Ks. Andrzej Bardecki (1916–2001)

Lubi Go Pan Bóg

JANUSZ PONIEWIERSKI

 

Ksiądz Andrzej Bardecki, powołując się na Stefana Kisielewskiego, wyróżniał trzy rodzaje odwagi: odwagę żołnierską, cywilną i intelektualną. On sam pokazał, że umie być odważny na każdy z tych sposobów. Ale to nie odwaga była jego najważniejszą cechą. Dopiero kiedy umarł, uświadomiłem sobie coś, co – zwłaszcza w przypadku księdza – wydaje się banalne, ale wcale takie nie jest: Andrzej był człowiekiem dobrym.


O domu rodzinnym Ksiądz Andrzej opowiadał niewiele – przynajmniej nam, „kolegom” z „Tygodnika”, młodszym o lat czterdzieści. Tak jakby uważał, że nie warto, że szkoda czasu. Wiedziałem zatem tylko tyle, że urodził się 21 maja 1916 roku w Ropience (powiat Ustrzyki Dolne). Zapytałem go kiedyś o tę Ropienkę, ale chyba nie czuł się z nią szczególnie związany. Jego ojciec, inżynier, ze względu na pracę musiał często zmieniać miejsce pobytu – w tej sytuacji rodzina (pp. Bardeccy mieli sześcioro dzieci) żyła na walizkach, by w końcu wylądować pod Lwowem, w miejscowości Zimna Woda. Do gimnazjum Andrzej chodził w Krzemieńcu, a potem we Lwowie – dużo czasu spędzał wtedy na kopaniu piłki. W 1934 r., tuż po maturze, rozpoczął studia na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jana Kazimierza. Jak rodziło się jego powołanie kapłańskie? Jak tę decyzję przyjęli jego rodzice? – nie wiadomo. W sprawach osobistych Ksiądz Andrzej był dyskretny. Kiedy zagadywałem go o seminarium, zaciągał się papierosem i odpowiadał: no cóż..., trzeba zachowywać porządek, żeby porządek zachowywał ciebie. Co innego, kiedy zaczynaliśmy rozmawiać o Historii, która przetaczała się wokół niego (i, bywało, po nim) – wtedy Andrzej zaczynał opowiadać... A gawędziarzem był znakomitym.


Początki


Na uniwersytecie Bardecki spotkał ludzi „dużej klasy i wielkiej wiedzy”; wspominał ich z szacunkiem i z wdzięcznością. Tam też zaczęły się wielkie przyjaźnie: między innymi z ks. Władysławem Rubinem (późniejszy kardynał) i z ks. Włodzimierzem Cieńskim. To właśnie ks. Cieński po latach okaże się tym, kto wywarł największy wpływ na życie Księdza Andrzeja. Znajomość tamtej biografii (Cieński to znakomity duszpasterz, więzień Łubianki odmawiający zeznań i skazany na śmierć, potem naczelny kapelan w armii gen. Andersa, po wojnie duszpasterz emigracji, wreszcie – przez 27 lat – mnich trapista) rzuca wiele światła na późniejsze wybory życiowe ks. Bardeckiego. Sporo można zrozumieć także wtedy, gdy uświadomimy sobie, czym był Lwów w latach 30. XX wieku – „jedyne na świecie miasto, gdzie było trzech metropolitów trzech katolickich obrządków: rzymskokatolickiego, ormiańskiego i greckokatolickiego”.
Święcenia kapłańskie Ksiądz Andrzej przyjął w katedrze lwowskiej z rąk arcybiskupa Bolesława Twardowskiego 18 czerwca 1939 r. Miał wtedy zaledwie 23 lata i z powodu tak młodego wieku musiał się starać o specjalną dyspensę. W sierpniu objął pierwszą placówkę duszpasterską – został mianowany wikarym w parafii w Brodach, małym miasteczku położonym ok. 100 km na północny wschód od Lwowa (większość mieszkańców Brodów stanowili Żydzi, było też wielu Ukraińców). Młody neoprezbiter, wchodzący w życie z bagażem doświadczeń przekazanych mu przez proboszcza z Zimnej Wody, ks. Cieńskiego, chyba nie przewidywał, że już za miesiąc do jego drzwi zapuka Historia. Na froncie zginą obaj bracia, ojciec, oficer rezerwy, zostanie internowany w obozie jenieckim, a matka z trzema córkami będą zesłane do Kazachstanu. 


Wojna 

14 września, w uroczystość Podwyższenia Krzyża Świętego, w czasie parafialnego odpustu, Brody po raz pierwszy przeżyły nalot Luftwaffe. A trzy dni później w mieście pojawiły się już oddziały Armii Czerwonej. W „sowieckich” Brodach ks. Bardecki pracował, w miarę bezpiecznie, dwa lata. I choć był świadkiem wywózek na Syberię i do Kazachstanu, jego samego, paradoksalnie, chroniła... sutanna. („Nam takoj swołoczy nie nada” – powiedział kiedyś oficer NKWD, odsyłając innego księdza już z dworca w Brodach do domu). Udzielał zatem sakramentów (kiedyś ochrzcił nawet żonę enkawudzisty; po kryjomu chodził do szpitala), katechizował, prowadził pogrzeby. Kiedy zaś (w czerwcu 1941 r.) do Brodów weszli Niemcy, zdołał nawiązać współpracę z Armią Krajową – został kolporterem prasy podziemnej, zorganizował nielegalną wypożyczalnię książek. I dalej prowadził pracę duszpasterską. Choć teraz doszły kolejne zadania: parafia w Brodach wystawiała fałszywe metryki chrzcielne Żydom – trzeba ich było nauczyć chrześcijańskiej modlitwy i głównych prawd wiary. Do czasu... W Brodach powstało getto, a „pewnego dnia zupełnie niespodziewanie pojawiły się tam oddziały niemieckie i policja ukraińska. Zaczęli wszystkich Żydów brutalnie wyciągać z domów i transportować na dworzec do wagonów. Zachęcali ich, aby brali ze sobą wszystko, co najcenniejsze. Trwało to dwa dni. Byliśmy przerażeni”.
W czerwcu 1943 r. jego działalnością zainteresowało się gestapo. Ks. Bardecki wyjechał do Lwowa, a potem do Krakowa. Tu, pod przybranym nazwiskiem (jako ks. Stanisław Janowski z Wołynia), zamieszkał w klasztorze karmelitów. Myślał, że pozostanie w nim aż do końca wojny...
Stało się inaczej. Kilka miesięcy później znajomi zaproponowali mu wyjazd do Niemiec. Z inicjatywy arcybiskupa Adama Sapiehy powstawało właśnie konspiracyjne duszpasterstwo dla Polaków wywiezionych na roboty do Rzeszy. Szukano ochotników – zgłosiło się dziesięciu, w tym ks. Andrzej Bardecki. Po krótkim przeszkoleniu złożył przysięgę wojskową i został mianowany kapelanem AK w stopniu kapitana; miał odtąd posługiwać się kenkartą na nazwisko Stanisław Owczarski, pracownik sklepu papierniczego w Garwolinie. Celem jego misji stał się Dortmund, miasto, w którym pracowało 4 tys. polskich robotników. A ponieważ władze Polski Podziemnej były zainteresowane również poznaniem nastrojów panujących w Dortmundzie, Ksiądz Andrzej zobowiązał się do pisania raportów – miał je szyfrować i wysyłać jako... listy miłosne. „Do dziś nie wiem, do kogo ja te szyfrowane listy pisałem – mówił pół wieku później. – Może spotkam ją na Sądzie Ostatecznym”.
Do pociągu jadącego do Niemiec wsiadł 11 listopada 1943 r.; kiedy znalazł się w Dortmundzie, okazało się, że na takich jak on czeka tu tylko jedno miejsce pracy: fabryka amunicji. Pracował przy olbrzymiej tokarce – miał na niej, z dokładnością do jednej dziesiątej milimetra, wykonać jedenaście nacięć na gilzie pocisku artyleryjskiego. „Praca nie była ciężka, ale strasznie nużąca. Jeden tydzień – zmiana dzienna, od 6 rano do 6 wieczorem, drugi tydzień – zmiana nocna, od 6 wieczorem do 6 rano; pół godziny przerwy na odpoczynek: zupa z kotła albo czarna kawa zbożowa z chlebem, jeśli się go sobie przyniosło”. Zrozumiał również, że nie może być mowy o jakimkolwiek duszpasterstwie. Przez pierwsze dwa tygodnie w ogóle nie odprawiał Mszy świętej; później, kiedy ledwie żywi wracali z pracy, kładł się na pryczy i udając, że śpi, sprawował liturgię pod kocem. „To były naprawdę trudne warunki, może gorsze niż w katakumbach” – wspominał.
Skoro nie mógł dawać ludziom rozgrzeszenia i Eucharystii, opatrywał im rany, pisał listy, pośredniczył w kontaktach z Niemcami (dzięki jego petycjom władze zgodziły się, aby co miesiąc niemiecki ksiądz odprawiał Mszę dla polskich robotników; kilka razy udało mu się dla ciężko chorych uzyskać zwolnienie z pracy, a nawet prawo powrotu do Polski).
Wiosną 1944 wpadł w ręce gestapo. Oskarżono go o sabotaż, groziła mu kara śmierci. Wtedy postanowił powiedzieć prawdę o swojej misji. To była jakaś szansa – prawo kościelne zabraniało księżom uczestnictwa w akcjach sabotażu. Uwierzyli mu. Zamiast pod mur trafił do obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie (dostał numer 85332), a następnie w Ohrdruf. W 1945 r., w trakcie ewakuacji obozu, mimo poważnej choroby (flegmona) zdołał uciec i po kilku dniach marszu (i mrożących krew w żyłach przygód) trafił do Arnstadt, w Turyngii. Kilka dni później, 9 kwietnia 1945 r., wjechały tu wojska alianckie.
W Arnstadt mieszkało ok. 1600 Polaków. Bardecki, ważący wówczas, po obozie, 43 kilogramy, został ich kapelanem. Niedługo. Wobec hiobowych wieści, że Turyngia wkrótce znajdzie się w sowieckiej strefie wpływów, stanął na czele grupy domagającej się od władz amerykańskich prawa wyjazdu do pobliskiej Bawarii. W trakcie negocjacji użył szantażu: „Jeżeli nie pomożecie nam przedostać się do Bawarii, to my pójdziemy te 100 kilometrów pieszo. Będzie to marsz protestacyjny, żeby świat się dowiedział, jak traktujecie byłych sojuszników”. Amerykanie nie chcieli ryzykować. Już wkrótce Ksiądz Andrzej, wraz z grupą Polaków liczącą ok. 800 osób, znalazł się w Coburgu, w Bawarii, w obozie UNRRA. Obóz ten przypominał polskie miasteczko – przebywało w nim 6 tys. Polaków. Bardecki natychmiast włączył się w pracę duszpasterską i edukacyjną – w powstałym naprędce gimnazjum uczył religii i filozofii, współpracował też z tygodnikiem „Głos Polski z Coburga”. W 1946 obóz odwiedził biskup Józef Gawlina, duchowy opiekun polskich emigrantów. Ksiądz Andrzej zapamiętał jego słowa: „W Polsce potrzeba kapłanów. Komu pozwala na to zdrowie i nie jest politycznie spalony, niech wraca”. I wrócił.


Powrót 


W Polsce on, ksiądz archidiecezji lwowskiej, wylądował na Ziemiach Odzyskanych, w Gorzowie. Tam otrzymał nominację na administratora parafii w Tucznie Kraińskim, niedaleko Wałcza. W Tucznie mieszkało wielu Niemców, m.in. dotychczasowy proboszcz, ksiądz Henke. Pomiędzy obydwoma księżmi szybko nawiązała się nić życzliwości. Jednak już wkrótce Niemcy musieli stąd zniknąć... Ale i ks. Bardecki długo nie zagrzał tu miejsca. Decyzją administratora apostolskiego Gorzowa Edmunda Nowickiego został dyrektorem internatu „Caritas” we Wschowej i prefektem miejscowego gimnazjum (uczniem klasy VI był Bronisław Geremek). Jako dyrektor był budowlańcem, osobą odpowiedzialną za ogrzanie budynku, zaopatrzeniowcem. Jeździł wtedy na motorze w długim esesmańskim płaszczu gumowym, w butach z cholewami, w kasku. Ale był też, a może przede wszystkim, wychowawcą. I pisał: do „Tygodnika Gorzowskiego”, do kwartalnika „Homo Dei”, a nawet do wychodzącego w Krakowie „Tygodnika Powszechnego”. Jego pierwszy artykuł w „TP” – „Repatrianci na księżyc” (o duszpasterstwie „dipisów”) – ukazał się w roku 1948. 
Ta publicystyka musiała zwrócić na niego uwagę metropolity lwowskiego arcybiskupa Eugeniusza Baziaka, rezydującego w Lubaczowie. Baziak liczył się z możliwością powrotu do Lwowa – chciał być na to przygotowany. W Bardeckim widział przyszłego dyrektora wydawnictwa. Wezwał go i polecił pisanie doktoratu na Wydziale Teologicznym UJ. Na ten czas (góra dwa lata) Ksiądz Andrzej miał zamieszkać w Krakowie, u sióstr sercanek przy placu Sikorskiego. Doktorat pisał z psychologii powołania kapłańskiego. Kiedy zwrócił się o pomoc w znalezieniu fachowej literatury do pięciu zagranicznych ośrodków naukowych (w Austrii, Belgii, Francji, Anglii i USA), odpisano mu, że „nic im nie wiadomo” o istnieniu jakichkolwiek publikacji na ten temat. W tej sytuacji oparł się na przeszło 800 ankietach nadesłanych przez alumnów ze wszystkich polskich seminariów (był to materiał obejmujący ok. 3 tys. stron formatu kancelaryjnego). O recenzję poprosił prof. Mieczysława Kreutza, psychologa eksperymentalnego z Wrocławia, który wydał opinię pozytywną. Po latach doktoratem księdza Andrzeja Bardeckiego zainteresowało się Wydawnictwo Znak, usiłując przez kilka lat wstawić tę pozycję do planu wydawniczego. Bezskutecznie. Co roku tytuł wycinała cenzura – znaczenie decydujące miały, jak się zdaje, tytuł i treść jednego z rozdziałów: „Akcja budzenia i kształtowania powołań kapłańskich”.


„Tygodnik”


Świeżo upieczony doktor teologii zamierzał wracać do diecezji (a właściwie administratury apostolskiej) gorzowskiej. Ale, jak się okazało, w Krakowie czekało nań kolejne zadanie: praktyka w redakcji „Tygodnika Powszechnego”. Jego szefem w czasie tej praktyki miał być ks. Jan Piwowarczyk, asystent kościelny i kierownik działu religijnego, znakomity publicysta, postać, o której musiał słyszeć jeszcze w seminarium duchownym. W redakcji „Tygodnika” Bardecki zameldował się w maju 1951. Po latach wspominał: „Miałem ogromną tremę”.
Sprawdził się. W październiku Jerzy Turowicz zakomunikował mu, że z redakcji odchodzi ks. Piwowarczyk, i zaproponował objęcie po nim działu religijnego. Piwowarczyk był wówczas zamieszany w głośny proces polityczny Adama Doboszyńskiego, nie chciał narażać „Tygodnika” na ewentualne kłopoty. Na kandydaturę Bardeckiego zgodę wyraziła również Kuria (po śmierci kard. Sapiehy administratorem archidiecezji krakowskiej został abp Baziak), mianując go asystentem kościelnym „Tygodnika”. Zaczął ostro. Jak opowiada Jacek Żakowski w swej książce o „Tygodniku Powszechnym”1, „kiedy Turowicz, Stomma i Gołubiew po długiej, burzliwej naradzie w gabinecie naczelnego nie potrafili się zdecydować, czy redakcja może bez komentarza wydrukować artykuł »Między buntem a letargiem« dotyczący długotrwałej bierności Kościoła wobec kwestii społecznej w XIX wieku, o opinię poproszono asystenta kościelnego. Czytając kwestionowany przez redakcję tekst, Bardecki przypominał sobie wygłoszony na długo przed wojną wykład księdza Stepy. (...) »Porównajmy dwie daty – mówił ks. Stepa – rok 1848, ogłoszenie Manifestu komunistycznego, i rok 1891, publikację encykliki Rerum novarum... Kościół spóźnił się o czterdzieści lat (...)«. – Nie widzę możliwości polemizowania z tym tekstem – powiedział ks. Bardecki oczekującym jego decyzji świeckim redaktorom. – Bo to by była polemika z prawdą”.
W „Tygodniku” ks. Andrzej Bardecki przepracował blisko dwa lata – i wydawało mu się, że są to najważniejsze lata jego życia. Spotykali się w redakcji i w salonie Zofii Starowieyskiej-Morstinowej, bo – jak wspomina Jacek Woźniakowski – „po redakcji zawsze kręcili się różni obcy ludzie, a każde żądanie władz wymagało głębokiego namysłu, bo było oczywiste, że od odpowiedzi zależy los »Tygodnika«”. A było się nad czym namyślać: aresztowanie rektora KUL-u, wywiezienie poza granice diecezji trzech biskupów z Katowic, areszt domowy nałożony na abp. Baziaka, narzucanie kolejnym diecezjom lojalnych wobec władz wikariuszy kapitulnych, proces kurii krakowskiej... Ten ostatni proces Bardecki oglądał na własne oczy – redakcja otrzymała dwie przepustki na salę rozpraw. Do końca życia trudno mu było zapomnieć to, co wtedy zobaczył i usłyszał. On, więzień Buchenwaldu, mówił po latach: „Pierwszy raz w życiu byłem na tak straszliwych rekolekcjach. Ogromne wrażenie zrobiło na mnie, jak z człowieka można zrobić kukłę, recytującą wyuczoną lekcję. To było przerażające!” Wtedy też narodziła się przyjaźń z mecenasem Kazimierzem Ostrowskim, jedynym uczestnikiem procesu, który „dał do zrozumienia, że kwestionuje jego zasadność”.
Chmury nad polskim Kościołem (i nad „Tygodnikiem”) robiły się coraz bardziej gęste. W lutym 1953 Rada Państwa uchwaliła dekret „O tworzeniu, obsadzaniu i znoszeniu duchownych stanowisk kościelnych”. 5 marca umarł Stalin i... to był koniec „Tygodnika”. Tak się przynajmniej wydawało wówczas jego redaktorom. „Władze – wspomina Stanisław Stomma2 – zażądały uczczenia [zgonu Stalina] w sposób, jaki w prasie polskiej został zademonstrowany. Żądano podobizny i artykułu żałobnego. (...) Naszą reakcją była odpowiedź: non possumus”. O zaistniałym kryzysie ksiądz Bardecki powiadomił Prymasa Wyszyńskiego, a potem jeszcze brał udział w jakichś negocjacjach z władzami (żądano m.in. odwołania Turowicza i Stommy, potępienia polityki Prymasa itp.), ale właściwie było jasne, że „Tygodnik” będzie definitywnie zamknięty. W saloniku pani Morstinowej Antoni Gołubiew powiedział: „Musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy jesteśmy przygotowani na aresztowanie. Bo jeżeli nie, to tę sprawę przegramy”. Aresztowania jednak nie nadeszły. Przyszła za to bieda i bezskuteczne poszukiwanie pracy. W najlepszej sytuacji był ksiądz Bardecki: pełnił obowiązki (niezatwierdzonego przez władze!) wikarego w parafii św. Katarzyny, wykładał w seminarium katolicką etykę społeczną (po nim wykłady te przejął ks. Karol Wojtyła), nie musiał troszczyć się o wikt i opierunek... Ale się troszczył – o los kolegów. Na jego ręce pieniądze dla redaktorów „Tygodnika” składali m.in. ks. Ferdynand Machay, proboszcz Bazyliki Mariackiej, i ks. Wojtyła. W przyszłości Jerzy Turowicz powie o tej pomocy (organizowanej przecież przez Księdza Andrzeja), że miała największe znaczenie w ich ówczesnych budżetach domowych3.
W latach 1953-56 Bardeckiego kilkakrotnie wzywano do Urzędu ds. Wyznań, straszono, namawiano, żeby pisał do paksowskiego „Słowa Powszechnego”. Wreszcie nie wytrzymał. „Napisanie w tej sytuacji artykułu do »Słowa Powszechnego« uważałbym za popełnienie grzechu ciężkiego. Jako człowiek wierzący wolałbym umrzeć, niż popełnić grzech ciężki” – wypalił. Wtedy dano mu spokój.
„Tygodnik” wznowiono w roku 1956. I ks. Andrzej Bardecki, za zgodą abp. Baziaka i ks. Piwowarczyka (który do „Tygodnika” wracać nie chciał), pozostał w redakcji – jako asystent kościelny, szef działu religijnego, duszpasterz i przyjaciel. Asystentem był znakomitym: raczej mediator niż cenzor, bardziej przekonywał niż skreślał. I choć burczał na niego Tadeusz Żychiewicz, krzywił się Kisiel, a niektórzy biskupi nie zawsze okazywali zrozumienie dla „Tygodnikowej” publicystyki religijnej, to świadomość, że w ciągu tych czterdziestu lat asystentury „ani razu nie zdarzyło się, by na łamach »TP« ukazał się tekst o tematyce teologiczno-kościelnej, który zawierałby sformułowania niezgodne z katolicką ortodoksją”, była dla niego źródłem satysfakcji.


Publicysta


Andrzej Bardecki jak mało kto interesował się życiem Kościoła. I niewielu ludzi w Polsce mogło się z nim równać, jeśli chodzi o wiedzę na ten temat. Kilkadziesiąt lat redagowania „Kroniki religijnej” robiło swoje. A ponieważ nie było wtedy komputerów i baz danych, zamówił u stolarza szafę z szufladkami. Każda szufladka, przypominająca biblioteczny katalog, była pełna opisanych niebieskich kopert (w liczbie: sześć tysięcy) z dziesiątkami, a może nawet setkami wycinków na interesujące ks. Bardeckiego problemy: od aborcji i „Argumentów” do Żydów i „życia po życiu”. Nic dziwnego, że Żychiewicz nazwał tę Andrzejową szafę... „mózgiem elektronowym”.
Pomimo tej wiedzy (a może właśnie dzięki niej?) Ksiądz Andrzej doskonale zdawał sobie sprawę, że nie wie wszystkiego. Często pytał mądrzejszych od siebie: dogmatyków, biblistów, moralistów... Dział religijny w „Tygodniku” prowadził demokratycznie: co tydzień odbywało się zebranie tzw. kliki metafizycznej – to właśnie tam kształtowała się „Tygodnikowa” szkoła pisania o sprawach religijnych i o Kościele. Kiedy przegląda się stare roczniki, widać, że trzymał rękę na pulsie: przeprowadzał wywiady (m.in. z generałem dominikanów i franciszkanów, a także z Karlem Rahnerem), polemizował z Küngiem i Lefebvre’em. Lektura jego tekstów jeszcze dziś może być zajęciem pasjonującym. W 1967 r. na przykład, po raz pierwszy w polskiej prasie katolickiej, ks. Bardecki zajął się „milczeniem Piusa XII” na temat Zagłady Żydów. On sam nazwał później ten tekst „najtrudniejszą decyzją w [jego] pracy redakcyjnej”. W 1978 opublikował własne (niezależne od Moody’ego) wyniki badań nad przypadkami śmierci klinicznej. A w latach 90. analizował scenariusze końca świata.
Nie wiem, czy kiedykolwiek zaproponowano mu zebranie tych tekstów w jeden tom. Nie wiem też, czy spodobałby mu się taki pomysł. Bo ks. Andrzej Bardecki do publikacji książek przykładał wysoką miarę. Własne książki dokładnie planował – nie mogło w nich znaleźć się nic przypadkowego (jeśli korzystał ze starych artykułów, to je gruntownie na nowo przepracowywał). Taki był zarówno „Kościół epoki dialogu” (1966), jak i „Przełom. Kościół epoki dialogu II” (1971) – książki w swoim czasie wybitne, jedyne wówczas na polskim rynku wprowadzenia niezbędne do zrozumienia teologii Vaticanum II (pozycja pierwsza) i sytuacji współczesnego Kościoła (pozycja druga). Taka była również próba jego autobiografii: „Zawsze jest inaczej” (1995).
Sagę można by napisać o opublikowanym za jego zgodą w „Tygodniku” tekście Borysa Polewoja: „Jak starszy sierżant Korolkow ocalił Klasztor Jasnogórski” – na temat rozminowania Jasnej Góry przez Sowietów. Artykuł wywołał konsternację Episkopatu, a Prymas Wyszyński nazwał go „sensacyjnym paszkwilem” i „zniewagą wyrządzoną czcicielom Matki Bożej Jasnogórskiej”. Ksiądz Bardecki miał jednak argumenty na swoją obronę. Przedstawił je Prymasowi, a ten rok później, podczas uroczystości św. Stanisława na Skałce, zakończył spór w prawdziwie „kościelnym” stylu. Wprawdzie nie przyznał księdzu Bardeckiemu racji expressis verbis, ale podnosząc do góry relikwiarz czaszki św. Stanisława, „niespodziewanie odwrócił się (...) i wyraźnie dał mu wzrokiem znak, żeby do niego podszedł. Powiedział wtedy: »Bracie, ten relikwiarz jest bardzo ciężki, pomóż mi przy błogosławieństwie«”. Zorientowani w sprawie odczytali to bezbłędnie: że Prymas uważał rzecz całą za wyjaśnioną.


Sobór


Wielką pasją Księdza Andrzeja był Sobór – dzielił się nią ze wszystkimi: publikował, jeździł z wykładami, brał udział w tłumaczeniu soborowych dokumentów na polski. Fascynacja zaczęła się od pierwszej (powojennej) podróży za granicę: w 1960 roku, do Rzymu. Tam mieszkał przyjaciel sprzed wojny, ks. Władysław Rubin. Dzięki niemu ks. Bardecki wziął udział w posiedzeniu komisji przygotowującej Vaticanum II. Rubin (późniejszy kardynał) pokazał mu trzy tomy głosów i propozycji biskupów (tzw. vota propositiones), skontaktował go także ze swoim znajomym ks. Willebrandsem, który uchodził za znawcę problematyki ekumenicznej (późniejszy kardynał, przewodniczący Sekretariatu ds. Jedności Chrześcijan). Na koniec o drobną przysługę poprosił go ks. Filipiak (późniejszy kardynał): chodziło o przekazanie Prymasowi i kilku biskupom tzw. praschematu – omówienia zagadnień, które miały być dyskutowane na Soborze. Bardecki broszurę przeczytał – i zrozumiał, że przypadkiem (?) dostał do ręki „program dla »Tygodnika«”. Opowiadał potem, że kiedy zamawiał pewne artykuły, „nieraz mogło się wydawać w redakcji, że jest to tematyka zbyt śmiała. Ja byłem jednak całkowicie o to spokojny”.
Kontakty z Willebrandsem przydały się w Krakowie także poza „Tygodnikiem”. Na początku lat 60. bp Wojtyła mianował ks. Bardeckiego pierwszym delegatem do spraw ekumenicznych w archidiecezji krakowskiej. Tak rozpoczęła się wieloletnia współpraca z krakowskim oddziałem Polskiej Rady Ekumenicznej. Współpraca i przyjaźń. Bardecki zaczął współorganizować Tygodnie Modlitw o Jedność Chrześcijan – pierwszy odbył się w Krakowie w 1963 r. i były to absolutne początki ekumenizmu w Kościele rzymskokatolickim w Polsce (pierwsze nabożeństwo ekumeniczne zostało odprawione rok wcześniej w Warszawie). O jego ekumenicznym zaangażowaniu wiele mogliby opowiedzieć chrześcijanie innych wyznań – Bracia Rozłączeni, jak mawiał. Na przykład polskokatolicy, szukający przy jego pomocy artysty, który namalowałby do ich kościoła obraz Matki Bożej. Albo mariawici, którym przekazywał pieniądze (od jednego z biskupów rzymskokatolickich) na remont ich katedry... 
Mądrość Księdza Andrzeja i jego lojalność sprawiały, że bardzo ceniono go w kręgach episkopalnych. Był członkiem Komisji Episkopatu ds. Środków Społecznego Przekazu, często zapraszano go na obrady Komisji Duszpasterskiej. Dziś wykład do uczestników tej Komisji może wygłosić prawie każdy, ale wtedy, w latach 60. i 70., było inaczej. Księdza Andrzeja zapraszano zwykle z tematem nie byle jakim (np. w 1977 mówił o „Duszpasterskim przeciwdziałaniu akcji laicyzacji naszego społeczeństwa”; referat ten był podstawą do ogłoszenia listu pasterskiego Episkopatu Polski).
Kardynał Wojtyła
Bardecki cieszył się zaufaniem kardynała Wojtyły: Metropolita widział w nim przyjaciela, doradcę, zaufanego współpracownika. Andrzej Bardecki chwytał w lot inicjatywy swojego biskupa i jak mało kto w diecezji od początku poznał się na jego wielkości (kiedyś, w 1958 r., już po nominacji Wojtyły na sufragana, usłyszał od Baziaka: „Zrobiłem to, co uważałem za najważniejsze. Postarałem się, by kapłan, którego uważam za najwartościowszego w diecezji, został biskupem”). To dzięki relacjom łączącym tych dwóch ludzi możliwy był tak częsty kontakt redakcji z Kardynałem, a Wojtyła niedwuznacznie dawał do zrozumienia, że za „Tygodnik” bierze odpowiedzialność. W 1964 r. ks. Bardecki został kanonikiem Krakowskiej Kapituły Metropolitalnej – a wtedy było to wyróżnienie ogromne (i dla Andrzeja, i dla „Tygodnika”, i dla sprawy ekumenizmu, która wciąż mogła wydawać się niektórym lekko podejrzana). W 1978, kiedy Przyjaciel został wybrany papieżem, ich kontakty stały się, siłą rzeczy, rzadsze, ale nie mniej intensywne. Ksiądz Andrzej bywał w Watykanie, często też pisywał do Ojca Świętego. A był przyjacielem wiernym i bardzo lojalnym. Ksiądz Boniecki wspominał kiedyś, że Ksiądz Andrzej miał temperament choleryka. To prawda: widziałem jego gniew, kiedy atakowano jego przyjaciół. Na przykład wtedy, gdy opublikowano „Dzienniki” Kisiela, których autor niesprawiedliwie obszedł się z Jerzym Turowiczem. Andrzej poczuł się zobowiązany, żeby wystąpić w obronie Przyjaciela. W sprawie „Dzienników” pisał nawet do Jana Pawła II – i otrzymał odpowiedź, którą uznał za stosowne upublicznić. Miał jednak wyrzuty sumienia (wszak publicznie opowiadał o treści listów Papieża!). Ojciec Święty go uspokoił: „Dobrze zrobiłeś, że stanąłeś w obronie swoich przyjaciół i kolegów”. 
Przyjaźń z Wojtyłą nie raz sprawiała, że w drogę wchodziła mu Historia. 
W grudniu 1977 r., po wizycie Edwarda Gierka u Pawła VI, „Tygodnik” – inaczej niż cała prasa – zamieścił jedynie fragmenty papieskiego przemówienia do I sekretarza PZPR. Komuniści wpadli w szał. Do „Tygodnika” nadeszło kilkadziesiąt listów z obelgami; podobne otrzymał kard. Wojtyła (na przykład: „Nieodpowiedzialny jesteś Ty Eminencjo”). W tej sytuacji, 21 grudnia, Kardynał przyjął u siebie redakcję „TP”. Spotkanie przeciągnęło się do godziny 23. Kiedy Ksiądz Andrzej wracał do domu, został pobity przez „nieznanych sprawców”. Nazajutrz odwiedził go Karol Wojtyła. „Wysłuchał uważnie całej relacji i powiedział: »Ty dostałeś za mnie«. Słowa te – wspominał ks. Bardecki – zrozumiałem w pełni po piętnastu latach, kiedy powtórnie odczytałem brutalne listy skierowane do Księdza Kardynała”.
Z powodu Wojtyły interesowało się nim KGB – Andrzej z dumą opowiadał, że ma tam własną teczkę, bo KGB uznało go za „politycznego doradcę” Kardynała. Ta „teczka” wróci doń po latach, kiedy prasa ogłosi „rewelacje” na temat „archiwum Mitrochina”... 
Ze względu na Papieża napad na mieszkanie księdza Bardeckiego planował... Grzegorz Piotrowski. SB miała tam znaleźć sfingowane materiały stawiające w dwuznacznym świetle Karola Wojtyłę. Kto wie, być może wtedy, w 1983 r., przypadek (?) sprawił, że Ksiądz Andrzej nie podzielił losu ks. Jerzego Popiełuszki... Ta sprawa miała zresztą ciąg dalszy. Już w latach 90. Piotrowski, korzystając z przepustki, odwiedził ks. Bardeckiego. Rozmawiali prawie godzinę. O czym – nie wiadomo. Żegnając się Piotrowski usłyszał: „Jutro odprawię Mszę św. w pańskiej intencji”.


Duszpasterz


Andrzej był duszpasterzem nienachalnym. Umiał słuchać. Starał się rozumieć. Kiedy inni wznosili antyaborcyjne hasła i walczyli z „plagą rozwodów”, on już w latach 50. i 60. zakładał poradnie życia rodzinnego. Na długo przed publikacją watykańskiego „Vademecum dla spowiedników”, indywidualnie i bez sztampy podchodził do ludzi nie umiejących sobie dać rady z kościelnym zakazem antykoncepcji. Na długo przed adhortacją „Familiaris consortio” z miłością traktował małżeństwa niesakramentalne. 
Z drugiej ręki znam autentyczną historię z jego pierwszej placówki w Brodach: umarła uboga kobieta. Jej córki, teraz już zupełne sieroty, poszły do proboszcza z prośbą o pogrzeb. Nie miały czym zapłacić. Odmówił. Kiedy dowiedział się o tym Ksiądz Andrzej, sam poprowadził pogrzeb, nadając mu przy okazji najbardziej uroczysty charakter (organy, kadzidło, liczba świec przy trumnie itp.). Skończyło się ponoć awanturą z proboszczem, a jedna z córek zmarłej po spotkaniu z owym proboszczem na długie lata utraciła wiarę. Ale pamiętała o geście ks. Bardeckiego – już w latach 90. przypadkiem (?) znalazła gdzieś jego nazwisko i przyjechała do Krakowa. Kiedy się żegnali, Andrzej zaproponował jej... spowiedź. Nie odmówiła. 
Tak, Andrzej Bardecki umiał słuchać i starał się rozumieć. Może to właśnie ta jego cecha przez tyle lat cementowała „Tygodnik”? Może dlatego to właśnie jemu swą nową książkę o Ewangelii czytała Zofia Starowieyska-Morstinowa? Może dlatego lubił przesiadywać u Gołubiewów „do późnych godzin nocnych, rozmawiając o sprawach władzy, dobra i zła, życiu doczesnym i nieśmiertelności”? Może dlatego to właśnie jemu lekko zawiany Kisiel powiedział kiedyś: „Wiesz, ja się dziwię, jak można w Pana Boga nie wierzyć”?
Andrzej był człowiekiem ubogim, niewiele posiadał – stare meble, takież radio i telewizor, a jedynym jego majątkiem był wysłużony trabant. „Tygodnikowa” legenda spowija „imieniny u Księdza Andrzeja”, co roku 16 maja, w dzień św. Andrzeja Boboli. Nie zdążyłem się już na nie „załapać”. Podobnie jak nie poznałem Misi, suczki przepadającej ponoć za herbatnikami maczanymi w koniaku. Dzieliło nas przeszło 40 lat. Mógł być moim dziadkiem. A jednak kiedy – jako żółtodziób nie mający żadnego doświadczenia w pracy redakcyjnej – przekraczałem progi „Tygodnika”, stremowany wielkością Redaktorów, zaproponował mi bruderszaft. I tego Mu nigdy nie zapomnę.
W 1991 roku kardynał Franciszek Macharski odwołał ks. Andrzeja Bardeckiego z funkcji asystenta kościelnego „TP”, wyrażając mu „serdeczne podziękowanie za współpracę”. Ksiądz Andrzej (który dwa miesiące później kończył 75 lat) mocno przeżył tę decyzję (i plotki, jakie przy tej okazji pojawiły się w Kościele krakowskim, że Kardynał nie pochwala linii „Tygodnika”). Ale kiedy już wrócił ze szpitala, spróbował poważnie potraktować to żelazne prawo historii, o którym mówił mu Gołubiew: „Zawsze jest inaczej”. Zaczął coraz rzadziej bywać w „Tygodniku”, nie patrzył na ręce następcom, nie pielęgnował frustracji, poczucia bycia niepotrzebnym. Przeciwnie. Teraz dopiero mógł się zająć ostatnią pasją swego życia: różdżkarstwem.


Radiesteta


W przeszłości Ksiądz Andrzej interesował się grafologią. Ale radiestezja przyszła doń dość późno: w 45 roku życia. Zachorował, lekarze byli bezradni. Ktoś polecił mu znajomego radiestetę. Ten „przyszedł ze swoją różdżką i poradził przesunięcie łóżka – rzeczywiście wszystkie objawy ustały”. Po specjalnych badaniach radiestezyjnych okazało się, że i on ma „ogromną wrażliwość na promieniowanie geopatyczne”. I tak został różdżkarzem.
Nie rozstawał się z różdżką i wahadełkiem. W jego mieszkaniu stały dziwne ekrany i chińskie kule. Niezwykle uczynny, odwiedzał znajomych często na drugim końcu miasta, by zbadać ich mieszkania. Nikomu nie odmawiał – traktował to chyba jak misję, spłatę długu zaciągniętego u Pana Boga. W ostatnich latach budował tajemniczą maszynę – wierzył, że zdoła zneutralizować promieniowanie geopatyczne w promieniu kilkunastu, a może nawet kilkudziesięciu kilometrów. W tych poszukiwaniach wspierali go poważni profesorowie. W jego przypadku nie było to dziwactwo – raczej wyraz troski. Bo Andrzejowi budującemu ową machinę chodziło o to samo, co dawniej: o dobro człowieka.
Ksiądz Andrzej Bardecki zmarł 28 września 2001 roku. Odszedł tak jak żył: po cichu, tak jakby nikomu nie chciał sprawiać kłopotu. Jednemu z naszych kolegów powiedział kiedyś, że – jako człowiek przygotowany na śmierć – chciałby umrzeć nagle i niespodziewanie. 


Janusz Poniewierski



Autor w latach 1993-97 był kierownikiem działu religijnego „TP”. Obecnie pracuje w miesięczniku „Znak”

Większość cytatów pochodzi z książki ks. Andrzeja Bardeckiego „Zawsze jest inaczej” (Kraków 1995). 

1 „Pół wieku pod włos, czyli życie codzienne »Tygodnika Powszechnego« w czasach heroicznych”, Kraków 1999.
2 W książce „Pościg za nadzieją”, Paris 1991.
3 Zob.: Jacek Żakowski „Trzy ćwiartki wieku. Rozmowy z Jerzym Turowiczem”, Kraków 1990.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl