Fantazja samorządowa

MARCIN KRÓL

 

Jak powinien wyglądać kształt samorządów wybieranych w tym roku, gdyby wszystko było możliwe i gdyby się nie przejmować aktualną ustawą. Zgadzam się z Sojuszem Lewicy Demokratycznej i Platformą Obywatelską, że wybory wójtów i burmistrzów w miejscowościach poniżej dwudziestu tysięcy mieszkańców powinny być bezpośrednie. Sprawę większych miast zostawmy na razie na boku. 
Po co zmiany? Teoretycznie po to, żeby umocnić władze wójta i burmistrza, sprawić by hierarchia władzy lokalnej była jasno skonstruowana. Przypominam, że obecnie wójta wybiera rada gminy, co powoduje, że jest on jej urzędnikiem, a nie szefem gminy czy miasteczka. Praktycznie chodzi przede wszystkim o zlikwidowanie korupcji, która zżera niemal wszystkie samorządy w Polsce. Nadmiar instytucji kierujących pracami gminy: około dwudziestu radnych, pięciu lub więcej członków zarządu, nad tym wójt oraz kilkunastu do kilkudziesięciu zatrudnianych przez niego pracowników – to doprawdy pole do popisu dla podejmowania delikatnie mówiąc arbitralnych decyzji. Do tego zezwolenia, koncesje, zamówienia – wszystko z natury rzeczy korupcjogenne. 
Oto jak powinien wyglądać układ władz samorządowych – zwłaszcza na poziomie gminy: wójt wybrany w powszechnym głosowaniu i kilku radnych (najwyżej pięciu), którzy nie zarządzają, a jedynie sprawują funkcje kontrolne. Wójt i radni powinni być dobrze opłacani, ale winni też ponosić odpowiedzialność karno-skarbową. Wszystkie zasadnicze dla życia gminy sprawy (w mojej pamiętam za ostatnie cztery lata dwie takie sprawy: budowę szkoły i sprzedaż ośrodka zdrowia) można rozstrzygać w drodze referendum. Wszystkie decyzje są jawne i wszystkie konkursy oraz przetargi są jawne z obowiązkiem publicznego informowania obywateli w lokalnej prasie. Jeżeli takiej brak, gmina powinna mieć obowiązek wydawania biuletynu informacyjnego najrzadziej co trzy miesiące. 
Moja fantazja samorządowa opiera się na podstawowym założeniu, o którym twórcy zreformowanych samorządów chyba zapomnieli. A mianowicie samorząd lokalny w niczym nie powinien przypominać parlamentu. To nie jest parlament, to nie jest miejsce, w którym toczy się walka interesów kończąca się kompromisem, tu wreszcie nie musi obowiązywać – przecież w całej demokracji wielce wątpliwa – zasad podejmowania decyzji przez większość radnych. Referendum jest znacznie lepszym rozwiązaniem, nie dlatego, że bardziej demokratycznym, ale dlatego, że sprawia, iż ludzie wiedzą, że sprawy wspólne wspólnie rozstrzygają. Istnienie w samorządzie gminnym frakcji na obraz i podobieństwo partii politycznych w parlamencie jest doprawdy komiczne, a wójt, który całą uwagę skupia na szukaniu poparcia radnych jest w sytuacji tyle komicznej, ile idiotycznej.
Jest wreszcie argument najpoważniejszy. Demokracja prawdziwa, czyli demokracja, w której de facto spełniane są zasady partycypacji i reprezentacji jest na poziomie państwa nie do zrealizowania. Pozostała tylko demokracja formalna i proceduralna. Ale na poziomie gminy czy małego miasteczka jeszcze jest możliwe myślenie o interesie wspólnym i republikańskie podejście do sprawowania władzy. Wiem, że są to marzenia i fantazje, ale całkiem realne, pod warunkiem, że ustrój samorządów nie będzie odwzorowaniem ustroju władzy na szczytach, a raczej będziemy mieli do czynienia z tendencją odwrotną – to dobry ustrój samorządów, zwłaszcza gminnych, powinien stwarzać wzór dla wyższych władz. Na razie na górze spory i brak jasnych decyzji, a na dole korupcja i sekrety. Zacznijmy naprawiać nasze państwo, ale czyńmy to najpierw na poziomie najmniejszych organów samorządowych.


Marcin Król

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl