Komentarze
Olaf Osica Inna sytuacja, stare pomysły
Wojciech Pięciak Scenariusze: skok
na UOP i WSI
Krzysztof Burnetko Scenariusze:
gorliwość
Józefa Hennelowa Stan podgorączkowy
Inna sytuacja, stare pomysły
Jeszcze miesiąc temu jedynym powodem dialogu
między NATO a Rosją były względy kultury politycznej. W
cywilizowanym świecie nie wypada bowiem nie prowadzić rozmów
– nawet, jeśli nie ma się sobie niczego do powiedzenia.
To już jednak przeszłość.
W miniony czwartek zgromadzeni w pałacu
d’Egmont w Brukseli dziennikarze dowiedzieli się, że
ostatnie spotkanie prezydenta Putina z sekretarzem generalnym
NATO Robertsonem było„kamieniem milowym” w kontaktach
Rosji z Sojuszem i od tej pory obu partnerów„łączy więcej
niż dzieliło przez ostatnie dwa lata”. Kiedy zaś
lotnictwo USA rozpoczęło bombardowania siedzib Talibów w
Afganistanie, Moskwa pospieszyła z oświadczeniem uznającym te
działania za prawomocne. Niewyobrażalne stało się możliwe?
Wiele na to wskazuje, gdyż obie strony potrzebują swojego
wsparcia bardziej niż kiedykolwiek w ostatnich 10 latach.
Bez Rosji rozpoczęta w weekend operacja byłaby
militarnie trudniejsza, a politycznie ryzykowna. Z kolei dla
Moskwy pozostanie z boku mogłoby znacznie osłabić, i tak już
nadwerężoną, pozycję Kremla w Azji centralnej oraz narazić
Rosjan na polityczne reperkusje ze strony Białego Domu.
Ale stawką, o którą Putin grał w Brukseli,
a wcześniej w Berlinie, jest nie tylko chęć wyjścia z twarzą
i otrzymania carte blanche na działania w Czeczenii. Putin wie,
że zamachy z 11 września mogą stać się początkiem nowego
ładu międzynarodowego. Chce zatem wykorzystać darowane mu
przez kilku terrorystów pięć minut tak, by Rosja odgrywała w
tym procesie rolę współdecydenta, a nie – jak dotąd
– jedynie obserwatora. Liczy też na to, że w obliczu
nowej sytuacji Zachód będzie czuł się zobowiązany do uwzględnienia
rosyjskich pomysłów w kwestiach bezpieczeństwa. Tyle że te
nowe nie są. Rosja chce, aby NATO było organizacją bardziej
polityczną niż militarną. Nie chce rozszerzenia Sojuszu,
chyba że o samą siebie. Zależy jej także na włączeniu się
w politykę obronną Unii Europejskiej. Stworzenie europejskiego
bieguna siły, którego Rosja byłaby wschodnim filarem jest
bowiem odwiecznym marzeniem kremlowskich strategów. Jednak na
ujawnienie konkretnych propozycji Rosja ma jeszcze czas. W końcu
kampania antyterrorystyczna dopiero się zaczęła.
Olaf
Osica
Scenariusze: skok na UOP i WSI?
Wybory 2001, podobnie jak wybory prezydenckie
2000 pogrzebały podziały historyczne – to zdanie weszło
już do kanonu„skrzydlatych słów” języka polskiego.
Może i dla wielu wybierających pogrzebały, ale nie dla
wybieranych, a już na pewno nie dla... SLD. To Sojusz, pielęgnując
historyczne podziały, zapowiadał w programie wyborczym, że
rozprawi się z instytucją, z którą ma wiele historycznych właśnie
porachunków: z Urzędem Ochrony Państwa. Bo jeśli Sojuszowi
na sercu leży ulepszenie specsłużb – a nie ich
zglajszachtowanie i obsadzenie emerytowanymi ubekami – to
powinien o programie swym szybko zapomnieć. Pomysł SLD –
likwidacja UOP i Wojskowych Służb Informacyjnych (WSI) i
utworzenie na ich miejsce osobnych agencji wywiadu i agencji
kontrwywiadu – idzie bowiem pod prąd tendencji w świecie,
zwłaszcza po 11 września.
Wśród głosów krytyki w USA pod adresem
amerykańskich tajnych służb, że nie zapobiegły zamachom,
pojawiły się także postulaty – nie nowe, ale dziś
aktualne – czy wobec nowego charakteru zagrożeń nie
warto zlikwidować mało przejrzystego już podziału na służby
odpowiedzialne za kwestie zewnętrzne (wywiad cywilny CIA) i
bezpieczeństwo wewnętrzne (FBI). Ale że likwidacja CIA i FBI
na razie nie wchodzi w grę, postuluje się przynajmniej
stworzenie ciała nadrzędnego w rodzaju Director of National
Intelligence. Krokiem w tym kierunku było szybkie powołanie
przez prezydenta Busha po 11 września Office of Homeland
Security, na czele z gubernatorem Pensylwanii Tomem Ridge. Biuro
to, podległe prezydentowi, ma koordynować działania
antyterrorystyczne różnych agencji i urzędów.
Nieracjonalny jest też pomysł zlikwidowania
osobnych służb wojskowych (WSI) w sytuacji, gdy armia
podejmuje, razem z innymi krajami NATO, nowe zadania za granicą
(Bośnia i Kosowo). Rzecz charakterystyczna: od kiedy w połowie
lat 90. Bundeswehra zaczęła angażować się poza granicami
Niemiec, niemieccy wojskowi coraz mocniej wskazują na potrzebę
stworzenia osobnego wywiadu wojskowego. Takowego Niemcy bowiem
nie mają (jest tylko kontrwywiad wojskowy), co dziś motywowane
jest już tylko racjami historycznymi – rolą Abwehry
przed 1945 r. – zaś wywiadem wojskowym zajmuje się
cywilny BND. I choć w rozgrywce tej (mającej też podtekst
finansowy i personalny) BND rzecz jasna opiera się planom
Bundeswehry, a kanclerz Schröder milczy (także z obawy przed
kolejnym konfliktem z „zielonym” koalicjantem), to
namiastkę osobnego wywiadu wojskowego szef MON Rudolf Scharping
już stworzył: przeniósł z prowincji do swej bońskiej
siedziby wojskowe Centrum ds. Informacji (Zentrum für
Nachrichtenwesen) – instytucję zajmującą się
zbieraniem i analizą danych wojskowych bez prawa do działań
operacyjnych – i rozbudowuje ją właśnie do takich
granic, na jakie zezwalają mu na razie prawo i budżet.
Wojciech Pięciak
Scenariusze: gorliwość
Tylko w jednym tygodniu aż 5 świeżo upieczonych
parlamentarzystów uciekło przed wymiarem sprawiedliwości
przez furtkę immunitetu. Można oczywiście ubolewać nad
upadkiem honoru polityków (jak się okazuje także tych z
nowego rozdania), wykorzystywaniem potrzebnej skądinąd
instytucji do niecnych celów (nie jest to zresztą pierwszyzna
w dziejach parlamentaryzmu III RP). Najgorsze jednak wydaje się
co innego. Po pierwsze fakt, że to przecież sami wyborcy przez
oddanie głosu na ludzi, przeciwko którym toczą się postępowania
sądowe, zaakceptowali złodziejstwo (bo do tego sprowadza się
niepłacenie długów), fałszerstwo i bezprawne akcje
protestacyjne. Po drugie, że w niektórych przypadkach to sami
sędziowie wskazali nowym posłom sposób na uniknięcie procesu
– z prawniczą finezją wynajdując odpowiednie luki i
sprzeczności w ustawodawstwie. Nieistotne, czy chcieli uniknąć
kłopotów, czy też znaleźć uznanie było nie było członków
elit politycznych – w każdym przypadku jest to
kompromitacja.
Nadgorliwość urzędników wobec szefów
specjalnie nie dziwi. Ale gorliwość sędziów wobec polityków
już tak.
Krzysztof
Burnetko
Stan podgorączkowy
Tak chyba nazwać można to, co od pierwszej godziny po ogłoszeniu
wyników wyborów zapanowało wśród dziennikarzy. Lider
Samoobrony, dotąd obecny tylko w przekazach z blokad lub z nie
dochodzących do finału spraw sądowych, stał się w mgnieniu
oka człowiekiem, o którego ubiegać się zaczęli
najambitniejsi z żurnalistów radiowych i telewizyjnych, a ton
rozmów przeprowadzanych w studiach zmienił się diametralnie.
Prezenter, który rok temu nonszalancko przerywał każde zdanie
swemu gościowi, kandydatowi na prezydenta, a pytania zadawał
tonem zwyczajnie aroganckim, teraz, łagodny i przymilnie uśmiechnięty,
sam nie mógł za bardzo dojść do głosu, bo nowy jego gość
po prostu z nim się nie liczył. Inny na zwróconą uwagę usłyszał:
pan jest moim pracownikiem, bo to ja płacę abonament, więc będę
mówił, co chcę – i przyjął to jak skarcony uczeń. Żadna
najbrutalniejsza insynuacja pod adresem rządu, żaden obelżywy
epitet wobec osób publicznych, wygłaszane po wielekroć bez żenady
przez korzystającego z takich okazji przyszłego posła, nie
zostały przez nikogo ani skontrowane, ani bodaj wypunktowane.
Za to niemal z zachwytem zajęto się analizą „ewolucji”
obecnego bohatera mediów: połyskiem wełny garnituru, gładkością
manier, nowym wariantem demonstrowanej retoryki – jakby
kiedykolwiek miało to znaczenie dla prawdziwych problemów
kraju. Opowiadano nam z całą powagą o cudotwórcy z public
relations. Okładki tygodników – także tych uchodzących
za poważne – zaroiły się od ujęć jednej i tej samej
twarzy. Potwierdziło się, że dla mediów liczy się tylko
najbardziej spektakularna sensacja. Zgodnie ze starą nauką
mistrza, który na pytanie, kto oto przed chwilą zwyciężył,
skoro z ulicy dobiegają entuzjastyczne wycia, odpowiedział: „nasi”.
Żeby zaś obraz medialnego podniecenia stał
się jeszcze bardziej czytelny, warto sięgnąć po zamieszczony
w sobotnio-niedzielnej „Rzeczpospolitej” arcysmutny
wywiad z Andrzejem Wajdą i posłuchać tonu, w jakim rozmawia z
nim ta sama dziennikarka, która natychmiast po wyborach
liderowi partii, pozostającemu pod zarzutami prokuratorskimi,
już pospieszyła przypisać zaszczytny przydomek „wódz”.
Bez sarkazmu, rzecz jasna. Bo media nie tylko opisują i
przedstawiają. Także kreują albo strącają w niebyt.
Józefa
Hennelowa
|