Czy wizyta Putina w Polsce rzeczywiście była przełomem?

Za dużo emocji, za mało konkretów

ANDRZEJ ŁUKOWSKI

 

Prezydent Rosji Władimir Putin podczas zagranicznych wizyt zachowuje się bez zarzutu. Ze swobodą, uśmiechnięty, ściska wyciągnięte dłonie, a pytania licznie zgromadzonych dziennikarzy lekko puentuje niewymuszonym żartem. Poważnie wypowiada się o godności Rosji, zapewnia o woli budowania przyjaznych stosunków, odwołuje się do znakomitych stosunków w przeszłości. W miejscach, które odwiedza, towarzyszy mu rozpromieniony gospodarz. Zwykle też pojawienie się prezydenta Putina wzbudza życzliwe zainteresowanie zebranych, czasem wręcz entuzjazm. 
Tak komentowano wizytę prezydenta Rosji... na Kubie. A także w Wietnamie, Finlandii oraz w Wielkiej Brytanii.
Czy zatem podróż Władimira Putina do Warszawy i Poznania była wyjątkowa? Czy może, jak wszystkie poprzednie jego zagraniczne wojaże, pozostawiła po prostu dobre wrażenie i... niewiele więcej? 
No właśnie: czy podczas wizyty prezydenta Rosji w Polsce wydarzyło się rzeczywiście coś przełomowego?


„MY LUBIM SIELANKI”


Powiedzieć o tej wizycie, że miała w Polsce dobrą prasę, to nic nie powiedzieć. Wzniecona w mediach euforia, ocierająca się momentami o histerię, do żywego przypominała reakcje na wizyty „umiłowanych przywódców Związku Radzieckiego” w okresie najbardziej zacieśnionej przyjaźni między naszymi krajami, „przyjaźni pod przymusem”, jak nie bez (oczywistej) racji stwierdził na konferencji prasowej prezydent Putin. Szał radości, jaki niepodzielnie zapanował nie tylko w mediach, ale także wśród polityków „od prawicy do lewicy” zaskoczył nawet samych Rosjan, którzy po dziesięciu latach chłodu i powściągliwości nie spodziewali się aż takiego przypływu gorących uczuć.
W czasie rozmów na najwyższym szczeblu najwyraźniej postanowiono skrzętnie omijać kwestie sporne, wydobyć to, co łączy, podkreślić szanse zbudowania w przyszłości nowych jakościowo stosunków partnerskich. Ciekawe jest też marginesowe potraktowanie sprawy kluczowej przez wiele ostatnich lat nie tylko w stosunkach polsko-rosyjskich: rozszerzenia NATO na wschód. Czy kontrowersje w postawie Warszawy (zdecydowanie za) i Moskwy (zdecydowanie przeciw) wobec przyjęcia do Sojuszu państw bałtyckich zostały konformistycznie utopione w masie pobożnych życzeń, czy też może znaleziono złoty środek?
Musi też zastanawiać, dlaczego tak ponoć starannie i tak długo przygotowywana wizyta przywódcy Rosji nie przyniosła podpisania żadnego dokumentu, który mógłby ułatwić trudne pod każdym względem robienie interesów przez polskich przedsiębiorców na wschód od Bugu. I to w sytuacji, gdy Polska i Rosja nie mają podpisanej nawet umowy o ochronie inwestycji, bez której przedsiębiorcom trudno rozpoczynać jakiekolwiek rozmowy handlowe. Intensywne tworzenie mitu, że ożywienie współpracy z Rosją uratuje polską gospodarkę, też budzi wątpliwości.
A nie były to jedyne znaki zapytania, jakie wisiały nad stołami prezydialnymi. Może warto byłoby także zapytać, dlaczego z trudnych kwestii historycznych zaszłości prezydent Putin wybrał tylko mglistą obietnicę umożliwienia obywatelom polskim ubiegania się o odszkodowania za krzywdy wyrządzone im przez ZSRR w czasach stalinowskich. Obietnica wydaje się jeszcze bardziej mglista, jeśli weźmie się pod uwagę, że ustawa o rehabilitacji osób represjonowanych – na podstawie której obywatele Federacji Rosyjskiej, i to tylko ci mieszkający na jej terytorium, mogą dochodzić praw do rekompensat – nie obejmuje osób deportowanych, gdyż decyzje o deportacji nie zapadały na podstawie wyroków sądowych. 
Dlaczego milczeniem pominięto także wiele innych bolesnych kwestii w naszej historii? Dlaczego rosyjski przywódca zdecydował się na „ładne” półgesty (złożenie kupionych naprędce goździków pod pomnikiem Polskiego Państwa Podziemnego czy przekazanie stronie polskiej dokumentów związanych z gen. Władysławem Sikorskim), zamiast na rzeczywiste gesty pojednania – co sugerowali mu zresztą nawet niektórzy rosyjscy publicyści, jak np. Piotr Kretowicz, który na łamach tygodnika „Moskowskije Nowosti” podpowiadał Putinowi, że w Polsce dobrze przyjęto by złożenie wieńca pod Pomnikiem Pomordowanym na Wschodzie. 
Wielokrotnie powtarzane w polskich komentarzach słowo „przełom” jakoś dziwnie nie pasuje do rezultatów tej wizyty. Bo ostrożne, połowiczne, sprawiające wrażenie nieszczerych, choć ze wszech miar poprawne słowa i gesty tak naprawdę niewiele wnosiły. Było gładko. Ale bez konkretów. 
A przecież jest kilka konkretnych spraw.


MAŁA OJCZYZNA LUDMIŁY

Jednym z kłopotów (czy może nawet problemów), który sprowadził prezydenta Putina do Warszawy jest niewątpliwie rozmowa o miejscu obwodu kaliningradzkiego w zmieniającej się Europie. Sprawa już dziś zaprząta uwagę polityków zachodnioeuropejskich, a z chwilą upragnionego wejścia Polski do Unii Europejskiej stanie się kwestią wręcz palącą.
Komentatorzy rosyjscy podkreślali, że problematyka obwodu kaliningradzkiego jest Władimirowi Putinowi szczególnie bliska, gdyż stąd pochodzi jego żona Ludmiła (tak na marginesie: Ludmiła Putin miała towarzyszyć mężowi w podróży do Warszawy – obecność żony prezydenta to gest nieznacznie, ale jednak podnoszący rangę wizyty – tymczasem niemal w ostatniej chwili okazało się, że nie przyjedzie). 
Jednak to nie z powodu pochodzenia żony prezydent Putin postanowił dobrze usposobić polskie środowiska polityki i biznesu do tego rosyjskiego regionu. Chodziło raczej o wskazanie kierunku: tu można zrobić dobry interes. Pierwszą zachętą dla polskiego biznesu, który dotychczas włożył w gospodarkę obwodu kaliningradzkiego parę ładnych milionów dolarów, ma być montownia autobusów.
Problem z Kaliningradem polega jednak na tym, że to w Moskwie brakuje dobrych pomysłów, które pomogłyby w podniesieniu poziomu życia mieszkańców tego biednego regionu. To w Moskwie nie ma politycznej woli otwarcia Kaliningradu na świat, np. poprzez wprowadzenie przepisów dostosowanych do norm europejskich. 
Mocno zmilitaryzowany region postrzegany jest nadal w stolicy Rosji jako wygodny przyczółek, dający złudzenie wojskowej przewagi nad sąsiadami. Jeszcze nie tak dawno zresztą Rosja próbowała straszyć rozmieszczeniem broni jądrowej w pobliżu polskich granic, a amerykańska prasa alarmowała, że już to uczyniła. Aliści teraz Moskwa wydaje się raczej przekonywać partnerów z Europy, że to w ich, Europejczyków, interesie jest subsydiowanie gospodarczych przedsięwzięć w obwodzie, bo w państwowym budżecie Federacji Rosyjskiej nie ma na to pieniędzy.


„GAZPROM” W LIDZE OCHRONY PRZYRODY


Nawet w czasach rzadszych kontaktów przedstawicieli Polski i Rosji podtrzymywano stale dialog na nieśmiertelne tematy: rosyjski gaz dla Polski i Europy Zachodniej, budowa gazociągu (gazociągów), a ostatnio także trasa przebiegu tzw. łącznika z Białorusi do Słowacji przez terytorium Polski. Teraz w rozmowach polsko-rosyjskich pojawił się nowy element: zmniejszenie dostaw dla Polski (zgodnie z podpisaną na początku lat 90. umową Polska miała z roku na rok kupować coraz więcej gazu – dziś okazuje się, że zakontraktowano o wiele za dużo). O ile wiadomo z niekonkretnych komunikatów po wizycie Putina i towarzyszącego mu szefa rosyjskiego monopolisty gazowego „Gazpromu” Aleksieja Millera, sprawa renegocjacji obowiązujących porozumień ma być dopiero rozpatrywana. Czy będzie? Z jednego polscy komentatorzy ucieszyli się na pewno: szef „Gazpromu” miał obiecać, że planowany łącznik ominie tereny rezerwatów przyrody w Bieszczadach. Polskie rysie i dziki mogą zatem spać spokojnie. 
Rosyjska telewizja na marginesie relacji z Polski odkurzyła dawno zarzucony temat: reakcje Kijowa na polsko-rosyjskie kontakty i kontrakty gazowe. W głównym wieczornym wydaniu najpopularniejsza stacja telewizyjna TV ORT przypomniała, że Ukraina nie może być zadowolona z tego, że Warszawa i Moskwa dogadują się w sprawie zbudowania gazociągu, który ominie jej terytorium. W cytowanych wypowiedziach ukraińskich parlamentarzystów dominował sceptycyzm co do możliwości realizacji tranzytu rosyjskiego gazu przez Polskę oraz nadzieja, że Rosjanie w swoim czasie odpowiednio ocenią i docenią prorosyjski zwrot, który nastąpił niedawno w polityce zagranicznej Kijowa i powrócą na wydeptane ścieżki. Warto w tym miejscu podkreślić, że ani prezydent, ani premier Ukrainy nie zabrali teraz głosu w sprawie polsko-rosyjskich rozmów o budowie tras przesyłowych.
W kwestii gazu i planów budowy nowych rurociągów pozostaje jeszcze jedna nie do końca jasna sprawa. Przez ostatnie lata w Rosji systematycznie spadało wydobycie „błękitnego paliwa”, mocno niedoinwestowana była już istniejąca, cokolwiek zwietrzała infrastruktura, nie wprowadzano do eksploatacji nowych złóż, zawieszono prace nad badaniem perspektywicznych zasobów. Czy zatem gazowa ekspansja Rosji na rynki zachodnioeuropejskie – i angażowanie się Polski w kosztowne inwestycje tranzytowe – to stuprocentowo pewny interes?


TŁO, CZYLI ŁYŻKA I ZUPA


Według znanego powiedzonka byłego szefa „Gazpromu” Rema Wiachiriewa, łyżki nie da się oddzielić od kapuśniaku. Nawiązując do tej „roboczej metaforyki” rosyjskiego działacza gospodarczego, można dopowiedzieć, że polityka zagraniczna nie da się oddzielić od polityki wewnętrznej. Co więcej, polityka zagraniczna jest na ogół wypadkową działania sił i tendencji politycznych wewnątrz danego kraju. 
Tymczasem patrząc na poczynania prezydenta Putina w ciągu ostatnich kilku miesięcy nie sposób uwolnić się od wrażenia, że wypisane wielkimi literami deklaracje o zbliżeniu z Zachodem wiszą w jednej sali Kremla, zaś hasła zacieśniania dobroczynnej kontroli władzy nad społeczeństwem wewnątrz kraju wiszą w innej już sali. Przy czym z jednej sali do drugiej nie ma przejścia. Bo aż trudno uwierzyć, że decyzje w jednej i drugiej sferze podejmuje ten sam człowiek: Putin. Łyżki nie da się oddzielić od kapuśniaku...
Warto poświęcić więc choć trochę uwagi temu, o czym w tych dniach mówiły rosyjskie media. W telewizji – poza sprawozdaniami z Polski – pokazywano dwa tematy: walki w Czeczenii i oświadczenie dziennikarza Grigorija Paśki. 
Zawiązanie po 11 września 2001 koalicji antyterrorystycznej i „miękka” akceptacja Rosji dla militarnej akcji USA w Afganistanie wyrugowały z rozmów prezydenta Putina z przywódcami Zachodu niewygodny temat brutalnych działań sił rosyjskich w Czeczenii. Ale to nie znaczy, że temat nagle przestał istnieć, a zbuntowana kaukaska prowincja przekształciła się w krainę mlekiem i miodem płynącą. Intensywne walki frontowe dawno się skończyły, dochodzi do niewielkich bitew na lokalną skalę, a główną metodą operacyjną stosowaną przez Rosjan są tak zwane zaczistki – sprawdzanie poszczególnych miejscowości, podejrzewanych o sprzyjanie partyzantom. Podczas tych akcji nagminnie łamane są prawa obywateli. Niekiedy dochodzi do buntów ludności, domagającej się sprawiedliwego traktowania. 
Sposób prowadzenia akcji „oczyszczania” Czeczenii z nieprawomyślnych Czeczenów zaprzątał w tych dniach uwagę rosyjskiego MSW, które doszło do wniosku, że lepiej będzie włączyć do operacji miejscową administrację i duchowieństwo, aby uniknąć oskarżeń o stosowanie przez podległe resortowi oddziały metod niezgodnych z prawem. Dzień po wyjeździe z Kaukazu delegacji Rady Europy rosyjscy żołnierze zlikwidowali kolejną grupę czeczeńskich partyzantów; ich zmasakrowane, leżące na śniegu ciała pokazano w dzienniku telewizyjnym zaraz po doniesieniach o złagodzeniu procedury zaczistek. A reportaże z Czeczenii i narady w MSW prezentowała zresztą nie tylko ostatnia niepodlegająca Kremlowi stacja telewizyjna TV-6 (która zapewne już wkrótce przestanie istnieć jako niezależny środek masowego przekazu, na fali zarządzonej przez Putina akcji „porządkowania” przez Kreml rynku mediów), ale także prawomyślne programy państwowe.


CORAZ MNIEJ WOLNOŚCI


Kim jest Grigorij Paśko? To dziennikarz wojskowy, skazany na karę czterech lat pozbawienia wolności w kolonii karnej o zaostrzonym rygorze za wyjawienie tajemnicy państwowej. Paśko zasłynął dzięki swoim artykułom poświęconym ekologii: opublikował informacje na temat zrzucania przez okręty rosyjskiej marynarki wojennej skażonych odpadów do Morza Japońskiego. Skazany został jednak za domniemane kontakty z japońskimi dziennikarzami i przekazywanie im materiałów objętych tajemnicą państwową. Co ciekawe, inkryminowanego przekazania dokumentów mu nie udowodniono. Mimo to sąd wydał wyrok skazujący. 
W obronie Paśki wystąpiły organizacje dziennikarskie i starzy radzieccy dysydenci, w tym Siergiej Kowaliow i Jelena Bonner. Prezydent Putin podczas swojego pobytu w Paryżu (na marginesie: wizytę Putina w Paryżu, skąd przyleciał on następnie do Warszawy, zorganizowano podobno błyskawicznie; w języku dyplomatycznym taka kolejność – do Warszawy via Paryż – nieco pomniejsza rangę wizyty w Warszawie) oznajmił, że może ułaskawić dziennikarza. Grigorij Paśko stwierdził jednak, że ułaskawienie prezydenta nie jest mu potrzebne, jest bowiem niewinny i chce być uczciwie osądzony. Może nie czułby się dobrze pod kuratelą prezydenta, który ekologów uważa za element niepewny, bardzo podatny na werbunek ze strony obcych wywiadów, stwarzający zagrożenie dla bezpieczeństwa kraju.
Co jeszcze ciekawsze, Władimir Putin zlikwidował niedawno prezydencką komisję do spraw ułaskawień, powołaną przez Borysa Jelcyna. Komisja przygotowywała dokumenty niezbędne do przeprowadzenia tej procedury. Przewodniczący rozwiązanej komisji poinformował, że w ciągu półtora roku prezydentury Władimir Putin pozytywnie rozpatrzył kilka (konkretnie bodaj dwa) z tysiąca wniosków o ułaskawienie. 
Ale Czeczenia czy kwestia wolności słowa w Rosji nie były najwyraźniej sprawami godnymi omówienia w Warszawie... Jak to napisał wpływowy dziennik „Niezawisimaja Gazieta”: „Warszawa to nie Paryż, tu nie pytają Putina o Czeczenię, wolne media i niezawisłe sądy”.


Andrzej Łukowski 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl