A mój syn

Nie rozdzierać zasłon

JACEK PODSIADŁO

 

A mój syn nie całkiem jeszcze pojmuje naturę sekretu. Idziemy na przykład w gości, wkładamy buty i zauważa: „O, masz dziurę w skarpetce!” „Tak, ale umówmy się, że to będzie nasz sekret, ok.?”. „Ok.” Opanowałem do perfekcji technikę takiego wdziewania skarpet, że dziura, czy to na pięcie, czy na dużym palcu, ostatecznie znajduje się na stopie. Przychodzimy. „Cześć. Co nowego?” „Nic. A u was?” „Jakoś leci”. „A u ciebie, Dawidku?” „Nauczyłem się grać w warcaby. Tata ma dziurę w skarpetce”. Zapytany, jak minął dzień w przedszkolu, odpowiada: „Fajnie. Były panie studentki i wymyślały różne zabawy. Na obiad była pomidorowa i kopytka. Prawie nikt nie chciał kopytek, więc zjadłem całą porcję, żeby pani kucharce nie było przykro”. „A Natalka była dziś w przedszkolu?” „Była i znowu mnie całowała. Ale to tajemnica”. 
Podoba mi się idiom mówiący o „noszeniu w sobie brzemienia tajemnicy”. Bo wszelki sekret, choć bywa radością, częściej jest obciążeniem psychiki. Trudniej by mi było pojąć pęd mojego syna do rozgłaszania tajemnic, gdybym sam nie był kiedyś dzieckiem. Szczęśliwie co nieco pamiętam. Pamiętam na przykład wakacje, gdym, poszukując skarbów templariuszy w nieukończonym budynku w sąsiedztwie, odkrył w przytkanym cegłą przewodzie kominowym skarb w postaci napoczętej paczki papierosów. Metodą długiego leżenia plackiem na stropie i czołgania się wytropiłem templariusza przebranego za moją starszą siostrę cioteczną popalającą cichaczem deesy. Czołganie szło mi kiepsko i siostrunia zobowiązała mnie specjalną przysięgą templariuszy do dochowania tajemnicy. Zanim dyskretnie opowiedziałem o tym mamie, stoczyłem ze sobą długą, półgodzinną walkę. Było to potwornie długie pół godziny. Mama dyskretnie przekazała donos ciotce, która niezwłocznie i już bez zbędnej dyskrecji spuściła córce lanie. A ta obraziła się na mnie na cały tydzień. 
„Pani nasza pokazała nam morze ognia, które wydawało się znajdować w głębi ziemi, widzieliśmy w tym morzu demony i dusze jakby były przezroczystymi czartami lub brunatnymi żarzącymi się węgielkami w ludzkiej postaci. (...) Padały na wszystkie strony jak iskry w czasie wielkich pożarów, bez wagi, w stanie nieważkości, wśród bolesnego wycia i rozpaczliwego krzyku. Na ich widok można by ogłupieć i umrzeć ze strachu” – tak jedna z Trojga Niewiniątek z Fatimy, Łucja, opisała fragment objawionych im Tajemnic. Podziwiam tamte dzieci do tego stopnia, że ich nie rozumiem. Nie wiem, jak można było unieść ciężar takich Tajemnic, a jedną z nich nosić w sobie, jak Siostra Łucja, przez całe życie. I nie pojmuję, dlaczego Maryja obierała na wtajemniczonych właśnie dzieci. W ich sile jest coś nie tylko niedziecięcego, ale wręcz nieludzkiego. Nie tylko, gdy chodzi o Wielkie Tajemnice, ale też gdy chodzi o małe, dziecinne sekrety. „Z rana – wspomina Łucja Hiacyntę – znalazłam ją bardzo zmienioną i zapytałam, czy się czuje gorzej. »Tej nocy – odpowiedziała – miałam wielkie bóle i chciałam złożyć ofiarę Panu Jezusowi przez nieprzewracanie się w łóżku, i dlatego wcale nie spałam«”. Łatwiej mi już zrozumieć dzieci z Medjugorje, które szczególnie długo dochowały tej samej tajemnicy, którą ukrywała i moja cioteczna siostra. Podczas pierwszego z (cudownych, rzekomych – niepotrzebne skreślić) objawień Matka Boska zwyczajnie przyłapała je na paleniu. Ale to pewnie dlatego mi łatwiej, że cudowny znak nigdy nie był mi dany, za to widziałem ciotkę w akcji. 
Jeśli wolno mi bezceromonialnie przechodzić od spraw małych do wielkich i z powrotem, to jeszcze jednego u mojego dziecka nie rozumiem. Jego poczucia wstydu, tego wstydu, co go mamy od Adama. Jest już w takim wieku, że od dłuższego czasu nie pozwala asystować sobie w toalecie. I bardzo dobrze. Ale kiedy idziemy przez miasto (ok. 100 tys. mieszkańców i ok. 2 toalety publiczne) i zachce mu się siku, oznajmia: „Pójdę pod drzewo”. Ściąga na środku miasta spodnie i wywijając siusiakiem na prawo i lewo, bo tak jest ciekawiej, podlewa uszczęśliwione drzewko. Piszę o tym, bo moją Wielką Tajemnicą jest moje własne dziecko. Mam nadzieję, że każdy ma taką, na jaką sobie zasłużył i z jaką jest w stanie żyć. 
Choć tajemnice mają taką naturę, że męczą i swych nosicieli, i tych, którzy nie mogą ich przeniknąć, mamy szczęście, że są. Świat bez tajemnic byłby pustą skorupą, jajkiem-niespodzianką, w którym znaleźć można tylko Nic. Pointa na dziś nie będzie pochodziła ode mnie, ale od autora, który otworzył mi oczy na walory niewiedzy i tajemnicy. Szwajcarski literaturoznawca Pierre-Olivier Walzer w „Żywotach świętych z Jury” mały rozdzialik poświęca biskupowi Bazylei Rudolfowi II, który zginął za wiarę podczas ofensywy Hunów w 917 roku. Raczej nie znajdziecie go w żadnych innych „żywotach”, bo też nic o jego żywocie nie wiadomo. Nie zostały po nim nie tylko żadne relikwie czy pisma, ale choćby wzmianka w jakichkolwiek zachowanych dokumentach. Co więcej, pomija go nawet pracowicie sporządzony indeks biskupów Bazylei Vautreya, gdyż ledwie Rudolf objął swój urząd, przyszło mu oddać życie. Że w ogóle istniał, poświadcza jedynie napis na sarkofagu w katedrze w Bazylei: RUODOLFUS EPISCOPUS A PAGANIS OCCISUS XIII.KL. AUGUSTI. Czyli, jeśli dobrze rozumiem: „Biskup Rudolf zamordowany przez pogan”. Walzer poświęca Rudolfowi poetycką modlitwę własnego autorstwa. Polecam ją funkcjonariuszom UOP-u z sekcji inwigilacji i podsłuchu, można wyciąć i powiesić nad biureczkiem. W przekładzie A. Olędzkiej-Frybesowej idzie ona tak:
„Święty Rudolfie, o którym nie wiadomo nic poza samym imieniem, choć jesteś świętym nieznanym, niezliczone są twoje w stosunku do nas zadania. Naucz nas oto chronić tę cząstkę tajemnicy, która jest we wszystkim obecna, wsłuchiwać się w mgliste słowa wyroczni i głosów tajemnych, w szum wiatru nad taflą rzeki, w szept wody sączącej się w wapiennych grotach, świst skrzydeł krogulczych jesienią, bezsłowną mowę ryb, otwierać oczy na ukryte znaczenie przedmiotów, odczytywać ślady, które na niebie zostawia szalony lot jerzyków, na śniegu – zajęcze tropy i racice dzików, odkrywać w ich gnieździe zwierzęta zrodzone w wyobraźni, jak gryfy i smoki latające, nie odmykać wszystkich zasuw i nie otwierać siłą wszystkich zamków, pozostawiać pytania bez odpowiedzi i przesłanki bez wniosków, uznawać także wielkich wtajemniczonych, guru i hierofantów, nie rozdzierać wszystkich zasłon, szanować Boskie sekrety i Boskie milczenie, umierać z zaciśniętymi ustami, pozostawiać po sobie, tak jak ty, tylko zwykły kamień, niczym nie splamiony”.
Niech twoje imię, święty Rudolfie II, bazylejski biskupie, będzie pochwalone!

Jacek Podsiadło
 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl