A mój syn

Jeden koń, jeden nóż, ćwierć kobiety

JACEK PODSIADŁO

 

A mój syn będzie kowbojem. Rok temu był kowbojem i teraz chce tak samo. Ale w wypożyczalni dziwnych strojów okazało się, że z kowboja zeszłorocznego już wyrósł, a do drugiego egzemplarza jeszcze nie dorósł. Pan wypożyczacz (wziąłem wizytówkę: mgr Zbigniew Żaba, wodzirej, dyskdżokej, św. Mikołaj) namawiał, żeby wziąć Rambo. „To taki współczesny kowboj” – tłumaczył zdziwionemu dziecku. A ono na kogo spojrzało pytająco w tej sytuacji, no, na kogo? Tak jest, na ojca. „Co, nie pamiętasz?” – spytałem kiedy magister Żaba nieco się oddalił. „Murzynek Rambo w Afryce mieszka, czarną ma skórę ten nasz koleżka. Weźmy ten za duży kowboj, podwinie ci się rękawki i nogawy i jakoś to będzie”. „Zaraz... Murzynek Bambo to współczesny kowboj? Kowboj w Afryce?” „A żyrafy na prerii to mogły być?”
Dziś już mało kto pamięta, ale dwa lata temu mój syn był Indianinem. I to takim, którego imię nigdy nie zostanie zapomniane. Kiedy mu bowiem przed ówczesnym balem przebierańców wyjaśniałem, po co pióropusz, co to fajka pokoju i jak wysługiwać się squaw, powiedziałem też, że może sobie wybrać indiańskie imię. Dla przykładu podając Szalonego Konia, Rączego Jelenia i Kopiącego Niedźwiedzia. I wtedy wymyślił, że będzie się nazywał Pięć Szybkich Żyraf. A po roku przeistoczył się z czerwonoskórego w bladą twarz i tak już na razie zostało. 
To nic takiego, żadna zdrada. Burt Lancaster też grywał i Indian, i kowbojów. A i tak były to czasy, kiedy większa jasność panowała. Jak człowiek oglądał western, to wiedział, kto jest kto. Jasne były reguły gry, kto szybszy, ten lepszy. A kto sprawiedliwszy, ten szybszy. Dopiero potem namnożyło się parodii westernu, zamierzonych i nie. „Tańczący z wilkami” etc. Czarne wyblakło, białe zszarzało. Szczęśliwie chyba jeszcze potrafię sobie przypomnieć szczególne rysy charakterystyczne dla prawdziwego kowboja. Jeśli nawet trochę pozmyślam, na Dzikim Zachodzie mi wybaczą. A może przyda się taki kręgosłup moralny, na którym za duży na razie strój, będzie mógł sobie dowisieć do powrotu swych czasów.
Prawdziwy kowboj zawsze jest samotny. Miewa towarzyszy i zwolenników, ba, zdarza mu się zadać z kobietą, ale i tak najczęściej na koniec odjeżdża unosząc w sercu tylko jej nieskalane wspomnienie. A jeśli nawet zostaje z nią na rancho, to nie ma dalszego ciągu i nie jest powiedziane, że wziął się do roboty i pokonał samotność. Poza tym, między innymi z samotności właśnie bierze się jego siła.
Prawdziwy kowboj panuje nad sobą. Jak w piosence „Gangu Marcela”: „Mężczyzna i zły? To śmieszne, to wstyd!”
Kowboj bywa w saloonie i bywa, że wychodzi z niego high lonesome, ale na szlaku, przy wieczornych ogniskach pije tylko kawę. Wie, że whisky to w gruncie rzeczy niemęski napój.
Kowboj wie, czym jest muzyka, i zawsze ma przy sobie instrument, choćby w kieszeni, choćby najprostszy: organki, drumlę, grzebień, liść.
Kowboj posiada tyle, ile udźwignie jego koń. Jednym i tym samym nożem kroi chleb, otwiera konserwę, oprawia ubitego grizzly i goli się. I jeszcze przegląda się przy goleniu w jego ostrzu jak w lusterku.
Kowboj, nawet prawdziwy, jest tylko człowiekiem i błyskawicznym ruchem sięgając w samo południe na głównej ulicy Dodge City do olstra ma prawo zauważyć, że zapomniał zabrać colta z domu.
Tzn. z hotelu, bo kowboj nie ma domu, choć tego akurat nie jestem pewien.
Wbrew znanemu powiedzeniu („Na zachód od Kansas nie szukaj prawa, na zachód od Fort Scott nie szukaj Boga”) kowboj szuka, choćby bez przekonania, właśnie prawa i Boga.
Już wiem: prawdziwy kowboj musi mieć dom, ale nie musi w nim mieszkać. Wystarczy, jeśli go pamięta.
Kowboj nie czyta książek. Wie tyle, ile nauczy go życie. Kowboj śpi w ubraniu. Z głową na karabinie, przykryty byle kaktusem. Kowboj je byle co: pemmikan, jerky, zgniłą cebulę, zdechłego kota.
Kowboj nie traci nadziei nawet, gdy znajdzie się w matni.
Każdy prawdziwy kowboj jest ostatni.

Jacek Podsiadło
 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl