A mój syn

Luksemburg górą

JACEK PODSIADŁO

 

A mój syn płynie właśnie kajakiem. Ponieważ palę, większość moich felietonów powstaje w łazience. Łazienka, jak to łazienka, ma dobrą akustykę i słyszę „klup! klup! klup!”, a jest to dźwięk wiosła kajaka górskiego. Dziwi Was ta onomatopeja? „Klup” to dźwięk pośredni między „klap” a „chlup”. Albowiem mój syn płynie kajakiem wirtualnym.
Nauczyłem się odróżniać te dźwięki dzięki znajomemu, który mnie uświadomił, że gry możliwe do objęcia nawet tak zabytkowym mózgiem elektronowym, jak mój, można znaleźć i ściągnąć gratis ze strony www.staregry.pl. Nocami ściągam je i trenuję, rano udzielam dziecku instrukcji, na czym która gra polega, po czym mogę już zamknąć się w łazience. Słyszę wszystkie klapy, chlupy, trachy i blurpy, i zżera mnie zazdrość. Ta sama, co zawsze: że Za Moich Czasów nie było tak łatwo. Jak się człowiek naoglądał w telewizorze olimpiad, to potem chciał naśladować wszystkie te konkurencje. A mózgów elektronowych jeszcze wonczas nie bywało, w każdym razie nie zbłądziły pod strzechy. Jeśli więc chciałem rozegrać mistrzostwa w kajakarstwie górskim, musiałem czekać na ulewę, podczas której drogą spływały strumienie wody. Wtedy wystarczyło puścić na wodę dwa patyczki, najczęściej Polaka i Niemca, i brodząc w błocie śledzić, który pierwszy dopłynie do mety przy furtce. Dziś tamtą drogę wyasfaltowano, a Polak i Niemiec, gdyby nawet udało się ich spławić, natychmiast przepadliby w otchłani studzienki burzowej i nie byłoby nawet kogo udekorować medalem. Są za to komputery i niezliczona ilość gierek sportowych. Mój syn najlepszy jest w łucznictwie. Jego rekord to 37 pkt., mój rekord to 0 pkt. Piłka nożna też mi nie idzie, nocą najsłabszy z będących do wyboru przeciwników, Luksemburg, dołożył Polsce, czyli mnie, 17:0. Fakt, że graliśmy, jak mówią trenerzy, w „mocno eksperymentalnym” składzie (gra jest naprawdę stara): Hensic, Zmuda, Rubikk, Widziew, Marchecka, Boniek, Bydgoscz, Franiel, Ryszard, Wincenty, Lodz. Marchecka to nawet samobója strzeliła. Jednak siedemnaście do jaja to za dużo nawet dla osobnika tak pełnego pokory, jak ja. Dla chwały polskiego sportu będę chyba musiał zainwestować w joystick. Nie będzie bezduszna machina pluć nam w twarz ni dzieci otumaniać.
Ponieważ cudacznie wskrzeszony przez Gorana Bregovića Krzysztof Krawczyk stwierdził w jednym z wywiadów, których jako osoba zmartwychwstała musi udzielać szczególnie dużo: „Tak samo jak Czesławowi Miłoszowi, na czytanie modnych hitów szkoda mi czasu”, mam chyba prawo powiedzieć, że Za Moich Czasów, aby wystartować w konkursie łuczniczym, łuk musiałem sobie zrobić podobnie jak Miłosz, z leszczyny. Najtrudniej było tak osadzić w bełcie brzechwy i grot, żeby strzała leciała tym ostatnim do przodu. O grze w Małysza nie ma co wspominać, a jak wyciąłem z „Płomyczka” sylwetkę narciarza i zgodnie z instrukcją podkleiłem tekturką, to wbrew obietnicom redakcji zamiast zjeżdżać jeno przewracał się kieby Andrzej Bachleda w Sylwestra. W „Płomyczku” bywały też planszowe gry sportowe, najlepiej pamiętam hokej na lodzie, nudny jak flaki z olejem. Ciężkie Czasy były i tyle. A jaki trudny los matki, której dziecko wracało z olimpiady utytłane w błocie, ociekające olejem i flakami i naszpikowane strzałami jak nie przymierzając św. Sebastian. A teraz? Najwyżej trochę się chłopak spoci od wiosłowania jednym paluszkiem.
Oczywiście cieszę się, że mam mu czego zazdrościć. Jedyny prawdziwy problem, jaki mnie w związku z komputerowymi rywalizacjami nurtuje, to ten, czy joystick wygra z wyobraźnią. No bo, czy wspaniała symulacja skoków narciarskich zapładnia wyobraźnię dziecka, czy ją wyjaławia? Rozwija czy ogłupia? Są takie gry (nawiasem mówiąc, jedynie w nich udaje mi się czasem wygrać z Luksemburgiem), które polegają wyłącznie na jak najszybszym tłuczeniu w jeden lub dwa klawisze. Ich atrakcyjność polega na animacji, gdyby na monitorze nie okładali się wtedy pięściami pięściarze, nikogo by nie bawiło samo stukanie w klawiaturę na czas. Z drugiej strony, gdyby nie było monitora, pięściarze czy wioślarze musieliby może wyświetlić się właśnie w wyobraźni. Tak czy owak daje do myślenia to, że im bardziej nie wychodzi nam z rzeczywistością, tym lepiej wychodzą nam jej imitacje i symulacje. A jednak nie wierzę, że rzeczywistość wirtualna może być kiedykolwiek lepsza niż rzeczywistość rzeczywista. Nie ma lepszej symulacji saneczkarstwa, niż saneczkowanie. Tyle, że zanim to wymyśliłem, śnieg stopniał, a w komputerobawialni rozległo się „bęc” i „chrrup-chrrup”, z czego wnoszę, że kajakarz znów nie ominął wieloryba. Skąd wieloryb w górskiej rzece? Ex machina, moi mili, ex machina. 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl