O wszystkim

Jan Kott 1914–2001

ANDRZEJ DOBOSZ

 

Gdy w roku 1952 rozpoczynałem swe studia uniwersyteckie, regułą była powszechna szarość. Po części wynikała ona z rzeczywistego ubóstwa. Skromne były mieszkania i ubrania. Ale to, że nasze swetry i palta wszystkie były w kolorze szarym, wynikało z roztropności. Świadomy rozdźwięku między moimi myślami a tym, co musiałem mówić na egzaminie, by dostać się na Uniwersytet, wiedziałem jak wszyscy, że nie należy zwracać na siebie uwagi. Ówczesną atmosferę dobrze oddaje pewien epizod w „Złym” Tyrmanda. Oto świetnie sytuowany warszawski ginekolog ma okazję, by kupić nowy angielski samochód marki Humber. Później, już po roku 1956, sprowadzono oficjalnie pewną ilość takich limuzyn, były one zarezerwowane dla pierwszych wiceministrów. Doktora stać na auto, lecz wie, że podpisałby na siebie wyrok. Wyjściem jest troskliwe zdemolowanie, za dodatkową opłatą, karoserii. Odtąd jedynie właściciel będzie miał poczucie, czym naprawdę jeździ.
Przebyłem pierwszy rok studiów w umysłowym półśnie. Lektury staropolskie z marksistowskim komentarzem nie były porywające, a nowe książki były tylko słuszne i wszystkie do siebie podobne.

Z Wisły topielca wyłowiono
Kartkę przy nim znaleziono:
Mój język jest niesłuszny
Ale moja patka jest słuszna.

Jesienią 1953 Jan Kott przeniósł się z Wrocławia do Warszawy. Stałem się jego studentem. W zasadzie przez rok zajmowaliśmy się komedią polskiego Oświecenia. Czytaliśmy jednak regularnie recenzje teatralne naszego profesora. Często zresztą ostatnie premiery były tematem naszych seminariów, a drukowany tekst był rezultatem dyskusji. Odkrywaliśmy, że słuszne utwory nudzą nas nie dlatego, że są źle napisane, tylko dlatego, że kłamią o życiu. Kott tego nie nauczał, odkrywaliśmy to wspólnie, ale to on nas prowadził, choć zdarzało się, że wyprzedzaliśmy go w radykalizmie. Zresztą rozbiory osiemnastowiecznych komedii dydaktycznych również okazywały się pasjonujące. Każdy utwór, którym się zajmował, nabierał życia i blasku.
I polszczyzna, do której nas przyzwyczajał. Gdy dookoła panował żargon marksistowski, Kott uczył nas zdań krótkich, jasnych, przejrzystych. Zachwycał nas styl rozpoznawalny niezawodnie po dwu, trzech linijkach. Wydawał się tak prosty, a jednak niemożliwy był do podrobienia. Wiem coś o tym, bo przez kilka lat próbowałem pisać Kottem.
Odkrywając przed nami literaturę, uczył wolności. Zaopatrzył tych, którzy czuli taką potrzebę, w pisma do dyrektora Biblioteki Uniwersyteckiej, otwierające nam dostęp do prohibitów: pism Dwudziestolecia, kompletu prasy krajowej z lat 1945-49, wszystkich możliwych autorów, których biblioteka zdołała zachować. Z wydanej w roku 1988 książki o powojennych dziejach tej biblioteki dowiaduję się, że w styczniu 1955, już po śmierci Stalina, pod osobistym nadzorem rektora UW spalono 57 woluminów w miejscowej kotłowni.
Gdybym jednak był trochę starszy i zaczął lektury parę lat wcześniej nie miałbym z pewnością do niego przekonania. Dziś jeszcze pamflet „Półrocze »Tygodnika Powszechnego«” z października 1945 budzi nie tylko zdziwienie, ale i grozę. We wczesnych latach 50. byłem wrażliwy na wszystko, co odróżniało mojego nauczyciela od oficjalnego dyskursu. Gdy mówił o sensowności historii jako całości, o obiektywnych prawach historii, traktowałem to jako część powszechnego szumu.
Przed kilku laty odwiedz
ał moją księgarnię pewien inteligentny Francuz koło trzydziestki, mówiący i czytający po polsku. Szukał dzieł dotyczących dwudziestowiecznej historii Polski, a przede wszystkim książek Jana Kotta. Okazało się, że jest stypendystą mającym napisać w Paryżu doktorat o Kotcie. Udało mi się ściągnąć wszystkie, łącznie z najwcześniejszymi. W miarę lektur mój klient był coraz bardziej nieszczęśliwy, nie mogąc sobie poradzić z jasną odpowiedzią, kim był naprawdę Jan Kott.
W jego wczesnych książkach są rzeczy, które wypada uznać za stalinowskie. Jednak od początku nie mieścił się w tym ruchu, pisząc równocześnie teksty nieostentacyjnie, ale najgłębiej antystalinowskie. To, co uczynił dla mnie, jest w końcu moją osobistą sprawą. Ale ilekroć wracam do którejś z jego książek, za każdym razem przekonuję się, że był jednym z najwybitniejszych autorów języka polskiego paru ostatnich dziesięcioleci.

* Adam Ważyk „POEMAT DLA DOROSŁYCH”


 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl