Wraca nowe, w nowych czasach

MICHAŁ ZIELIŃSKI

 

Po czterech latach znowu mamy koalicję SLD-PSL (z Unią Pracy na przyczepkę). Znowu zatem „wróciło nowe”. To stare powiedzonko jest tym bardziej aktualne, że „obydwie trzy partie” twierdzą, że są „nowe” i całkiem inne niż przed 1997 rokiem. Nowa i całkiem inna jest także sytuacja gospodarcza.



Jak owa „nowa” koalicja postępować będzie w tej nowej sytuacji jest ciągle sprawą otwartą. Przewidywać można tylko jedno – nie będzie łatwo.

Bilans otwarcia
Wbrew potocznej opinii kondycja gospodarki wcale nie jest zła. Dynamika produkcji wynosi 2-2,5 proc. Jest to wprawdzie mniej niż w przeszłości, ale – na tle nienajlepszej sytuacji w świecie – ciągle sporo i wiele krajów europejskich takiego tempa nam zazdrości. Do plusów zaliczyć można także stały wzrost eksportu i zmniejszanie ujemnego salda obrotów bieżących bilansu płatniczego (po raz pierwszy od pięciu lat spadł on poniżej 5 proc. PKB), malejącą inflację i stabilny kurs złotego. Wszystkie te pozytywy są dzisiaj często lekceważone i uważane za drugorzędne. Ile są jednak naprawdę warte, wiedzą tylko ci, co je utracili.
Oceny ekonomiki koncentrują się na dwóch, zdecydowanie złych parametrach: deficycie budżetowym, który bez radykalnych zmian osiągnąć może kwotę rzędu 90 mld zł, czyli 11 proc. PKB, i stale rosnącym bezrobociu, które w przyszłym roku dotknąć może 20 proc. ludności w wieku aktywności zawodowej.
Sytuację komplikuje fakt, że obydwa te zagrożenia były – przez SLD bardzo długo, a przez PSL do dziś – lekceważone. Zamiast uczciwego przedstawienia wyborcom stanu faktycznego mówiono, że „trzeba przyśpieszyć wzrost gospodarczy”, sugerując, że po takim przyśpieszeniu wszystkie kłopoty znikną (a „na wierzbie wyrosną gruszki”). Tymczasem prosty rachunek pokazuje, że cudów być nie może. Polski Produkt Krajowy Brutto zbliżą się do poziomu 800 mld zł. Każdy dodatkowy procent wzrostu to 8 mld zł, z czego ok. 1,5 mld zł powiększa dochody budżetowe. Jak łatwo zauważyć, nawet gdybyśmy bili dzisiaj rekordy świata osiągając dynamikę produkcji rzędu 5-6 proc., budżet zyskał by około pięciu miliardów. Sporo, ale dalece za mało, aby zatkać 90 miliardową dziurę. 
Prawdopodobieństwo takiego przyspieszenia wzrostu jest zresztą bardzo małe. Gospodarka polska jest coraz bardziej uzależniona od koniunktury światowej. A ta rządzi się swoimi prawami i jest dość odporna na zaklęcia polskich polityków. Sceptycznie oceniać trzeba także możliwości pobudzania wzrostu poprzez politykę gospodarczą. Wszystkie cudowne recepty, jakie tutaj zaproponowano sprowadzają się do dodatkowej emisji pieniądza, zaś różnica między LPR i Samoobroną, a „pobudzaczami” z SLD, polega jedynie na skali i sposobie – barbarzyńskim lub bardziej cywilizowaym – kreowania owego dodatkowego popytu.
Niestety, świat nie jest ani tak prosty, ani tak piękny. Źródłem bogactwa narodów nie jest maszyna drukarska. I większość czołowych polityków Sojuszu dzisiaj już o tym wie.

Zakładnicy elektoratu i konkurencji
Nie ma jednak pewności, iż wiedza ta dotarła do elektoratu partii tworzących koalicję. Raczej przeciwnie. Przypuszczać można, że większość wyborców głosowała na SLD i PSL nie po to, aby doczekać czasów „krwi, potu i łez”, lecz dlatego, że chciała jeść obiecane gruszki. Co zrobi, kiedy przekona się, że owoców nie ma?
Prognozować można trzy zjawiska polityczne, rzutujące także na politykę gospodarczą. Pierwsze to spadek poparcia dla ekipy rządzącej, która podnosi podatki, likwiduje szereg świadczeń i zamraża płace. Tworzyć to będzie idealny klimat dla populistycznej propagandy Samoobrony i LPR. Slogan „Balcerowicz musi odejść” łatwo zamienić najpierw (to już dało się słyszeć) w zawołanie „Belka musi odejść”, a potem w „Miller musi odejść”.
Kolejna sfera napięć wiąże się z rosnącą siłą opozycji wewnętrznej. Jedna czwarta Rady Naczelnej PSL była przeciwna wejściu tej partii do rządu. W oczywisty sposób politycy ci uważają, że ustawienie się w pozycji krytykującej opozycji dałoby znacznie większe zyski polityczne. Także im osobiście, bowiem fakt, że Jarosław Kalinowski otrzymał mniej głosów niż Andrzej Lepper tworzy znakomitą okazję do zmian na szczytach partyjnej władzy.
Opozycja wewnętrzna w łonie koalicji nie ogranicza się tylko do „twardych chłopów z PSL”. „Za, a nawet przeciw” jest większość posłów Unii Pracy i sporo lokalnych działaczy SLD. Że nie jest to aniewielki margines przekonuje lektura „Trybuny”, która o polityce „socjoliberalnej” pisze z obrzydzeniem większym nawet niż „Nasz Dziennik”.

Jaka przyszłość?
Możliwe są dwa scenariusze. Optymistyczny zakłada, że koalicja prowadzona twardą ręka przez Leszka Millera utrzyma wewnętrzną spójność, przeprowadzi niezbędne zmiany oraz wytrzyma fazę ostrej krytyki i spadku popularności. Wtedy po dwóch-trzech latach może zacząć odzyskiwać poparcie, dodatkowo pozyskując nowych wielbicieli w kręgach inteligenckich.
Jak jednak uczy doświadczenie – także poprzedniej koalicji – co najmniej równie możliwe jest uleganie presji społecznej i powrót do polityki rozdawnictwa. Ponieważ jednak za dużo do rozdawania nie będzie, przyniesie to małe i krótkookresowe zyski polityczne. Zaś w perspektywie dłuższej zepchnie Polskę w stronę przewlekłej recesji gospodarczej i władzy autorytarnej. Łukaszenkowska Białoruś może to jeszcze nie będzie, coś na kształt Słowacji za rządów Meciara wcale wykluczone nie jest. Pierwszym – i na pewno nie ostatnim – testem będzie budżet. Jego kształt dość wyraźnie pokaże, który scenariusz chce realizować „nowa” koalicja.
A to, jak grać będą aktorzy, to już całkiem inna kwestia.

Michał Zieliński

 



 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl