Sługa wierny i dobry

JÓZEFA HENNELOWA

 

Jest kwiecień 53 roku. Jacek Woźniakowski wraca z cenzury z czwartym z kolei próbnym numerem skonfiskowanym w całości: osiem kolumn, każda przekreślona od góry do dołu na czerwono. Wiemy już, że nie będziemy próbowali po raz piąty. I Andrzej mówi od razu: „Chodźcie dziś wszyscy do mnie na wieczór”. To będzie następna narada, co robić, ale to będzie przede wszystkim znowu spotkanie najbliższych sobie, po to, by poczuć się razem. Nigdzie się to lepiej nie udaje niż u Andrzeja, w pokoju bez żadnego wdzięku, spartańskim do ostatnich granic, z czajnikiem (potem z ekspresem) za zasłoną kryjącą mini-kuchenkę, gdzie można zawsze się zjawiać i zawsze zostawać tak długo jak trzeba, gdy czeka się na jakąś pomoc, i gdzie najlepiej rozmawia się o „Tygodniku”, o Kościele i Panu Bogu, świętuje redakcyjne imieniny, gości przyjaciół spoza Krakowa. Tak było dotąd przez krótkich parę lat, odkąd ksiądz Andrzej Bardecki nastał do „starej redakcji”, i tak już zostanie, i przez lata rychłej przerwy, i potem, po wznowieniu pisma, przez długie dziesiątki lat. Niejeden z nas przychodził tak do ostatnich dni, ale teraz już koniec. Nie ma Andrzeja, jeszcze jeden rozdział historii „Tygodnika” zamknięty, ale to przecież o wiele, wiele więcej niż „Tygodnik”. To skończyło się życie człowieka, który w Kościele polskim będzie należał do postaci pomnikowych, choć we wszystkim był całkowitym jakiegokolwiek pomnika zaprzeczeniem. 
Młodsi wiedzą tyle: dziesiątki lat asystent kościelny krakowskiego pisma, odwołany nie za błędy teologiczne, lecz za nie podlegającą mu w żadnej mierze publikację polityczną (potem nazwano to odesłaniem na emeryturę z dołączeniem choć kilku słów wdzięczności). Ale sam Andrzej skwituje to we wspomnieniowej książce tylko świadectwem, iż przez cały czas jego pracy nie można było ,,Tygodnikowi” zarzucić żadnego rozminięcia się z nauką Kościoła ani zasadą wierności Kościołowi. Nie umiał ani pamiętać krzywd, ani oczekiwać wyróżnień. Wspaniała karta okupacyjnego duszpasterstwa wśród przymusowych robotników w III Rzeszy i potem obozu Buchenwald jest w jego życiorysie skwitowana legitymacją „weterana walk o niepodległość nr 27 994”, wydaną sześć lat temu. Duszpasterzowanie powojenne – w jakich warunkach – tylko własnymi wspomnieniami. Pionierska praca ekumeniczna (kto lat temu dwadzieścia i więcej traktował tak poważnie Tygodnie Modlitw o Jedność Chrześcijan, organizowane u Dominikanów w Krakowie), coroczne referaty na Komisję do Spraw Duszpasterstwa Ogólnego Episkopatu, w których wypowiadał się z jednakową odwagą jak odpowiedzialnością, praca twórcza służąca przybliżaniu Soboru Watykańskiego Drugiego (tylko dwie książki, ale jakie) – może można uznać, że wszystko to docenione aż przez powołanie na godność kanonika, którą tak bardzo sobie cenił... Pobicie przez „nieznanych sprawców” – skwitowane umorzeniem sprawy. I koniec na tym. Od dziesięciu lat żył w milczeniu i zupełnie na boku. Teraz odszedł po nagrodę, która, jestem pewna, będzie niewyobrażalnie wielka. Bo był sługą dobrym i wiernym, tak jak każe Ewangelia. Dla wielu z nas wprost niewyobrażalnie dobrym i niewyobrażalnie wiernym. Kościołowi i człowiekowi. Każdemu – aż po zgodę na wizytę Grzegorza Piotrowskiego na przepustce z więzienia – wizytę, która potraktował jak spowiedź, więc nic o niej wiedzieć nie będziemy. Ale przecież Andrzej nie mógłby inaczej, nie potrafiłby. Jest jego tajemnicą, jak tę dobroć i wierność łączył harmonijnie z niewzruszoną odwagą mówienia w oczy prawd trudnych i bardzo trudnych. Niewiele opowiadał o sobie (dwa lata zbierali jego biografowie-reporterzy materiał do książki „Zawsze jest inaczej”), ale pamiętam dwie jego wypowiedzi. Pierwsza dotyczyła doznanych na początku seminarium rozczarowań. „Powiedziałem sobie wtedy, że ważne jest tylko dojście do kapłaństwa, resztę trzeba znieść” powiedział. Druga to było wspomnienie, do którego nieraz wracał. Przyjaciel miał mu się zwierzyć, że po otrzymaniu sakry biskupiej ktoś mu rzekł: „Odtąd już nikt nie powie księdzu biskupowi słowa prawdy”. Uważał to za realne niebezpieczeństwo wszelkiego wyniesienia w Kościele. Niejedno działanie Andrzeja w kościelnym posługiwaniu w świetle tych wypowiedzi nabiera dla mnie szczególnego znaczenia.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl