O Jerzym Turowiczu w 3. rocznicę śmierci

Śledź, szampan i ostrygi

Z JULIĄ HARTWIG rozmawia JAN STRZAŁKA

 

JAN STRZAŁKA: – W roku 1986 Artur Międzyrzecki w liście z Paryża w swoim i Pani imieniu zapewniał Annę i Jerzego Turowiczów: „Często o was myślę i często o was rozmawiamy. Nic w tym w końcu dziwnego, bo o kim mielibyśmy rozmawiać?”. 27 stycznia mijają trzy lata od odejścia Jerzego Turowicza, wnet miną dwa, od kiedy zabrakło pani Anny. Wszyscy, którzy ich znali, nadal o nich myślą i rozmawiają, i nic w tym dziwnego – by powtórzyć za Arturem Międzyrzeckim – bo o kim mieliby rozmawiać, jak nie o Turowiczach? 
JULIA HARTWIG: – To prawda, Artur i ja często rozmyślaliśmy i rozmawialiśmy o Jerzym, znaliśmy się z nim blisko pół wieku, czuliśmy się obdarowani przez niego przyjaźnią. Spotkać Turowicza i obcować z nim bezceremonialnie – bo przez wiele lat Jerzy za każdym pobytem w Warszawie bywał naszym gościem – to była wielka szansa dana przez los. 
Utarło się wręcz, że w przeddzień przyjazdu do Warszawy dzwonił i zapowiadał wizytę. Pierwszy wieczór w stolicy nieodmiennie spędzał z nami, wiedzieli o tym jego przyjaciele i jeśli ktoś chciał z nim rozmawiać, niejednokrotnie szukał go w naszym domu. Jerzy miał u nas swój fotel i zaraz, kiedy tylko przestąpił próg pokoju, kierował ku niemu swoje kroki. Pewnego razu zdarzyło się, że Anna zajęła fotel Jerzego i nastąpiła między nimi komiczna sprzeczka. Na początek wizyty dostawał odrobinę whisky, potem następowała kolacja, przy której nigdy nie mogło zabraknąć śledzia. Anna śmiała się niekiedy, że Jerzy uwielbia kolacyjki u nas właśnie z powodu tego śledzia. Lubiła niekiedy dobrotliwie pokpić sobie z Jerzego, on zaś nie należał do ludzi, którzy sami siebie traktują z przesadnym nabożeństwem. Miał już swoje lata, kiedy westchnął przy mnie: ludzie odnoszą się do mnie jak do patriarchy, a ja tego tak nie lubię. 
Można to było zauważyć w codziennym życiu redakcyjnym. Naczelny zżymał się, kiedy o kilkadziesiąt lat młodszy kolega zrywał się i stawał przed nim na baczność. Ale kiedy poznała Pani Jerzego Turowicza? 
– Nie potrafię dokładnie wskazać daty, lecz zapewne w 1950 roku. Oczywiście, wcześniej słyszałam o nim wiele dobrego, świadoma więc byłam mitu, który już wówczas go otaczał. Nasze pierwsze spotkanie musiało nastąpić około roku 1950, zaczęliśmy wówczas korespondować, a później od czasu do czasu się spotykać, lecz przez kilka następnych lat znajomość nie przerodziła się jeszcze w zażyłość. 
W przyjaźni z Jerzym było coś odświętnego, przyjaźń z Anną miała charakter bardziej domowo-rodzinny. Pamiętam jej wizytę w Warszawie na początku lat pięćdziesiątych. Spędziłyśmy wspólnie wiele czasu i chyba wówczas przeszłyśmy na ty. Anna odwiedzała w Warszawie swych licznych przyjaciół, była towarzyska i kochała wizyty. W przyjaźni była lojalna, wierna i oddana. Pamiętała zawsze o kłopotach i niepokojach przyjaciół. Jerzy mniej wchodził w szczegóły. Jednak jeśli ktoś bliski znalazł się w prawdziwej potrzebie, pierwszy rwał się do pomocy. Bez wątpienia: w przyjaźń wkładał serce. 
Przeglądając niedawno naszą korespondencję poczułam zdumienie, bo z listu pisanego przez Turowicza w 1957 r. wynika, że nie byliśmy jeszcze wówczas po imieniu, niemniej wkrótce, i to w tempie lawinowym, staliśmy się doprawdy bliskimi sobie ludźmi, do czego przyczyniło się spotkanie i przyjaźń Jerzego z Arturem. Obaj ogromnie się lubili, a ja byłam dumna, że poznali się za moim pośrednictwem. Połączyła nas wspólna ocena świata, podobne poglądy polityczne, panowała między nami całkowita szczerość i jawność. Bywały dni, kiedy Jerzy pojawiał się u nas skłopotany, bo właśnie wracał z trudnego spotkania z kimś z władzy świeckiej lub z hierarchii kościelnej. Przychodził, by znaleźć ulgę i wsparcie. Był dyskretny, ale nawet z drobnych półsłówek domyślaliśmy się, jak niezmiernie bolały go nieprzychylne „Tygodnikowi” opinie hierarchów. Jerzy szczerze i chętnie dzielił się z Arturem i ze mną swoimi problemami, wiedzieliśmy więc, jakie kontrowersje, nawet niechęć budziło w pewnych sferach jego pismo. Życie Jerzego pełne było tego rodzaju utrapień.
Nasz dom był zawsze dla niego otwarty. Nieraz wychodził od nas grubo po północy, nigdy nie mogliśmy nagadać się do woli. Rozmawialiśmy o wszystkim: o polityce, sztuce, ludziach, nie obeszło się też czasem bez plotek. Gdy Jerzy zaczął już podróżować, kiedy zaczęto go wypuszczać z Polski, chętnie snuł po powrocie fantastyczne opowieści o wojażach i ludziach spotkanych w szerokim świecie, a były wśród nich postacie znakomite, działacze katoliccy, biskupi, teologowie, poeci, nie mówiąc już o Papieżu, którego darzył najwyższą admiracją. Chyba zaraz tuż po nim był Czesław Miłosz. 
Nierzadko też padało nazwisko francuskiego poety Pierre’a Emmanuela, z którym Artur przyjaźnił się serdecznie i nawet mieszkał u niego w Paryżu. Tłumaczył też jego wiersze. Podziwialiśmy Pierre’a nie tylko jako poetę, ale jako człowieka i intelektualistę znakomicie zorientowanego w sprawach Europy Środkowej i Wschodniej. Turowicz przeprowadził z nim kiedyś wywiad dla „Tygodnika”. Pierre był w Polsce zaledwie raz, kiedy uhonorowany został nagrodą naszego PEN-Clubu, otrzymał ją zresztą wspólnie z Kotem Jeleńskim. 
Oprócz Pierre’a mieliśmy wielu innych wspólnych przyjaciół, głównie we Francji. Na przykład środowisko paryskich pallotynów, u których Jerzy często się zatrzymywał, podobnie jak i my, tam bowiem odbywały się nasze wieczory poetyckie i inne spotkania poświęcone sytuacji w Polsce. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych pallotyni stworzyli autentyczną oazę wolnej myśli, zapraszając do siebie dysydentów politycznych i najciekawszych ludzi kultury. 
Więzy łączące nas z Jerzym były bardzo różnorodne. Przypuszczam, że nie był niezadowolony, że przyjaźń związała go właśnie z dwojgiem ludzi piszących wiersze. Sam był bowiem, podobnie jak Anna, wielkim wielbicielem poezji. Czytywał również nas i upominał się o wiersze dla „Tygodnika”. Chętnie przyjmowaliśmy to zaproszenie starając się nie nadużywać przyjaźni, mieliśmy bowiem świadomość, że wielu innych poetów pragnie również od czasu do czasu drukować w „Tygodniku”. Zazwyczaj więc czekaliśmy na wezwanie Jerzego, a ono zawsze w pewnym momencie nadchodziło. 
Pozwoli Pani, że przypomnę list Artura Międzyrzeckiego, znów z archiwum Turowicza. Jest rok 1969, Pani mąż po aferze z „Dziadami”, po odważnym wystąpieniu podczas pamiętnego zebrania Oddziału Warszawskiego Związku Literatów Polskich stracił możliwość publikowania w państwowych pismach. Turowicz prosi go o wiersze, które niezwłocznie drukuje. „Dawno już nie doznawałem tak odświętnego uczucia: jakby debiut, strange” – pisze Międzyrzecki w odpowiedzi. 
– Tak. Można by tu strawestować zdanie Przełęckiego z „Przepióreczki”: Bo takie były jego obyczaje. Jerzy był człowiekiem z pozoru ze wszech miar zwyczajnym, a z błysku niezwykłym. Miał w sobie wdzięk obcowania i umiejętność rozmowy z ludźmi. I to tak sympatyczne jego upodobanie do żartu! 
Jerzy i Artur darzyli się absolutnym zaufaniem, Jerzy z uwagą wsłuchiwał się np. w opinie Artura w sprawach publicznych, my zaś niejednokrotnie potrzebowaliśmy wsparcia i rady Turowicza! Choćby po owym strasznym dla polskiej inteligencji marcu 1968, kiedy w całym kraju, a najbardziej w Warszawie, zapanował ponury klimat i przyjaciele stali się cenni już nie na wagę złota, ale jak chleb i woda. Prosiliśmy Jerzego o radę i wtedy, gdy na początku lat siedemdziesiątych zamieszkaliśmy w USA – gdzie Artur wykładał literaturę na uniwersytetach – i szarpały nami rozterki: zostać na stałe w Ameryce czy wracać do kraju. Jerzy pomógł nam przeciąć nasze wątpliwości, wróciliśmy do Polski, czego nigdy nie pożałowaliśmy, nawet w stanie wojennym. Mogę śmiało powiedzieć, że ten okres po powrocie do Polski był najdojrzalszym okresem naszej twórczości. 
– Pamięta Pani pierwszą wizytę na Lenartowicza?
– Nie pamiętam, przecież tyle ich było. Zaglądałam do Jerzów przy każdej okazji: kiedy miałam spotkanie autorskie w Krakowie, kiedy ruszałam do Zakopanego. Dwa razy nocowałam u Anny i Jerzego. Poczułam wtedy niezwykłą aurę ich domu, poznałam dzienny i nocny rytm życia gospodarzy, i w pełni doceniłam szlachetną prostotę ich natury. Turowiczowie nie wysilali się dla gościa: nie zmieniali trybu życia, nie podawali nadzwyczajnych potraw, Jerzy pracował tak jak co dzień. Pod koniec wizyty Jerzy poprosił, bym się wpisała do ich słynnej księgi gości. Nie wiedziałam, jak podziękować za niezwykłe chwile spędzone pod ich dachem, opisałam więc sen. „Śniło mi się, że w tym domu spałam i przeczytałam wszystkie książki i pisma i byli Anna i Jerzy. Rano się zbudziłam, Anna parzyła kawę, a Jerzy wyszedł na jakieś swoje święte posiedzenie. Po południu przyszła Daniela i była herbata i Anna, ale Jerzego nie było, bo wciąż był tam, gdzie rano wyszedł. Jadłyśmy śliwki krojone w szóstki i malinowy dżem. Nie przeczytałam ani jednej książki, ale wciąż mi się zdawało, że przeczytałam wszystkie. Przyjechałam tu z radością i wyjeżdżam z pogodnym sercem”. 
Pamiętam natomiast ostatnie spotkanie z Jerzym na Lenartowicza. Nie czuł się już dobrze, ale rozmawialiśmy długo, z przerwą na wiadomości telewizyjne, których Jerzy za nic by nie odpuścił. A później przyszły hiobowe wieści o szpitalu i już nigdy się nie spotkaliśmy. 
– Jaki, Pani zdaniem, był najcenniejszy dar, jaki Jerzy Turowicz otrzymał od natury?
– Poszukiwanie w nim jednego daru mogłoby zubożyć jego osobowość. Jeśli powiem, że był nade wszystko człowiekiem dobrym, będzie to zaledwie cząstka prawdy. Był człowiekiem poszukującym prawdy, obdarzonym poczuciem ogromnej sprawiedliwości, nad którą górowało miłosierdzie. Nieprzejednany wobec ludzkiej niegodziwości i niecnych uczynków, szczególny gniew okazywał wobec cynicznych polityków, potrafił się też unieść, kiedy krzywdzącą opinią próbowano podważyć wartość „Tygodnika”. Jego oburzenie bywało wręcz zaraźliwe, przypominało każdemu, kto był świadkiem jego gniewu, że mamy prawo zdecydowanie reagować na niesprawiedliwość, pomówienie czy krzywdę. 
Warto wspomnieć, że Jerzy kochał dzieci. Miał trzy córki i gromadkę udanych wnucząt. Rzadko opowiadał o rodzinie, sądząc pewno, że obcych niezbyt to interesuje, trzeba było wręcz wyciągać od niego wieści o jego bliskich. My sporo wiedzieliśmy o radościach i smutkach na Lenartowicza dzięki Annie, która przy każdej okazji obszernie, często dowcipnie, relacjonowała wszystkie sprawy rodzinne. Kiedy ich córki Elżbieta, Joanna i Magdalena dorosły, w sposób niejako naturalny włączyły się w krąg naszych przyjaciół. Podobnie Turowiczowie całą swoją serdecznością objęli naszą córkę Danielę. 
Jerzy Turowicz to była osobowość pełna. Potrafił się cieszyć urokami życia, choć nie zawsze miał czas, by wystarczająco ich zakosztować, ale jeśli zdarzyła się okazja – bawił się znakomicie, o czym świadczy choćby jego przywiązanie do Piwnicy pod Baranami. Potrafił śmiać się z siebie samego, miał fantastyczny zmysł humoru, lubił też opowiadać dowcipy i chętnie ich słuchał. Szkoda, że nie zapamiętałam żadnej z tych jego zabawnych opowieści, ale nie mam jakoś do tego głowy, o co miała kiedyś do mnie pretensje Zofia Hertz, która prowadziła w „Kulturze” dział dowcipów politycznych docierających z Polski. Byłam właśnie w Maisons i Zosia prosi: a teraz powiedz dowcip polityczny. Ja na to: Zosiu, nie pamiętam ani jednego. A ona: nie ma z ciebie żadnej pociechy. 
Jerzy namiętnie chłonął wszystko, co miało jakikolwiek związek z kulturą, co zasługiwało na miano sztuki, nigdy nie przepuścił dobrego filmu, często bywał w teatrze, kochał i znał się na malarstwie. Kiedy nas odwiedzał, a na stole, nie daj Bóg, leżał jakiś album z reprodukcjami, musieliśmy się pogodzić, że rozmowa się nie rozpocznie, dopóki Jerzy dokładnie nie przeglądnie albumu. Sam kolekcjonował albumy, co świetnie rozumiałam cierpiąc na podobne urzeczenie malarstwem. W listach z Rzymu Anna skarżyła nam się, że ledwo żyje, bo Jerzy ciągnie ją wszędzie i wciąż planuje następne galerie i zabytki. 
Mówiąc o sztuce Jerzy cały się rozjaśniał, sztuka była jego żywiołem. Ale życie postawiło przed nim inne zadania, którym musiał sprostać. Prosiłam go często, by pisał pamiętniki. Nie wiem, czy potrafię, odpowiadał, nie mam czasu, kiedy mam to robić? Pracował przecież często do trzeciej nad ranem, odpisywał na każdy list, a nigdy nie pozwolił sobie na zdawkową odpowiedź. Oglądał wszystkie dzienniki telewizyjne, regularnie słuchał „Wolnej Europy”, pochłaniał gazety i periodyki polskie i obcojęzyczne. Zamiast pisać o sobie, wolał czytać. 
Lektury Jerzego świadczą o jego nadzwyczajnym guście. W liście do nas z 1976 trafiłam na taki oto fragment: „Znalazłem niedawno, o grozo i wstydzie, w »Tropic of Capricorn« Henry Millera (!) przepiękny cytat z Melville’a, który mnie zachwycił i uradował i muszę się z wami tą radością podzielić. »Nakarm wszystkie rzeczy strawą, która im odpowiada. Pokarmem dla duszy jest powietrze i przestrzeń, nakarm więc ją światłem i przestrzenią, ale pokarmem ciała jest szampan i ostrygi. Nakarm je więc szampanem i ostrygami, dzięki czemu zasłużysz na wesołe zmartwychwstanie, jeżeli takowe w ogóle istnieje«”. I dalej: „Zaś co do Millera: to czytam go po kilka stron dziennie, przeważnie o trzeciej w nocy, bo trzeba coś przeczytać przed zaśnięciem dla relaksu. Pisarz to w gruncie rzeczy znakomity, fascynujący. Ma także erupcje słowne ŕ la Lautréamont, czasami zaś diabelnie nudny. Oczywiście, miejscami ogromna nieprzyzwoitość, ale jakież to już dziś ogromnie staroświeckie. Kochani, najserdeczniejsze życzenia na święta przesyłam, właśnie ten cytat z Melville’a nadaje się na życzenia, zwłaszcza że o resurection jest tam mowa, choć trochę w sceptycznym tonie”. Kiedy Jerzy pisze, że Miller stał się staroświecki – podczas kiedy dla niektórych jego proza pozostaje nadal bluźnierstwem i pornografią – dowodzi to, iż nieźle czuł ducha czasu i zmieniającą się wrażliwość estetyczną. 
Napisałam kiedyś wiersz „Buty chrześcijanina” i nie śmiałam zadedykować go Jerzemu, sądząc, iż byłoby to nadto wyraziste, że nadałoby to wierszowi intymność, której nie chciałam. Chrześcijanin z owego wiersza posiada wprawdzie rysy i biografię Jerzego, ale miał to być portret uogólniony, choć niewątpliwie to wiersz o Turowiczu i dla niego. Portretując Jerzego kroczącego z głową w obłokach, nie zapomniałam i o zniszczonych butach, w których twardo stąpał po ziemi. Myślę, że domyślał się, o kim mowa, ale nigdy nie rozmawialiśmy o tym wierszu... 
„Jeśli poprosisz o te buty, / właściciel odstąpi ci je bez wahania. / Nie wiadomo jednak / czy wciąż jeszcze będą to na tobie / buty chrześcijanina”. 
Dziękuję Pani za spotkanie. 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl