Komentarze

 


Krzysztof Kozłowski Symboliczna „restauracja” PRL

Ks. Stanisław Musiał SJ Usypianie katolickich sumień

Michał Zieliński Inflacja niska, ale nie za bardzo

 

 




  
Symboliczna „restauracja” PRL

W tym jednym prawie wszystkie media są zgodne: minister Zbigniew Siemiątkowski opracował projekt ustawy o służbach specjalnych nie tylko po to, aby na miejsce UOP i WSI stworzyć Agencję Wywiadu oraz Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego, ale także – a może przede wszystkim – dlatego, by stworzyć furtki powrotu do „służb” dla starych funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa PRL, i to zarówno tych emerytowanych, jak i tych, którzy w 1990 r. zostali negatywnie zweryfikowani (a więc otrzymali zakaz służby w UOP lub w policji). Faktycznie, minister Siemiątkowski chce zrobić wyłom w przepisach emerytalnych i pozwolić, aby wracający do pracy emerytowani funkcjonariusze zachowali emerytalne przywileje mundurowe (w myśl obecnych przepisów po powrocie do „służb” przechodziliby w przyszłości na emeryturę zgodnie z ogólnymi zasadami, tracąc dawne przywileje). A ponieważ prawo do częściowej emerytury uzyskuje się w służbach specjalnych po co najmniej 15 latach pracy, w oczywisty sposób chodzi wyłącznie o umożliwienie powrotu – na wyjątkowych zasadach – ludzi przyjętych do „służb” jeszcze za czasów PRL.
Likwidacja UOP i WSI oraz tworzenie nowych struktur oznacza też, że dotychczasowi ich pracownicy otrzymają nowe warunki służby albo wypowiedzenie stosunku służbowego. Chodzi więc o wymianę kadry w nowych agencjach. Na miejsce wyrzuconych mogą przyjść nie tylko emeryci (kiedyś pracujący w SB), lecz również funkcjonariusze SB, którzy w 1990 r. zostali negatywnie zweryfikowani. Ta weryfikacja była przewidziana w ustawie o UOP i prowadzono ją na podstawie rozporządzenia Rady Ministrów za rządów premiera Mazowieckiego (uchwalał ją także... Czesław Kiszczak, jeszcze jako szef MSW).Teraz wszystkie te przepisy – czyli ustawa o UOP i akty do niej wykonawcze – przestaną obowiązywać. A projekt nowej ustawy pomija milczeniem sprawę weryfikowanych, czyli faktycznie daje wolną rękę przyszłym dyrektorom obu nowych agencji. 
Takie są fakty – i nic tu nie pomogą mętne tłumaczenia ministra Siemiątkowskiego. Chyba, że Sejm bądź prezydent poprawią proponowaną ustawę. Optymiści sądzili, że SLD coraz bardziej zrywa ze swoimi PRL-owskimi korzeniami. Czasami jednak wydaje się, że wręcz do nich wraca. 
 
Krzysztof Kozłowski

 




Usypianie katolickich sumień

Czy cieszyć się z istnienia Dnia Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce? Tak! Pod warunkiem, że nie będzie on środkiem na uśpienie naszych sumień. A byłoby tak, gdybyśmy w jednym dniu w roku, właśnie w Dniu Judaizmu, organizowali uroczyste nabożeństwa, wykłady, panele, a w ciągu pozostałych 364 dni przymykali oczy na antysemickie postawy u naszych wiernych. Każdorazowy Dzień Judaizmu powinien być dniem startu do całorocznej pracy na określony temat, np. w jednym roku powinna to być walka (perswazyjna!) z kolportażem i sprzedażą literatury antysemickiej, w innym – usuwanie antysemickich napisów na murach, a jeszcze w innym – katecheza w szkołach na wszystkich szczeblach na temat judaizmu, itp. Czy nie byłoby też dobrze, żeby od czasu do czasu nadać Dniowi Judaizmu wyjątkową rangę publikując np. w tym dniu wspólne słowo duchowe biskupów i rabinów w naszym kraju na ważne tematy, np. w sprawie wychowania młodzieży? Wydaje mi się też, że w niektóre lata obchody Dnia Judaizmu w Kościele polskim mogłyby się odbywać w synagogach, i to poprzez zwykłą obecność duchownych i świeckich katolików w liturgii synagogalnej danego dnia bez żadnych przemówień czy akcentów specjalnych.
Dzień Judaizmu w Polsce to nie mocny, rozłożysty dąb, tylko krucha roślinka, jeszcze słabiutko zakorzeniona w naszej tradycji katolickiej. Bez towarzyszących temu Dniowi bardzo jasno określonych, rozciągniętych na cały rok akcji, grozi mu „akademijna” wegetacja. Stąd należy mu się nasze szczere poparcie. W głębi serca jednak uważam, że Dzień Judaizmu w Kościele powinien być uważany za formę przejściową, bo oparty jest o wzorzec kulturowy świecki (któż zdoła policzyć, ile jest specjalnych „Dni” w roku?). Wierzę, że powróci kiedyś w Kościele pamięć liturgiczna o żydowskich korzeniach chrześcijaństwa. Czyż nie jest bolesnym paradoksem, że Kościół posoborowy, który chce być tak bardzo otwartym na judaizm, „odjudaizował” swoją liturgię: pamiątkę Obrzezania Chrystusa, obchodzoną przez całe wieki l stycznia, zastąpił Uroczystością Świętej Bożej Rodzicielki Maryi, a Święto Oczyszczenia Maryi 2 lutego – Świętem Ofiarowania Pańskiego? A to właśnie wtedy można było najlepiej ukazać wiernym godność i wagę judaizmu! 

Ks. Stanisław Musiał SJ

 


 

 

 

 


Inflacja niska, ale nie za bardzo

Jedni się cieszą, a inni (z wicepremierem Belką na czele) martwią, bo inflacja spadła do 3,6 proc., czyli najniższego od 25 lat poziomu; jeszcze przed rokiem analogiczny wskaźnik wynosił 8,5 proc. Zanim jednak skończymy się cieszyć (lub martwić) tym, co było w 2001 r., zdążymy się zdziwić. Jak zdziwienie nam minie, trzeba będzie zacząć się martwić (lub cieszyć) tym, co będzie w przyszłości. 
Skąd zdziwienie? Stąd, że za kilka miesięcy w rocznikach statystycznych przeczytamy, iż inflacja w 2001 r. wyniosła nie 3,6, lecz 5,5 proc. (wobec 10,1 proc. w 2000 r.). To też mało, ale jednak więcej. Dowiemy się zatem, że inflacja obniżyła się nie o 5, lecz o 4,5 pkt. proc. Co spowoduje tę zmianę? To, że owe 3,6 proc. jest różnicą poziomu cen z 31 grudnia 2001 i 31 grudnia 2000 r. Natomiast roczniki statystyczne podają wskaźnik inflacji, który informuje, o ile wzrosły średnie ceny w danym (w tym wypadku: 2001) roku w stosunku do średnich cen z roku poprzedniego. Ten drugi wskaźnik ma większe znaczenie informacyjne. Także w oparciu o niego Rada Polityki Pieniężnej kształtuje swój cel inflacyjny (na rok 2001 było to 6-8 proc.). Jak więc widać, przekroczenie tego celu – w korzystnym kierunku – nie było aż tak wielkie, bo wynosiło tylko pół punktu procentowego.
Tych, co się cieszą – zmartwi (a tych, co się martwią – ucieszy) jeszcze informacja, że spadek inflacji w znacznej mierze spowodowany był czynnikami przypadkowymi: dobrym urodzajem i kłótniami arabskich szejków. W ubiegłym roku ceny żywności wzrosły tylko 1,7 proc. (podczas gdy w 2000 r. o 8,9 proc.), paliwa zaś potaniały o 10,9 proc. i ceny ich wróciły do poziomu z 1999 r. (gdy w 2000 r. podrożały o 11 proc.). Wyeliminowanie tych dwóch czynników – czyli wyliczenie wskaźnika tzw. inflacji bazowej netto – sprawia, że spadek inflacji bardzo się zmniejsza, bo jego skala wynosi już tylko 3 punkty procentowe.
Cieszyć (bądź martwić) się zatem dalej można. Ale z umiarem. Wojna z inflacją wcale nie została jeszcze wygrana i w tym roku jej tempo prawdopodobnie wzrośnie. Przyczyni się do tego wzrost akcyzy na paliwa i prąd, wzrost VAT-u na mieszkania i towary dziecięce, przewidywane podwyżki cen gazu ziemnego i węgla oraz już wprowadzone podwyżki cen wody i usług pocztowych. Zaś to, jak kształtować się będą ceny żywności i ropy, zależy od urodzaju – oraz od zachowania szejków (i Andrzeja Leppera). Choć na razie pogoda nam sprzyja (ozimina przykryta śniegiem nie wymarzła). Tylko na przychylność szejków (i Leppera) nie ma co specjalnie liczyć. 
 
Michał Zieliński

 

 

 

 

 





 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 4, 27 stycznia 2002

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze


Medytacja Biblijna
 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl