniami zaczyna się rozciągać sfera pytań, na które odpowiedzi nie znajduję. A nie ma prawa tak być.
W kościele, do którego często przychodzę w niedzielę, od niedawna wisi w kruchcie duże drukowane ogłoszenie: nie wspierajcie żebrzących, nie dawajcie pieniędzy tym, którzy pod kościołem o pieniądze proszą. I faktycznie: ci ludzie znikli. Jeszcze do niedawna było ich zawsze kilkoro: dzieci, matki z dziećmi, klęcząca z tabliczką dziewczyna, ludzie bardzo starzy. Teraz jest pusto. Owszem, w ogłoszeniach parafialnych zapowiadają nam zawsze, że taca kościelna była przeznaczona na taki to a taki dobry cel, a po Mszy spotkamy pod kościołem też kwestujących: a to na misje, a to na to biednych z parafii, a to na jakiś inny dobry cel. Dalej nie wiem jednak, co mam zrobić w ciągu tygodnia, gdy tych ludzi, dawniej spod kościoła, spotkam (a spotykam) na innych rogach ulic, i przed sklepami. Albo gdy przyjdą po prostu do redakcji. Albo gdy napiszą błagalny list (na pewno każda redakcja i każde w ogóle przedsiębiorstwo listy takie otrzymuje). Gdzie skierować kogoś, dla kogo nasza portmonetka już pusta? Albo kogoś, czyja prośba, nie sprawdzona z braku możliwości, okazać się może ulegnięciem naciągaczowi? Albo kogoś, kto, kierowany tu i tam, odpowiada, że był już wszędzie bez wyjątku i wszędzie odpowiedziano mu, że środków na pomoc brakuje? Jak się mają zasoby pomocy zdobywane na wszystkie możliwe sposoby przez organizacje dobrej woli i placówki społeczne, do tej rzeszy ludzi domagających się pieniędzy, i to zaraz, natychmiast, bo wołają, że nie mają już nic na jutro? Kto sumuje i zestawia jedno z drugim? Kto porządkuje hierarchię pilności potrzeb, na tyle wiarygodnie, żebyśmy po pewnych apelach w ogóle ani zasnąć nie mogli, ani zasiąść do spokojnej kolacji, zanim na taki apel nie odpowiemy? I żebyśmy nie mieli pokusy odpędzania od siebie w takich chwilach wyrzutów sumienia przypomnieniem, ile razy, uległszy, zostaliśmy zwyczajnie wyprowadzeni w pole, oszukani, nadużyci?
Parę dni temu telewizja „Puls” nadała znakomite „Otwarte studio” poświęcone żebractwu, z udziałem ludzi największego społecznego zaufania, jak siostra Chmielewska i inni. Kapłan ewangelicki apostołujący na dworcu w Katowicach opowiadał tam wstrząsająco o dzieciach zmuszanych do żebractwa, ale nie z głodu, tylko by utrzymywać bezrobotnych z wyboru, pijących rodziców. Tak, nie ukrywał, one w pewnym momencie mają pieniędzy aż nadto, by fundować sobie rozrywkę w salonie gier, wchodzić w kontakt z narkotykami, a wręczane im bony do stołówki wykorzystują w kilkunastu procentach najwyżej. Ale – dodawał – łatwo domyślić się, co je spotka w domu takiego wieczora, gdy wrócą z niczym, czyli gdy tacy jak my odmówią im pieniędzy. Więc i nasza odmowa pomocy doraźnej, taka zgodna z apelem z kruchty znajomego mi kościoła, to też nie jest żadne uspokojenie sumienia. A wielkie fundacje, których głos do każdego z nas wciąż dociera? Czy są dostatecznie blisko takiej właśnie najbardziej przyziemnej rzeczywistości? Czy mogę zawierzyć im w pełni? Wciąż najbardziej przekonujące wydają mi się apele bardzo precyzyjne: jak niedawno przeczytana prośba Caritas w pojedynczym mieście pojedynczego kraju afrykańskiego, gdzie nie ma ani jednego ujęcia wody pitnej i zbudowanie takowego to sprawa być albo nie być mieszkańców. Wtedy na pewno wiem, że odpowiedzieć muszę. Że już nie ma o co pytać.

Józefa Hennelowa



PS. Na marginesie uwaga: program „Otwarte studio” Pulsu dopiero co doczekał się zażartej krytyki za podejrzaną „katolickość” ze strony jednej z bardzo gorliwych publicystek prawicowych, tropiących wszystko, co się da. Tymczasem jest to jeden z najlepszych programów Pulsu, z tygodnia na tydzień ciekawszy, zmuszający do myślenia a atrakcyjny i sympatyczny, więc trzeba mieć nadzieję, że zarobi na oglądalność instytucji, której też wcale nie łatwo jest egzystować w świecie bezlitosnej konkurencji mediów niepublicznych. J.H.



 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl