Uderzenie nie odwet

EDWARD N. LUTTWAK z Waszyngtonu

 

To było nie do uniknięcia: kiedy talibowie odmówili spełnienia amerykańskich żądań, rozpoczęły się naloty. Atak mogłoby powstrzymać tylko wydanie Stanom Zjednoczonym Osamy bin Ladena, ale najlepszą ofertą, jaką złożyli talibowie, było postawienie go przed jakimś islamskim sądem, co oczywiście było nieadekwatną odpowiedzią na amerykańskie ultimatum. Teraz już nie ma mowy o tolerowaniu talibów w zamian za żywego lub martwego bin Ladena – klęska ich reżimu stała się strategicznym celem Stanów Zjednoczonych i niezmiennym zobowiązaniem prezydenta Busha.
Cele nalotów były łatwe do przewidzenia: w pierwszej kolejności obrona przeciwlotnicza, kilkanaście myśliwców, potem centra dowodzenia w Kandaharze, Dżalalabadzie, Kabulu, Kunduzie i najbardziej wysuniętym na północ Mazar-i-Szarif oraz magazyny amunicji, potrzebnej talibom do walki z opozycyjnym Sojuszem Północnym. To sedno sprawy – naloty nie zakończą się zniszczeniem systemu wojskowego talibów, bo takowy nie istnieje. Bombardowanie odniesie skutek dopiero wtedy, gdy dostatecznie wspomoże Sojusz Północny w walce z talibami na lądzie. Wielką siłą tych ostatnich były pieniądze, które otrzymywali od panującej rodziny saudyjskiej – jako nagrodę za przyjęcie najbardziej nietolerancyjnego islamu wahabickiego, preferowanego przez Saudyjczyków. W ubiegłym tygodniu rodzina saudyjska przestała wspomagać finansowo talibów po tym, jak Pakistan – od którego kupowano za saudyjskie pieniądze broń i amunicję – odciął dostawy do baz reżimu. 
Teraz, gdy najemnicy uzbeccy, żołnierze tadżyccy i afgańscy szyici-Hazarowie, tworzący Sojusz Północny, są hojnie zaopatrywani w broń, amunicję i paliwo przez Federację Rosyjską (z pomocą USA), szala zaczyna przechylać się na ich stronę. W tym czasie talibowie, pozbawieni saudyjskich środków, nie są już w stanie kupić nie tylko broni, ale także wierności lokalnych watażków – przegrywając również w tej afgańskiej wersji „polityki koalicyjnej”.
Oprócz innych czynników wynik wojny w Afganistanie zależy od spójności i determinacji Sojuszu Północnego – to niezbyt uspokajająca perspektywa, biorąc pod uwagę znane z przeszłości skłócenie opozycji. Przypomnijmy, że Kabul znalazł się w rękach talibów po tym, jak Tadżykowie i Uzbecy zniszczyli sporą część miasta, odpalając rakiety przeciwko sobie.
Amerykańscy i rosyjscy patroni wynagrodzą Sojusz Północny, jeśli ten będzie walczył, trzymał się razem i wygrywał. USA i ich sojusznicy mają nadzieję, że oferowana przez nich nagroda – nie tylko żywność, pomoc medyczna i humanitarna – przekona inne afgańskie oddziały do przyłączenia się do Sojuszu. W istocie talibowie nie zostaną pokonani, dopóki bliskie im plemiona pasztuńskie nie zdecydują się stanąć przeciwko nim. 
To dlatego wiekowy afgański ex-król jest teraz gorąco namawiany do opuszczenia swej spokojnej rzymskiej siedziby i do uformowania multietnicznego rządu przejściowego. Król, będący Pasztunem, mógłby przeciągnąć na swoją stronę wrogów talibów skuteczniej, niż jakikolwiek przywódca tadżycki, uzbecki czy szyicki. 
Użycie bomb i pocisków manewrujących odnosi skutek tylko wtedy, gdy spowodowana przez nie psychiczna destrukcja przeciwnika stanie się instrumentem efektywnego planu politycznego. Ameryka zwlekała z nalotami nie tylko dlatego, że ustalała listę celów, ale i dlatego, że budowała szeroki sojusz zarówno w samym Afganistanie, jak w świecie. Rozpoczęta właśnie wielka światowa kampania, wymierzona w terrorystów islamskich także w krajach tak odległych jak np. Filipiny, potrwa jeszcze długo. Jej zwycięstwo nie ograniczy się do pokonania talibów: sukces w Afganistanie doprowadzi w końcu do konsolidacji powstałego po 11 września amerykańsko-rosyjsko-chińsko-hinduskiego sojuszu i podkopie morale islamskich fundamentalistów, poprzez wyeliminowanie ich „czarnego bohatera”, Osamy bin Ladena.

7 października 2001 r.

Przełożył MF

Autor jest ekspertem Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych (CSIS) w Waszyngtonie, stale współpracuje z „TP”. 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl