Niedziela z Owsiakiem

JANINA OCHOJSKA

 

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy jest czymś więcej niż organizacją zbierającą środki na zakup sprzętu medycznego. Przez 10 lat swojego istnienia nie tylko zebrała ponad 120 mln zł, wyposażyła w sprzęt ponad 400 szpitali, ale także wpłynęła na zmianę postaw społecznych. Co roku w pracę na jej rzecz angażuje się kilkadziesiąt tysięcy ludzi – jeżeli tę liczbę pomnożyć przez liczbę finałów, wkrótce dojdzie do miliona. Dla Orkiestry pracują profesorowie uczelni, lekarze, dziennikarze, rockmeni i gospodynie domowe, a przede wszystkim – tak często krytykowana za rzekomą obojętność – młodzież. W małych miasteczkach i w dużych miastach wszyscy włączają się w wielki ruch społeczny, przekonani, że nie należy czekać, aż państwo zrobi coś za nich. A że nie jest to aktywność jednodniowa, mogę zaświadczyć, bo wielu stałych wolontariuszy Polskiej Akcji Humanitarnej rekrutuje się spośród wolontariuszy Jurka Owsiaka.
Jurek przyciąga ich entuzjazmem i prawdą tego, co robi. Nikogo nie udaje, nie wciska jakichś sentymentalnych i poruszających historyjek – pozostał sobą. Każdemu daje szansę zrobienia czegoś konkretnego. Każdemu. Chcesz ratować życie dzieci z wadami serca czy potrzebujących skomplikowanych przeszczepów? Możesz wylicytować serduszko, zorganizować koncert, albo na mrozie, czasem narażony na zaczepki i ordynarne odmowy niezadowolonych, zbierać pieniądze.
Ale podziwiam Jurka także za to, czego się w ciągu dziesięciu lat nauczył. Wbrew pozorom, jego praca nie ogranicza się do sprawnego zorganizowania dwóch gigantycznych imprez w roku (drugą jest „Przystanek Woodstock”). Wiele miesięcy trwa przygotowanie zbiórki, a potem rozliczenie się z niej, przetargi na sprzęt – żeby kupić go jak najtaniej, dystrybucja... Ciężka praca, związana z ogromną odpowiedzialnością. Sam Jurek mówił o tym w wywiadzie dla „Tygodnika”, kiedy otrzymał Medal św. Jerzego: „Najgorszy jest słomiany zapał. Koleżkowie z branży rockowej mówili: »ty, raz wyszło, daj sobie spokój«. Cholera mnie bierze, jak słyszę, że na początku to było fajowo, entuzjazm, a teraz segregatory, rachunki. No a jak inaczej? Jak mam się rozliczyć? W szufladzie mam kasę trzymać?” Opowiadał także o czymś, co spotyka wielu działaczy organizacji pozarządowych: o listach, które czasem musi pisać. „Z przykrością zawiadamiamy, że Fundacja nie przyzna pani 50 tys. dolarów na operację pani dziecka, bo pieniądze, zgodnie z naszym statutem i wolą ofiarodawcy, są przeznaczane tylko na zakup sprzętu medycznego”. Jurek komentował: „Co to znaczy? »Skazujemy pani dziecko na śmierć. Jurek Owsiak«. Ona pieniędzy nie dostanie od nikogo innego, lekarz powiedział, że jedyna szansa to operacja we Francji, a ja mam kupę szmalu i nie mogę jej dać ani grosza”.
Niedziela z Owsiakiem to jednak przede wszystkim odtrutka na peerelowską sztampę „czynów społecznych”, gdzie robienie czegoś dla innych było nudne i wymuszone. Myślę o setkach miejscowości, gdzie odbywają się przygotowania do finału Orkiestry: wyobrażam sobie te spotkania w domach kultury, szkołach, w gminach, na których wymyślane są różne sposoby skutecznego i atrakcyjnego zbierania, gdzie ludzie zastanawiają się, jak się Owsiakowi (i Polsce) najlepiej pokazać; co takiego mu dać, co wywrze największe wrażenie – samolot, konia, tort w kształcie serca, balony, pokazy najróżniejszych sprawności, mecz, dekoracje miasta, przebrania... Ludzie chcą być lepsi, a Jurek im to umożliwia. 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl