Votum separatum

Zima w zimie

JÓZEFA HENNELOWA

 

Ilekroć czytam albo słucham o ratowanych w górach turystach, zawsze na nowo doznaję zdumienia: że ciągle są tacy ludzie jak goprowcy. Że idą ratować każdego, w każdych warunkach, w każdej porze doby, w każdą pogodę. Choćby chodziło o najbardziej lekkomyślnych i nieodpowiedzialnych, szukających guza z determinacją godną lepszej sprawy. Choćby jeszcze raz sprawa kończyła się stwierdzeniem, że poszukiwani dawno są bezpieczni, tylko nie chciało im się nikogo zawiadamiać. I choćby poszukiwanie i ratunek opłacać trzeba było własnym życiem, jak właśnie dopiero co, pod lawiną w Tatrach. Nie do wiary wydaje mi się fakt, że ludzi tych ciągle jest tylu, a kiedy z rzadka występują przed kamerami, do głowy nie przyjdzie żadnemu jakiekolwiek narzekanie na cokolwiek. 
Teraz z podobnymi uczuciami przyglądam się obrazkom z kabin pojazdów odśnieżających drogi, przebijających się przez zadymki, grzęznących w tunelach śnieżnych, które próbują uczynić przejezdnymi. Za każdą szybą w tych kabinach ludzie zdeterminowani. Bez przesady heroiczni. Zazwyczaj oczywiście bezimienni. Nie oczekujący uznania, którego zresztą prawdopodobnie nie dostaną. Niejeden już napomknął, że kiedy docierają do uwięzionych na drodze pojazdów, słyszą wymyślania: że tak późno, że tak mało skutecznie.
Ale teraz tym nieustannym obrazkom z tras polskich, dróg i torów, towarzyszy także zdumienie innego rodzaju. Coś w rodzaju zażenowania. Z wielu względów. 
Wysoki przedstawiciel PKP, interpelowany przez dziennikarkę TVN o pasażerów pociągu Zakopane-Olsztyn, który zaraz za Zakopanem ugrzązł na parenaście godzin, a potem wiózł ludzi w przepełnionych wagonach dalsze długie godziny do Warszawy bez ogrzewania ani posiłku, odpowiada obszernie, że przecież był to kataklizm i nic się zrobić nie dało w tak niespodziewanych warunkach. Zima w zimie okazuje się kataklizmem, zadymka parunastogodzinna przy mrozie więcej niż umiarkowanym – katastrofą. Nawet mu do głowy nie przyjdzie, że można się było na to przygotować, na przykład gromadząc na wszelki wypadek zapasy żywności i wody na herbatę. Że można było wagony ogrzewać. Że można było bodaj wciąż i wciąż na nowo nadawać w pociągu komunikaty dla pasażerów, po to, by zachować w nich poczucie, że ktoś odpowiada za nich, czuwa nad sytuacją, wie, jak się ona rozwija. Pewnie, czego spodziewać się po PKP, które w normalnym czasie w najdroższych pociągach – IC – potrafi akceptować wagony bez światła i wagony bez ogrzewania, i nie sprzątnięte sanitariaty. Kto wie, czy możność zasłaniania się tym kuriozalnym terminem „kataklizm” – czyli zima w zimie! – nie była nawet przyjęta z ulgą, wszystko bowiem mogła usprawiedliwić.
Ale potem słyszę o palącej potrzebie dowozu żywności do wsi „odciętych od świata” zasypanymi drogami. Tak, jakby były to domy bez zapasów, gospodarstwa bez zwierząt domowych, mieszkańcy niezdolni do wyprodukowania jakichkolwiek posiłków dla siebie i sąsiadów bardziej bezradnych. A na telewizyjnych przekazach nie ludzie odgarniający śnieg z dachów i obejść, przekopujący ścieżki nawiązujące łączność między gospodarstwami, ale bezczynnie stojący na zasypanej drodze i skarżący się dziennikarzowi, że nie przyjechał żaden pług czy spychacz i nie dowieźli chleba. Tak jakby to była klęska powodzi, kiedy woda w ciągu minut niszczyła domy do fundamentów i plony na polach. I tak jakby nie było żadnych samorządów, tylko bezradni samotnicy. Ba, jeden z rozmówców Moniki Olejnik, w randze ministra, najspokojniej porównał naszą styczniową sytuację do powodzi w Brazylii i szalejących na czterdziestu tysiącach hektarów płomieni koło Sydney...
Całe szczęście, że raz pokazano nam także co innego: wieś podhalańską, gdzie mieszkańcy sami pieką chleb i rozgarniają drogę przy pomocy śnieżnego pługa zaprzężonego w konia. Pamiętam takie z dawnych lat w Bukowinie Tatrzańskiej – były w powszechnym użyciu, tak jak i sanie. Jedyny to był w dotychczasowych serwisach moment, kiedy wróciło poczucie proporcji, kiedy lansowana przez dziennikarzy histeryczna bezradność cofnęła się, ustępując miejsca sygnałom o normalnej reakcji społeczności, która nie zamierza stracić głowy, lamentować i oskarżać wszystkich o brak pomocy, tylko bierze się do wspólnej roboty.
Pewnie, jeszcze wszystko przed nami. To co piszę dwa dni po Nowym Roku, będzie przecież miało ciąg dalszy. Ale ten ciąg dalszy, niewiadomy gdy chodzi o pogodę, może również albo dalej sankcjonować bezradność i bezczynność (kto wyjaśni, dlaczego duże miasta, jak Kraków, pozostają bez odśnieżania, tak że nawet koło najbardziej reprezentacyjnych budynków w centrum trzeba brnąć przez zaspy albo błotnistą mieszankę śniegu z solą – po kostki?), albo błyskawicznie dopracowywać zaniedbaną przez tyle lat organizację działań i podział zadań, na takie, którym na pewno potrzeba wsparcia sił nadzwyczajnych (np. dowóz chorych do szpitali), i na te, gdzie samorządność ma głos pierwszy i decydujący. Podobno odzwyczailiśmy się od zim. No, to trzeba je co prędzej przyjąć do wiadomości, bo to nie dopust Boży, tylko samo życie.

Józefa Hennelowa

 



 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl