Świat w zawieszeniu

Czerwone paznokcie Oriany Fallaci

TADEUSZ SLAWEK

 

Świat po tragicznych wydarzeniach, które rozegrały się w Stanach Zjednoczonych 11 września, trwa w niezwykłym zawieszeniu. Z jednej strony rzeczy toczą się swoim trybem, nawet działania militarne przebiegają wedle planów strategów; ale – z drugiej strony – nurtuje nas trudne do nazwania poczucie, że wszystkie plany odnoszą się jakby do innej rzeczywistości, bowiem to, co się stało w ów tragiczny wtorkowy ranek, zawiesiło sensowność wszelkich planów. 

To, co zostało i co będzie jeszcze wypowiedziane o amerykańskiej hekatombie, nie trafia w sedno, sprawiając wrażenie nieporadnych prób nazwania czegoś, co wymyka się z zasięgu naszych schematów rozpoznawania świata. Prezydent Bush posłużył się słowem „wojna”; nie wiadomo, czy trafny to wybór, w każdym razie podkreśla on dramatyzm sytuacji. Mamy więc świat sprzed owej „wojny”, świat, w którym nie wszystko było „do pomyślenia” (a co za tym idzie i do wykonania), i świat w trakcie „wojny”, w którym „do pomyślenia” jest już wszystko, w którym granice wyobraźni zostały naruszone i przekroczone. 
Stan naszego świata jesienią roku zaczynającego nowe tysiąclecie opisałbym następująco: zawieszeni między rzeczywistością pewnego porządku a przestrzenią chaosu, w której wszystko jest „do pomyślenia”, wyrzuceni daleko poza zasięg wyobraźni, opuszczeni przez skuteczne schematy rozpoznawania świata i jego zdarzeń – pogrążyliśmy się w pustce, dziurze, która przerażała modernistyczną elitę przed z górą stu laty, a teraz stała się udziałem nas wszystkich.


Straszne plemię Jahu


W owym świecie w stanie „zawieszenia” rozbrzmiewają różne głosy, między innymi takie, które jak agresywny, histeryczny recytatyw Oriany Fallaci („Coriere della Sera” 29 września 2001, polski przedruk: „Wściekłość i duma” – „Gazeta Wyborcza” 6-7 października 2001) twierdzą, iż powołaniem Zachodu jest przed wspomnianą otchłanią świat ocalić. Powiedzmy od razu, Fallaci („słynna włoska pisarka”) próbuje w obliczu – jak sama pisze – „Krucjaty, tyle że na odwrót” wskrzesić ducha posłannictwa Zachodu. Rzeczywistość „słynnej pisarki” jest prosta: stojącym z jednej strony pułkom Mahometa, nad którym powiewa zielona chorągiew z półksiężycem, należy przeciwstawić „nasze” pułki również gęsto spowite w sztandary i symbole. Obecność sztandarów i wszelkiego rodzaju flag oraz hymnów jest w tekście Fallaci charakterystycznie dominująca. Wobec wydarzeń amerykańskiego tragicznego wtorku pozostaje nam, jej zdaniem, jedna odpowiedź: rzucić wszystko i zgromadzić się pod sztandarami z pieśnią i wzruszeniem ściskającym gardło. To, co wstrząsnęło podstawami znanego nam świata, nie jest więc kategorycznym wezwaniem do przemyślenia naszej historii i polityki, nie ma być powodem do zastanowienia (niezależnie od podjętej już akcji wojskowej); wprost przeciwnie – włoska pisarka twierdzi, że lekiem przeciwko złu ma być tylko bardziej zdecydowane powtórzenie wszystkiego, co było. O tym, iż Fallaci nie jest odosobniona, świadczą inne przykłady. Ze szczytów polskiej hierarchii kościelnej dobiegły nas słowa ostrzeżenia przed tymi, „przed którymi ocalił nas Jan III Sobieski”, a profesor filozofii również radził nam przysposobić się do mentalności człowieka krucjaty. Zapytajmy jednak, co w istocie chce nam powiedzieć Fallaci.
Tekst Oriany Fallaci jest zadziwiający, bowiem z niektórych słusznych przesłanek wyciąga wnioski słuszności pozbawione. Nie należę w żadnej mierze do tych, którzy określeni przez Fallaci mianem „luksusowych cykad” mówią, by dalej cytować włoską pisarkę: „Dobrze tak Amerykanom. Dobrze im tak”. Jak wielu innych ludzi jestem w stanie żałoby i zastanawiam się, jak jej dokonać, aby móc dalej sprzyjać życiu, a nie śmierci. Zdjęcia rozentuzjazmowanego tłumu Palestyńczyków świętujących z kałasznikowami w ręku (owi świętujący to najczęściej kobiety, nie w kuchni, lecz na ulicy; wyzwolone z domowego ucisku, na który tak narzeka Fallaci, są niemal złowrogim spełnieniem jej marzenia) zniszczenie wież World Trade Center były równie wstrząsające, jak widok zapadających się monumentalnych konstrukcji. 
Obawiam się jednak, że Fallaci myli się głęboko, przypisując wyłącznie kulturze muzułmańskiej tendencję do generowania takich zachowań. Wbrew temu, co pisze w swoim zacietrzewieniu, iż tak zachowujących się ludzi „w ogóle nie można nazwać mężczyzną, kobietą czy dzieckiem”, w istocie odrażające postępowanie owych Palestyńczyków utrwalonych na zdjęciach reporterów jest przede wszystkim reakcją człowieka, z którego spadła cienka przesłona kultury rozumianej nie jako potrzebne w salonach obeznanie z dziełami sztuki czy literatury, lecz jako znacznie bardziej podstawowy i codzienny obowiązek wypełniania etycznej powinności. Podkreślam przymiotnik „etyczny”, gdyż odnoszę go do czegoś, co jest starsze i wcześniejsze od wszelkich innych zobowiązań, np. religijnych czy politycznych. Skoro „słynna włoska pisarka” widziała tyle wojen i doświadczyła tylu przykładów podłości i miałkości człowieka, aż dziw, że nie przypomina sobie mądrych zdań starego Freuda, który pisał u schyłku życia, iż gdyby nie cieniutka warstewka kultury, w ciągu kwadransa zawiślibyśmy sobie u gardeł. Historia Zachodu dostarcza przykładów elit, które fundowały dzieła sztuki i wspaniałe gmachy, lecz które najbardziej cieszył widok ćwiartowanych ciał. Wstrząsające zdjęcia topniejących jak kostka lodu stalowych budynków i cieszących się z tego ludzi uczą mnie, że ostrożność i podejrzliwość nasza winna kierować się nie w stronę katolików, protestantów czy muzułmanów, ale w kierunku człowieka, który postradał kulturę podstawowych powinności, która poucza, że nie wszystko jest do pomyślenia, a co za tym idzie – nie wszystko jest do przeprowadzenia. 
Wielki mędrzec Jonathan Swift zostawił nam w tej materii wiele pouczeń. Człowiek, dumny jak paw ze swej historii, jak dumna jest Fallaci ze swoich Włoch i pałaców Florencji, inaczej jawi się mądremu koniowi w ostatniej opowieści Guliwera: „Natura Jahu jest tak zła, że mogę wszystkiemu wierzyć (...) Lecz, mówiąc szczerze, czy rozum wasz jest rozumem prawdziwym? Czy nie jest on tylko talentem udzielonym wam od natury, abyście przezeń pogorszyli wasze naturalne przywary...”. Jahus jest w każdym z nas i jest naszą powinnością dołożyć wszelkich starań, aby uniemożliwić działanie tym religijnym, politycznym, filozoficznym szaleńcom i manipulatorom, którzy za wszelką cenę chcą go w nas wyzwolić, nadużywając takich pojęć, jak „męczeństwo”, „świętość” czy „ojczyzna”. Wątpię, by zadanie to udało się wykonać, stosując wyłącznie receptę przepisaną przez Fallaci.


Zachodni fundamentalizm


Proponuje ona bowiem odreagowanie poprzez gniew. „Jestem bardzo, bardzo wściekła. Wściekła wściekłością zimną, przejrzystą, racjonalną. Wściekłością, która eliminuje wszelki dystans, wszelką wyrozumiałość, która każe mi udzielić im odpowiedzi, a przede wszystkim ich opluć”. Błąd Fallaci polega na tym, iż jej „wściekłość” nie jest – jak twierdzi – ani „zimna”, ani „przejrzysta”, ani „racjonalna”; jest wściekłością „plucia”, a nie refleksji i rozumnego działania. Ze słusznego prawa do gniewu autorka czyni mylny użytek. Jeżeli, jak pisze, „Wściekłość dobrze robi”, to jedynie wtedy, kiedy usuwa przyczyny do odnawiania się wściekłości, zatem wtedy, gdy spełnia się nie w „pluciu”, lecz działaniu, które może świat w sposób nam dostępny poprawić. Wściekłość Fallaci jest gniewem ideologicznego fundamentalisty i służy głównie kultywowaniu wściekłości; jej zadaniem nie jest czynić świat znośniejszym, lecz podtrzymywać się w stanie bycia wściekłym. 
Jak zapewne wielu innych ludzi sądzę, iż prezydent Bush znajduje wyjście z niezwykle trudnej sytuacji, godząc twardą i – powiedzmy szczerze – archaiczną retorykę rodem z kowbojskich filmów (owo słynne już „we will smoke them out” – „wykurzymy ich”) z wyważeniem w sferze działań politycznych i militarnych. To, że w reakcji pierwszego gniewu nie wydał rozkazu naciśnięcia guzika uruchamiającego machinę wojenną, jest źródłem nadziei. Być może świat zawdzięcza to, że istnieje, temu, że prezydent – wbrew prostackiej radzie Oriany Fallaci – nie „splunął” i nie okazał się „człowiekiem z jajami” (o czym jeszcze za chwilę), lecz rozpoczął wyważanie racji postępowania. Nie oznacza to braku gniewu. Tak postępuje wściekłość postawiona w służbę działania, a nie egocentrycznej pasji, która nie opuszcza Fallaci ani na chwilę. Wszystko w jej tekście służy jej osobie i jej racjom; nawet o swoim kraju ojczystym i jego kulturze pisze jak ich dysponent („Kościół, który mnie torturował i spalił tysiąc razy na stosie (...), który przez wieki mnie prześladował (...) który prawie zamordował mi Galileusza...”). Obrony świata Zachodu winna podjąć się, między innymi i – podkreślmy – niezależnie od wojskowych działań, krytyki jego egocentrycznego zadowolenia z siebie; tymczasem tekst Fallaci pogrąża nas jeszcze bardziej w śnie Narcyza.
Wściekłość Fallaci obnosi się z jeszcze jednym grzechem – jest histeryczna, a więc bezmyślna. Przedstawia się, co prawda, jako „racjonalna”, lecz nie jest to przymiotnik, jakim można ją obdarzyć. Z jednej strony, słusznie, karci nieuctwo i prostactwo współczesnego świata konsumentów tonącego w „najbardziej dramatycznej powierzchowności”, z drugiej – daje nam równie prostackie i powierzchowne rady na pokonanie owej filisterskości, jak choćby ta, która lekarstwo na stan świata „w zawieszeniu” widzi w prostej policyjnej operacji: „Żeby przeprowadzić deportację, wystarczyłoby ich ustawić w szeregu (...) i odwieźć na lotnisko”. Ktokolwiek ma w pamięci historię dwudziestego wieku z jej gułagami, obozami koncentracyjnymi, samolotami, z których wyrzucano niepokornych, bez trudu wyobrazi sobie siły, które chętnie zmienią przeznaczenie owej podróży na mniej niewinne. Fallaci jest zwolenniczką prostych rozwiązań, co bierze się bez wątpienia z czarno-białej struktury jej świata, w którym dobry, nawet jeśli – jak ona sama – niewierzący chrześcijanin ściera się ze złym wyznawcą Mahometa. Pragmatyka jej działania ma zatem z góry gotową topografię: to wśród innych niż nasze świątyń (nawet protestanckie są już gorsze, bowiem „nie ma w nich smrodu kadzidła”) i w społecznościach cudzoziemców kryją się ci, którzy pozbawić nas chcą wszystkiego. Dreszcz przechodzi po plecach, kiedy czytamy beztroskie zdania wzywające do niemal stachanowskiego wysiłku, aby ująć „jakiegoś wspólnika bin Ladena” (zwróćmy uwagę zwłaszcza na to „jakiegoś”, będącego klasycznym już eufemizmem na określenie kozła ofiarnego).
Prostactwo tez Fallaci bywa czasami wprost trudne do zaakceptowania i wręcz nie licuje z wagą problemu. Jak inaczej bowiem skwitować to, że odpowiedzi na nieogarniętą i wciąż nienazwaną do końca tragedię wież WTC i jej męczenników szuka w ideologii mocnego mężczyzny (autorka z upodobaniem cytuje wątpliwej urody powiedzenie swego ojca mówiące o tym, że „człowiek bez jaj już nie jest człowiekiem”). Tekst Fallaci jest w istocie potwarzą dla pamięci ofiar tragedii Manhattanu, Waszyngtonu i Pittsburga, a naszemu poczuciu etyki urąga przez to, że miast poważnej refleksji oferuje nam nie więcej niż splunięcie i kopniak w genitalia. Gdy ktoś o obcym wyglądzie próbuje ją zaczepić, w Fallaci odzywa się duch Rambo: „Och, jak źle trafili! Jeden z nich w dalszym ciągu opłakuje stan swoich genitaliów”. Aż chciałoby się powiedzieć: „Pani Fallaci, tu nie chodzi o opłakiwanie genitaliów, które udało się Pani trafić wdzięcznym ciosem nogi obutej w elegancki pantofelek z drogiego sklepu. Tu chodzi o opłakiwanie świata i konsekwencje, jakie z tego wynikają dla człowieka na przyszłość. Niestety, szkoda, że Pani tego nie rozumie”.
W tym sensie artykuł Fallaci jest co najmniej nietaktem, w którym sama autorka i jej egocentryczne uwagi odgrywają rolę ważniejszą niż problem, którym próbuje się zająć. Ktoś, kto usiłuje nam wmówić, iż Rambo wyprowadzi nas ze stanu świata „w zawieszeniu”, jest albo cynicznym graczem albo dysponentem uproszczonych, cudownych rozwiązań. Kto zbywa obowiązek głębokiej refleksji nad wyborami i wartościami własnej kultury epitetem „kutas” i „kopniakiem” skierowanym do adwersarza (a to ulubione zabiegi Fallaci), ten winien jest grzechu skrajnej ideologizacji myślenia, grzechu, który dopiero co zarzucił swojemu przeciwnikowi. To właśnie taka ideologizacja skazuje nas na nieprzenikalność granic oddzielających kultury i narody, tych, co mają, i tych, co giną z braku wszystkiego. Taki izolacjonizm dominuje w tekście Fallaci. Kultura nie jest według niej domeną porozumienia i gościnności, lecz zespołem zachowań i symboli pozwalających odizolować się od innych. Formuła Fallaci jest następująca: mój dom to miejsce, z którego bez zastanowienia wyrzucam wszystko to, co nie moje. Tak pojęta kultura „naszego domu” tyranizuje i monopolizuje nasze życie, skazując je na intelektualne i duchowe lenistwo, które zresztą Fallaci w innym miejscu słusznie potępia. „Nasze wartości. Twierdzę, że nie ma u nas miejsca dla muezinów, minaretów, fałszywych abstynentów, dla ich pieprzonego średniowiecza, dla ich pieprzonego czarczafu”. Otóż jest miejsce, z tym, iż najpierw – czego Fallaci nigdy nie robi – trzeba zastanowić się, czym jest owo „miejsce” i jak je zdefiniujemy. 
Słusznie napisała Fallaci, iż myśl wyrażona w konstytucji amerykańskiej „poddanych zmienia w obywateli”; lecz cały tenor jej artykułu skłania do akceptacji prostego rozwiązania, które zmierza do odwrotnej zmiany obywateli w poddanych. Pozostajemy wówczas w niewoli tego, co „nasze”, hegemonii, dla której wszystko, co nasze, jest „fajne”, a wszystko, co inne, jest „pieprzone”. „Pieprzeni” są też ci, którzy przybywają na Zachód z krajów arabskich, a do których autorka nie kryje pogardy. Nie zagłębia się już w przyczyny, dla których emigrują, nie podejmuje analizy dziedzictwa, które pozostawił po sobie w tych krajach porządek europejski po skończonej epoce kolonialnej.
Chcę powiedzieć wyraźnie: nic nie usprawiedliwia tych, którzy zlecili i wykonali mordercze (znacznie to trafniejsze określenie niż „samobójcze”) loty; dla tego czynu nie może być racji i na tym między innymi polega trudność w myśleniu o tym, co zdarzyło się 11 września w Ameryce. A to, na co patrzyliśmy nie wierząc własnym oczom, było wydarzeniem „bez racji” i „bez usprawiedliwienia”; nie ma takiego systemu prawnego czy etycznego, który mógłby wskazać tok argumentacji mogący prowadzić do „usprawiedliwienia” tych zbiorowych morderstw. Ale niezależnie od wojskowych operacji jesteśmy winni tysiącom ofiar choćby chwilę poważnych rozważań nad biegiem naszej historii, bowiem to, co się zdarzyło w Ameryce, nie działo się przecież poza jej dziedziną. Fallaci wyraźnie tego nie rozumie, nie pamiętając, iż kto nie wyciąga lekcji z meandrów historii, ten pozostanie na zawsze zamknięty w jej labiryntowych kręgach. Gdy ostatnie przekazy telefoniczne od osób umierających w stalowych wieżach mówiły o miłości, Fallaci uczy jedynie nienawiści.

Lekarstwo czy trucizna


Oriana Fallaci ma rację, gdy rzuca w twarz Zachodowi, a zwłaszcza Europie, surową diagnozę sytego, otępiałego konsumeryzmu. Podzielam jej zdanie o tym, iż Stany Zjednoczone to wielki i, powiedzmy wyraźnie, udany eksperyment historyczny. Trzeba przyznać jej słuszność, gdy obwinia francuską politykę zagraniczną o hipokrytyczne kunktatorstwo, a prezydenta republiki o to, że w swoich wypowiedziach „wywinął się jak piskorz” z trudnych kwestii. Gdy mówi o tchórzostwie i braku klasy polityków, nie sposób nie bić jej brawa. Ale znów wnioski pisarki nie mogą nie wzbudzić sprzeciwu. 
Jej ostateczny postulat jest następujący: brońmy swojej kultury („za naszą cywilizacją stoi Homer, Sokrates, Platon, Arystoteles, Fidiasz”, z oczywiście demagogicznych powodów Fallaci nie wspomina o kilku mniej sympatycznych nazwiskach, nie mniej mocno stojących za naszą kulturą), brońmy swoich obyczajów („naszego sposobu jedzenia, picia, ubierania, rozrywki i przekazu informacji”), brońmy tego, że „możemy kochać się kiedy chcemy, gdzie chcemy i z kim chcemy”, brońmy tego wszystkiego skupiając się wokół sztandaru. Szum chorągwi (może usłyszymy w nich także poświst huzarskich skrzydeł) jest wszechobecny w tekście Fallaci. Flagi te są różne (czerwone i wielokolorowe) i w różnych wymachuje się nimi okolicznościach (w spontanicznych manifestacjach i na boiskach), ale to, co pisarkę interesuje naprawdę to sztandar jako symbol ducha jedności narodu. Podkreślmy – NARODU, a nie poszczególnych jednostek. Stąd, być może, niechęć do flagi na stadionach: nie tylko znajduje się w rękach chuliganów, ale celebruje jednostkowy sukces, podczas gdy Fallaci wyraźnie chodzi o dzieło zbiorowe, o ducha narodu w czystej, niewinnej postaci. O wyższości Ameryki nad Europą ma świadczyć, zdaniem Fallaci, to, iż robotnicy pracujący w piramidzie gruzu, w którą zamieniły się wieże World Trade Center, powiewali „amerykańskimi chorągwiami i wznosili zaciśnięte pięści z groźnym pomrukiem USA! USA! USA!”. 
W swej słusznej pochwale Ameryki zapomina o tym, iż głębokie początki Ameryki były dalekie od ducha Franklina i Jeffersona. Przypomina o nich de Tocqueville, pisząc o kodeksie, jaki nadali sobie osadnicy z Connecticut w roku 1650, w którym wiara w innego Boga, podobnie jak „bluźnierstwo, czarnoksięstwo, cudzołóstwo i gwałt są również karane śmiercią”.
Wszakże nie owa idealizacja Ameryki jest w postawie pisarki niebezpieczna; nie chodzi nam o osłabianie podziwu dla nieustępliwości Amerykanów. Kiedy jednak Fallaci przenosi obraz falujących chorągwi na plan europejski, zaczynamy w jej tekście dostrzegać obecność widma nacjonalizmu. Krąży ono w ubolewaniach nad brakiem włoskiego patriotyzmu („trójkolorowych sztandarów widziałam bardzo niewiele. Ani jednego”), a zwłaszcza w otwartej pogardzie, którą Fallaci darzy tych, którzy przywiązani do swojego miejsca, do tak ważnych w życiu człowieka małych ojczyzn z wahaniem spoglądają na marszowy krok zwartych szeregów miażdżących wszystko, co stanie im na drodze.
Drżę, gdy „słynna włoska pisarka” pisze o „chamie”, który „w ogóle nie wie, jakie są te trzy kolory [włoskiej flagi narodowej – TS]”, i który mówi o sobie „jestem Lombardczykiem”. Drżę, bowiem to ci, którzy widzą w sobie ludzi „miejscowych”, ludzi pracujących na rzecz swojej prowincji, dzielnicy i ulicy będą – moim zdaniem – nadzieją świata. Nie politycy rządzących partii, ci bowiem wikłają się wcześniej czy później w sytuacje, w których zabraknie im (jak Chiracowi) jednoznacznych odpowiedzi. Człowiek wielkiej polityki, nad którym szumi narodowy sztandar, ma wątpliwy przywilej niespoglądania w oczy tzw. szaremu człowiekowi. Człowiek „miejscowy”, którego Fallaci z właściwą sobie retoryką gniewnej nastolatki nazywa „chamem”, nad sztandar przedkłada obecność tego, z kim dzieli najbliższą przestrzeń i do którego wyciąga rękę. W historii świata sztandar nazbyt często eliminował człowieka spełniając funkcję całunu. Być może, gdyby ben Laden nie przemawiał z ekranów telewizyjnych jako złowrogi ideolog, któremu – jak każdemu ideologowi – obca jest twarz i oczy rozmówcy zastąpione hipotetycznym tworem zbiorowym zwanym „niewiernym”, gdyby był człowiekiem „miejscowym”, gdyby stanął twarzą w twarz z tymi, którzy zależnie od jego decyzji będą jego bliźnimi lub ofiarami, nie doszłoby do tragedii dwóch wież Manhattanu, tragedii dokonanej w imię wyższości jednego powszechnego systemu nad drugim? 
Nie podzielam wiary Fallaci w nacjonalistyczny poryw jako drogę wyjścia ze świata w stanie „zawieszenia”. Obraz swobód obywatelskich, które miał gwarantować cień sztandaru, nazbyt często w historii przemieniał się w okrutną karykaturę. Wbrew nawoływaniom włoskiej pisarki wiemy, iż nawet miłość bywała wykorzystywana dla celów uświęcanych sztandarem i narodowym pożytkiem, które nie były celami dobrymi. Rozumiejąc i w znacznej części podzielając jej krytykę Europy, nie mamy żadnych podstaw, by dawać wiarę jej naiwnym próbom terapii.


Tadeusz Sławek



Autor jest rektorem Uniwersytetu Śląskiego, stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl