Szybkie zwycięstwo


Kiedy 7 października pierwsze rakiety spadły na obozy Al Kaidy i reżim talibów, wielu ekspertów, nie tylko rosyjskich, ale i zachodnich prorokowało, że operacja USA skończy się jak interwencja sowiecka (1979-89), albo przynajmniej potrwa długo i zmusi Amerykanów do wysłania armii lądowej, nawet pół miliona żołnierzy, a efekt będzie i tak niepewny. Tymczasem choć „długa kampania” (Bush) przeciw terroryzmowi trwa, jej etap afgański dobiega końca: po dwóch miesiącach reżim talibów rozpadł się, rządy przejęła opozycja, a 22 grudnia zaprzysiężono nowy rząd, współdziałający z międzynarodowymi wojskami pokojowymi. Dlaczego USA osiągnęły tak szybkie zwycięstwo w tej „wojnie asymetrycznej”? Prof. Lothar Rühl, politolog i wybitny niemiecki specjalista z dziedziny wojskowości, podaje w dzienniku „Frankfurter Allgemeine” pięć przyczyn: 
1. Sytuacja była odwrotna niż podczas interwencji ZSRR: to talibowie i ich „Legia Cudzoziemska” (Al Kaida) musieli bronić miast i linii komunikacyjnych, w defensywie i bez szans na doprowadzenie do znużenia przeciwnika i zadania mu strat; cały czas strategiczna inicjatywa była po stronie USA i współdziałającej z nimi antytalibskiej opozycji. 
2. Początkowo USA używały myśliwców bombardujących i ciężkich bombowców w ograniczonej liczbie (sto lotów myśliwskich dziennie i tuzin bombowych), mniej niż w Kosowie. Obrona talibów, składająca się ze starych dział przeciwlotniczych i rakiet, obsługiwanych przez żołnierzy źle wyszkolonych i dowodzonych, nie była w stanie zestrzelić ani jednego samolotu, mimo że operowały (inaczej niż w Kosowie) nisko, poniżej 4500 m, uznawanych za granicę bezpieczeństwa.
3. Ciężar operacji powietrznych spoczywał cały czas na samolotach, startujących z trzech lotniskowców (ich piloci byli w o tyle gorszym położeniu niż Sowieci, że mieli do celu 700-1000 km i tankowali w powietrzu). Śmigłowców Amerykanie używali oszczędnie i ostrożnie, inaczej niż Sowieci. W samym Afganistanie śmigłowce (ani jeden nie został zestrzelony) rozlokowano późno i tylko tam, gdzie teren był przejrzysty, pod kontrolą piechoty morskiej. Takie stopniowe wprowadzanie nowych sił, pod osłoną lotnictwa oraz mobilnych i ofensywnych, a przy tym nielicznych baz na lądzie okazało się w starciu z przeciwnikiem słabym i źle zorganizowanym rozwiązaniem optymalnym dla uniknięcia strat i skutecznego zwalczenia wroga. Ta ekonomia środków umożliwiła prowadzenie działań odpowiednich do aktualnej sytuacji, i to przez dłuższy czas.
4. Amerykańskie bomby i rakiety są z innej epoki niż sowieckie: cechuje je precyzja i niezawodność, skoncentrowane oddziaływanie i ograniczone zniszczenie otoczenia celu. Przy sprawnym dowodzeniu i naprowadzeniu na dobrze określony cel (dzięki informacjom zwiadowczym) daje to 80- do 90-procentową skuteczność. Dzięki temu nawet ograniczone naloty (nie były to żadne „naloty dywanowe”) prowadziły do sukcesów taktycznych. Przykłady: 13/14 grudnia w ciągu 48 godzin samoloty zrzuciły 420 bomb; 16 grudnia 120 bomb spadło na kompleks Tora-Bora. Było to niewiele, ale naloty odniosły sukces. Podobnie było w październiku, gdy w ciągu 4 tygodni zniszczono umocnienia talibskiego frontu północnego, umożliwiając ofensywę opozycji.
5. Sama operacja lotnicza nie musi prowadzić do sukcesu politycznego, ani nie musi zniszczyć siły przeciwnika. W Kosowie taktyczna „wojna powietrzna” przeciw mobilnym i dobrze ukrytym oddziałom serbskim okazała się mało efektywna. Natomiast w Afganistanie Amerykanie dysponowali operującymi na ziemi siłami specjalnymi, których żołnierze prowadzili rozpoznanie, określali cele i naprowadzali na nie samoloty, korygując potem skutki nalotów. Takiego współdziałania lotnictwa z siłami specjalnymi nie było w Kosowie, ani podczas interwencji sowieckiej.


WP

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl