Wspomnienie o księdzu Bardeckim

Sługa nas wszystkich

KS. PIOTR GĄSIOROWSKI

 

„Jeżeli bowiem żyjemy, żyjemy dla Pana, jeżeli zaś umieramy, umieramy dla Pana. I w życiu więc, i w śmierci należymy do Pana”. Sądzę, że próżno szukać słów, które lepiej oddawałyby postać ks. Andrzeja Bardeckiego. Doświadczany różnorako, realizujący swoje kapłaństwo na wiele sposobów, nie żył dla siebie, ale dla innych. Nie koncentrował się na swoich potrzebach, lecz przed nimi dostrzegał potrzeby innych. Nie podkreślał własnego cierpienia, raczej starał się pocieszać innych. Swój własny sukces przekazywał innym. Żył dla swoich współpracowników, przyjaciół, sąsiadów i ludzi, których czasami wcale nie znał.
Obok jego działalności nie można było przejść obojętnie. Tak jak nie można było zlekceważyć jego zaangażowania ekumenicznego. Nie tylko popierał ideę ekumenizmu, ale żył dla niej. I tylko dzięki takim ludziom jak ks. Bardecki ekumenizm był i pozostanie żywy. Tylko wówczas, gdy – jak on – nie tylko będziemy popierać założenia ruchu ekumenicznego, ale będziemy umieli żyć dla nich, zbliżenie między Kościołami będzie stawało się rzeczywistością. Był On nie tylko kościelnym funkcjonariuszem oddelegowanym do spraw kontaktów ekumenicznych, ale Sługą swojego Kościoła i usługiwał nam wszystkim. Swoją mądrością, wnikliwością i wiernością. Skromny, nie szukający uznania, szukał w bogactwie innych Kościołów sposobu na ubogacenie swojej własnej wiary i pobożności. Nie obawiał się krytyki, sprzeciwów, bo żyjąc, żył dla Pana. Przez wielu znany jako orędownik prawdy, która nawet jeśli czasami miała bolesny wymiar, przekazywana z wrażliwością i pokorą była łatwiejsza do przyjęcia. Wraz z ks. Andrzejem odchodzi pewna epoka ekumenizmu. Ruchu, którego na ziemi krakowskiej był prekursorem i na stałe zapisał się w jego historii. 
Zetknąłem się z ks. Bardeckim na początku mojej posługi duszpasterskiej. Mając tylko dwuletnie doświadczenie kapłańskie uczyłem się od niego pokory. Był człowiekiem i kapłanem nieprzeciętnym, jednak nie dawał tego po sobie poznawać. Przystępny i przyjacielski, zachęcał i ośmielał, pozwalał się uczyć i uczył. Z pewnością takim pozostanie w pamięci tych wszystkich, którzy go znali. Z pokorą i wdzięcznością w ekumenicznym gronie, zginamy nasze kolana w modlitwie dziękując Stwórcy, że mieliśmy przywilej znać i służyć z tym, który i w życiu, i w śmierci do Pana należał.


Autor jest proboszczem parafii Kościoła Ewangelicko-Metodystycznego w Krakowie.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl