Sejm to nasze lustro

JAN JERSCHINA

 

Eksperci z ośrodków badań opinii publicznej – jak sugeruje Agnieszka Kublik w artykule „Niezadowolenie elit” („Gazeta Wyborcza” z 8 października) – są zakłopotani. Nie dość, że nie przewidzieli wyniku wyborów, to nawet ex post mają trudności z ich wyjaśnieniem. Powtarzają co najwyżej, że rezultaty tłumaczyć należy ogólnym niezadowoleniem wyborców – i „mas”, i „elit” – oraz radykalizacją ich poglądów. To płytka, czysto psychologiczna interpretacja.

Spróbujmy wyjaśnić pewne kwestie systematycznie, uciekając się do wyjaśnień nie tylko psychologicznych, ale także socjologicznych i ekonomicznych. 


Farmerzy, etnocentryzm,
autorytaryzm


Najpierw o mylącym uproszczeniu popełnionym przez Agnieszkę Kublik. Pisze ona o elitach, a ma na myśli wyborców z wyższym wykształceniem. A to nie to samo. 
Samoobronę nazywa partią „radykalną”, „populistyczną i demagogiczną”. W istocie Samoobrona reprezentuje przede wszystkim zamożnych rolników. Andrzej Lepper, paradujący w garniturze od Hugo Bossa, ma 60-hektarowe gospodarstwo, a jego najbliżsi współpracownicy też nie są biedni. I nawet nie próbują udawać, że są biedakami. Ich główny cel to – jak wielokrotnie podkreślał Lepper – osiągnięcie takiego stanu, by rolnik wiedział, komu, co, ile, za ile i kiedy sprzeda. Dokładnie taki program prezentują wszyscy zachodni farmerzy – chcą zredukować ekonomiczne ryzyko. Oczekują więc, że państwo udzieli im odpowiednich gwarancji. Postulaty te są w dużej mierze realizowane przez rządy i systemy korporacyjne w Austrii, Niemczech, Holandii. Pełna inwektyw demagogia Leppera trafia, oczywiście, także do innych: do skrajnie niezadowolonych ze wszystkich warstw społecznych. Ale to propagandowa manipulacja. Lepper zdobywa poparcie przede wszystkim dzięki niezdecydowaniu PSL, które nie wie, czy być partią farmerską, czy ugrupowaniem drobnych rolników. 
Ligę Polskich Rodzin traktuje się jako zjawisko niespodziewane i nazywa skrajnie „antyeuropejską i prawicową”. To błąd terminologiczny i interpretacyjny. Liga to nie partia prawicowa (w sensie: konserwatywno-liberalna), lecz ugrupowanie żerujące na etnocentryzmie – od antysemityzmu po inne ksenofobiczne uczucia. To partia nienawiści do „obcych” pod względem narodowym i religijnym, w kraju i poza nim. Jak wynika z moich badań1, przeprowadzonych kilkakrotnie w latach 1993-97, ok. 20 proc. Polaków żywi wysoce etnocentryczne postawy. W elitach (w ścisłym znaczeniu tego słowa; węższym niż osoby z wyższym wykształceniem) jest ich 8 proc. LPR, czyli partia ksenofobiczna, wiele zyskała dzięki rozpadowi Akcji Wyborczej Solidarność, która zagospodarowała ten elektorat w poprzednich wyborach. Co więcej, partia ksenofobiczna może uzyskać w przyszłości nawet 15-20-procentowe poparcie wyborców. 
Sukces „Prawa i Sprawiedliwości”, z jego represywnymi ideami w dziedzinie prawa i walki z przestępczością, należy uznać za umiarkowany, jeśli weźmiemy pod uwagę wyniki wspomnianych już badań z lat 1993–1997. Postawy wysoce autorytarne i represywne charakteryzują ok. 25 proc. dorosłych Polaków. Dziwić powinien zatem nie aktualny sukces PiS, lecz fakt, że dopiero teraz pojawiła się taka partia. To „opóźnienie” można tłumaczyć tym, że w przeszłości Polacy o postawach represywnych lokowali swe poparcie w radykalnie antykomunistycznej i uprawiającej autorytarną demagogię AWS. Po jej rozpadzie powstała próżnia i miejsce dla PiS.


Niezdecydowani zostali w domu


Umiarkowany sukces Platformy Obywatelskiej, partii przedsiębiorców oraz osób ze średnim i wyższym wykształceniem, też nie jest dowodem na radykalizację czy „skręt na lewo” mas lub elit. Platforma uzyskała gorszy od oczekiwanego rezultat, bo nie odwołała się jednoznacznie do małych i średnich przedsiębiorców. Uprawiała raczej promocję polityczną o charakterze personalnym i ogólnikowo-psychologicznym – „wyzwalała energię wyborców”. Często budziło to uśmieszek ciężko pracujących małych przedsiębiorców, którzy potrzebują zmian w polityce gospodarczej państwa, a nie psychoterapii. Poza tym PO kojarzona bywa z interesami wielkiego kapitału i zagranicznych inwestorów, które niekiedy wchodzą w konflikt z drobnym kapitałem (np. sprawa hipermarketów). W przyszłości scena polityczna ukształtuje się w zależności od tego, kto – SLD-UP czy Platforma – pozyska większość tego licznego elektoratu.
W ostatnich dwóch latach Unia Wolności skupiła się na wewnętrznych konfliktach i wyeliminowała ze swego kierownictwa przedstawicieli liberalnie zorientowanej inteligencji, ewentualnych reprezentantów przedsiębiorców. Zabrakło wyobraźni socjologicznej i politycznej, by dostrzec, że w Polsce znaczna część małych przedsiębiorstw została założona przez ludzi z wyższym wykształceniem. Wraz z wolnymi zawodami i pracownikami średnich i wielkich przedsiębiorstw tworzą oni potężną, liberalnie myślącą o ekonomii warstwę. Część tej grupy przeniosła swe poparcie na PO, część na SLD-UP. 
A jak wytłumaczyć wynik SLD-UP? Warto zwrócić uwagę na frekwencję wyborczą, która wyniosła 46 proc. Nie była ona ani wyższa, ani znacząco niższa niż w poprzednich latach, np. w referendum konstytucyjnym 1997 r. – 43 proc., w wyborach parlamentarnych w 1997 r. – 48 proc. Jedynie w wyborach prezydenckich w 2000 r. uczestniczyło więcej wyborców – 61 proc. Jak widać, kiedy obywatele wybierają między konkretnymi osobami, łatwiej i chętniej podejmują decyzję.
Istotny dla wyniku wyborów był fakt, że zamierzający pójść do urn, ale wahający się co do wyboru partii, w większości postanowili zostać w domu. Dobrym przykładem jest tu województwo opolskie (badania CEM IBRiOP). Przed wyborami chęć pójścia do urn deklarowało 60 proc. mieszkańców tego regionu, w tym ok. 20 proc. nie wiedziało, na jaką partię głosować. Frekwencja w dniu głosowania wynosiła 40 proc. Niezdecydowani zostali więc w domu.


Lęk przed kryzysem


Dwa rodzaje przyczyn spowodowały, że ani SLD-UP, ani inne ugrupowania nie pozyskały zaufania tych niezdecydowanych.
Po pierwsze, w wyniku wydarzeń na finiszu kampanii wyborczej. Należy tu wymienić wezwanie biskupów, by nie głosować na partie nieprzychylne Kościołowi oraz deklaracje kandydata na ministra finansów prof. Belki, że kryzys finansów publicznych zmusza do oszczędności w wydatkach państwa. 
Druga grupa przyczyn tkwi w dezorientacji wyborców, spowodowanej gwałtownymi zmianami w układzie partyjnym. Rozpad AWS, powstanie PO, PiS i LPR, wzrost aktywności Samoobrony oraz powolny marsz Unii Wolności na dno przedwyborczych rankingów – te wydarzenia trudno było ogarnąć nawet wykształconym i zainteresowanym polityką wyborcom. Ale też z tej przyczyny lepiej wykształceni i zorientowani stanowili ostatecznie liczniejszą niż dawniej grupę wyborców. Jak widać, nie trzeba się uciekać do hipotezy o radykalizacji nastrojów elit i mas, by wyjaśnić wyborcze zjawiska. 
Za sukcesem SLD-UP stoją nie tylko ekonomiczne niepowodzenia rządu Jerzego Buzka. W ostatnich latach siła nabywcza znacznej części polskich rodzin przecież rosła – szybciej niż pozwalała na to dynamika wzrostu PKB. I nie ma się co okłamywać: przeciętny wyborca, nawet inteligent, nie wie dokładnie, co to jest PKB i niewiele rozumie z dyskusji ekonomistów. W ciągu ostatnich czterech lat wyjątkowo wielu Polaków, w porównaniu z okresem minionym, kupiło sobie nowe zachodnie auto, wyjechało na zagraniczną wycieczkę, kupiło mieszkanie itd. To nie ubóstwo obudziło niezadowolenie, lecz sygnały, że może być gorzej, że trudniej będzie spłacić zaciągnięte kredyty. 
Niezadowolenie wywołane zostało głównie przez niepokój klasy średniej w szerokim tego słowa znaczeniu – robotników wykwalifikowanych i pracowników umysłowych z i spoza budżetówki. Obawiają się oni, że przyjdzie czas oszczędności i zwolnień. Niezadowolenie i niepokój panują także wśród małych przedsiębiorców. Mamy ok. 1,5-2 milionów małych przedsiębiorstw, co z rodzinami daje ok. 3-4 milionów potencjalnych wyborców! Kondycja ekonomiczna tych firm bardzo się pogorszyła – tu najwcześniej dał o sobie znać nadchodzący kryzys. Media podsycały niepokój: podkreślały wady rządu, przypadki korupcji, zwolnienia ministrów, gabinetowe kłótnie. Polityka informacyjna rządu była nieprofesjonalna. Powstał wizerunek gabinetu nieudolnego, niekompetentnego, a nawet nieuczciwego. Ostatnia decyzja premiera o zwolnieniu ministra finansów tuż przed wyborami była politycznym faux pas, które ostatecznie popsuło wizerunek rządu.
Natomiast SLD-UP od kilku lat, zwłaszcza podczas kampanii wyborczej, kreowała wizerunek partii broniącej tych, którzy czują się zagrożeni oraz strażnika interesów małych przedsiębiorstw, zrozpaczonych polityką gospodarczą UW i AWS. Tak widzą tę koalicję także ci, którzy stracili pracę lub nie zdobyli jej po zakończeniu edukacji. SLD-UP, choć podczas kampanii wyborczej popełniła sporo błędów w dziedzinie marketingu politycznego, to jednak w jednej kwestii trafiła w dziesiątkę: zbudowała sobie wizerunek partii, która ma jasno sformułowane cele, chce działać na rzecz redukcji bezrobocia i bronić najuboższych, zarazem poprawiając warunki gospodarowania małych przedsiębiorstw.


To nie radykalizacja,
to rzeczywistość


Podsumujmy nasze rozważania. 
W artykule Agnieszki Kublik prof. Lena Kolarska-Bobińska interpretuje wyniki wyborów jako przejaw radykalizacji warstw ze średnim i wyższym wykształceniem. Przez radykalizację rozumie, jak się wydaje, wysoki wynik SLD-UP (radykalizacja = wzrost siły orientacji radykalnie lewicowej) i sporą liczbę głosów oddanych na Samoobronę, LPR i PiS. Moim zdaniem wcale nie mamy do czynienia z radykalizacją.
SLD-UP uzyskał wynik nieco wyższy niż w poprzednich wyborach (1993 i 1997), ale nie na tyle wyższy, by mówić o skokowej i jakościowej zmianie w postawach politycznych Polaków. Sojusz jest od lat silną partią, a w tych wyborach przyciągnął nieco dawnych zwolenników innych ugrupowań, w tym AWS i UW. Przyciągnął ich programem nie tyle radykalnie lewicowym, co socjal-liberalnym. Radykalnie lewicowa PPS poniosła w wyborach sromotną klęskę. 
Samoobrona to rezultat politycznej instytucjonalizacji ekonomiczno-politycznego ruchu zamożnych rolników. W przypadku LPR instytucjonalne ramy przybrał ruch ludzi od dawna kultywujących etnocentryzm i ksenofobię, a PiS to wynik isntytucjonalizacji od zawsze niemal obecnych w Polsce grup o postawach autorytarnych i represywnych. Jesteśmy przecież krajem, w którym zwolenników kary śmierci jest kilkakrotnie więcej niż jej przeciwników. 
Każdy z tych ruchów i każda z tych partii ma zwolenników wśród mas z podstawowym wykształceniem, wśród wiecznie sfrustrowanych ze średnim wykształceniem oraz swe inteligenckie i elitarne reprezentacje. Tak było od dawien dawna.
Mamy więc Sejm, w którym możemy się przejrzeć jak w lustrze. Tacy po prostu jesteśmy, a badacze-inteligenci i dziennikarze-inteligenci dopiero teraz przecierają oczy. Robią to zresztą niechętnie. Efektowne tezy o radykalizacji nie mają nic wspólnego z rzeczywistością – wynikają z niechęci do przyznania się, jacy byliśmy już dawniej i jacy jesteśmy teraz. Pewnie tacy będziemy też w przyszłości. O orientacjach politycznych będą decydować interesy ekonomiczne i głęboko zakorzenione resentymenty etniczne i polityczne. Nowym, potężnym aktorem sceny politycznej staje się drobnomieszczaństwo, „drobnomieszczaniejący” inteligent i mały przedsiębiorca. Może niezbyt to sympatyczny obraz „charakteru narodowego”. Ale to już rzecz gustu, a gust nie jest przedmiotem obiektywnej, powyborczej analizy socjologicznej.


Autor jest docentem socjologii, wykładowcą w ISP UJ i dyrektorem prywatnego Instytutu Badań Rynku i Opinii Publicznej CEM w Krakowie.


1 Por. J. Jerschina, „Postawy etatyzmu ekonomicznego, autorytaryzmu, nacjonalizmu i orientacje na przedsiębiorczość w Polsce na tle krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Elity i społeczeństwa” w: P. Sztompka (red.) „Impoderabilia wielkiej zmiany”, Warszawa-Kraków, 1999.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl