Niebieski asystent

KS. ADAM BONIECKI

 

Asystenta kościelnego w „Tygodniku” wymyślił kardynał Sapieha, bo dotychczas Kościół przydzielał asystentów organizacjom, a nie czasopismom. Ważny był jednak znak łączności z Kościołem i człowiek, który tę łączność będzie pielęgnował. Ksiądz Andrzej objął tę funkcję w 1951 roku jako następca ks. Jana Piwowarczyka, który postanowił się wycofać, wiedząc, że jego obecność sprowadzi na „Tygodnik” kłopoty. Sapieże, który szukał następcy, arcybiskup Baziak zaproponował księdza Bardeckiego. Kiedy w 1956 roku sytuacja się zmieniła i ks. Piwowarczyk mógł do redakcji wrócić, ks. Bardecki zgłosił gotowość odejścia. Jednak ks. Piwowarczyk wrócić nie chciał, wobec czego arcybiskup odnowił nominację księdza Andrzeja. Jak się okazało, na lat czterdzieści.
Długo był jedynym księdzem na Wiślnej. W tym gronie, w niczym nie przypominającym kółka ministrantów, stał się osobą ważną i szanowaną, ale nade wszystko przez wszystkich kochaną. Wydobywam z pamięci wspomnienia sprzed 35 lat, kiedy to po raz pierwszy przekroczyłem progi redakcji. Ksiądz Andrzej... szczupły, elegancki, w ciemnym ubraniu z koloratką, mówiący z lekkim lwowskim zaśpiewem. Jego odwaga i roztropność, poczucie humoru, ale i śmiertelna powaga, gdy chodziło o sprawy wiary na łamach „Tygodnika”. Pamiętam, jak czyścił moje teksty z ironicznych prześmiewek, bo – jak twierdził – ironią nikogo się nie przekona. Był łagodny, ale w ważnych kwestiach stanowczy i nieustraszony, nawet wobec wybuchów autorskiej wściekłości Tadzia Żychiewicza.
Ksiądz Andrzej w redakcji był szefem działu religijnego i księdzem od spraw ludzkich. Funkcję asystenta sprawował na ogół w rejonach dla naszych oczu mniej widzialnych, na styku „Tygodnik”–hierarchowie. Jako kierownik działu religijnego stworzył niezapomnianą instytucję, zwaną nieco na wyrost „kliką metafizyczną”. Co tydzień na Garncarskiej, w skromnym mieszkaniu księdza Andrzeja gromadziliśmy się: Ziuta Hennelowa, Marek Skwarnicki, Bronek Mamoń, Stefan Wilkanowicz, Tadeusz Żychiewicz, niżej podpisany oraz zaproszeni przez ks. Andrzeja mądrzy ludzie spoza redakcji: o. Jan Popiel czy o. Krzysztof Kasznica. Te spotkania nie przypominały roboczych odpraw. Popijając parzoną przez ks. Andrzeja kawę pobieloną mlekiem w proszku, pogryzając biszkopciki wymienialiśmy informacje, komentowaliśmy wydarzenia, planowaliśmy tematy nowych artykułów i omawialiśmy posiadane materiały. Myślę, że „klika” przyczyniła się do zachowania specyficznego klimatu redakcji na Wiślnej. Grupa ludzi, którzy stale, bezinteresownie rozmawiają ze sobą o sprawach ważnych, buduje wspólnotę. 
Ksiądz Andrzej zasłynął jako znawca Soboru Watykańskiego II. Dzięki niemu „Tygodnik” niemal wyprzedzał wydarzenia, a on sam zaskakiwał kolegów podejmując problematykę, która wkrótce pojawiała się na obradach Soboru. Wiele lat później zdradził tajemnicę: bawiąc tuż przed Soborem w Rzymie, dzięki zaufaniu i przyjaźni późniejszego kardynała ks. Władysława Rubina miał okazję zapoznać się z tajnym dokumentem, zawierającym szkic tematów soborowych. Oczywiście, był to zaledwie zarys, ale ksiądz Andrzej potrafił swoją wiedzę dobrze wykorzystać.
Zresztą ksiądz Andrzej żył Soborem. Znalazł w nim spełnienie swoich oczekiwań – chyba najbardziej w dziedzinie ekumenizmu. Kiedy go poznałem, był zaprzyjaźniony ze wszystkimi krakowskimi duchownymi innych wyznań. Jak do tego doszedł, pozostanie tajemnicą, były to jednak przyjaźnie głębokie i trwałe. Docenił to rządzący archidiecezją wikariusz kapitulny biskup Karol Wojtyła i jeszcze przed ogłoszeniem soborowego dekretu o ekumenizmie mianował ks. Andrzeja pierwszym w historii archidiecezji delegatem ds. ekumenicznych. Zbliżenie wyznawców różnych wyznań pozostało do końca pasją jego życia.
Ksiądz Andrzej co tydzień sam opracowywał „Kronikę religijną”. Przy ograniczeniu dostępu do zagranicznych informacji nie było to łatwe. Jakoś jednak materiały zdobywał, a jego „Kronika”, która wtedy wydawała nam się nieco ciężka, dziś stanowi nieoceniony materiał przy rekonstrukcji wydarzeń. Wiem, że redaktorzy watykańskiego rocznika informacyjnego „Annuario Pontificio”, którym zlecono uporządkowanie zawartych tam informacji o biskupach (zdarzało się, że zmarli figurowali jako żywi), za niezawodną podstawę weryfikacji uznali właśnie tygodnikową „Kronikę”.
Starał się raz w miesiącu napisać poważny artykuł. Jego dziennikarstwo było nade wszystko informacyjne. Pokazuje to „Kościół epoki dialogu”, książka wydana przez „Znak” w roku 1966, będąca zbiorem publikacji z „Tygodnika”. Słynny „mózg elektroniczny” księdza – wielki segregator z niezliczonymi szufladkami – zawierał starannie uporządkowane materiały na wszystkie możliwe tematy. Wolny od zapędów dydaktycznych, solidny, kierował się zasadą wpajaną nam przez Jerzego Turowicza: formacja przez informację. Nie stronił przy tym od publicystyki aktualnej i od tematów drażliwych. Przykładem może być głośny w swoim czasie jego artykuł „Milczenie Piusa XII”, napisany w związku ze sztuką Rolfa Hochhutha „Namiestnik”. Bronił w nim papieża, ukazywał jego racje, ale wypowiadał się krytycznie o milczeniu wobec zbrodni nazizmu. Artykuł wywołał burzę, a ksiądz Andrzej do końca wspominał go jako ważny dziennikarski sukces.
Czasem wdawał się w sprawy niebezpieczne z punktu widzenia taktycznego. Zdarzyło się, że jakiś czytelnik-ksiądz w liście do redakcji pytał, czy wolno do Mszy św. używać hostii z wyciśniętym na niej wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej. Hostie te, produkowane w Częstochowie, rozchodziły się po całej Polsce i co więcej, na zakończenie Soboru Prymas Polski obdarował nimi wszystkich soborowych ojców. Ksiądz Andrzej pytanie czytelnika skierował do watykańskiej Kongregacji Kultu Bożego i odpowiedź (używanie takich hostii jest niedopuszczalne) zamieścił w „Tygodniku”. Ksiądz Prymas zareagował listem do Kongregacji, która jednak nie zmieniła stanowiska, odrzucając przedstawione w piśmie Prymasa uzasadnienia. 
Jako asystent kościelny ks. Andrzej obrywał od władz kościelnych za nasze błędy. Chociaż z arcybiskupami Baziakiem, a jeszcze bardziej z Wojtyłą, łączyły go więzi przyjaźni, musiał wysłuchiwać zarzutów i wyrzutów z powodu popełnianych przez nas głupstw. Prowadził żywą korespondencję z wieloma biskupami, także z Prymasem. Niewątpliwie cieszył się ich szacunkiem i sympatią. Czasem uprzedzał ewentualne zarzuty, wyjaśniając motywy zamieszczenia kontrowersyjnej publikacji, odpowiadał na nagany, czasem zgłaszał postulaty. Przykładem sporu, który zresztą dobrze się zakończył, może być polemika Prymasa z księdzem Bardeckim na temat wydrukowanego przez „Tygodnik” artykułu Borysa Polewoja o ocaleniu Jasnej Góry przez radzieckiego sapera, starszego sierżanta Korolkowa. Ksiądz Prymas widział w tej opowieści chwyt propagandowy; Związkowi Sowieckiemu mielibyśmy zawdzięczać wszystko, nawet Matkę Boską Częstochowską. Po dłuższych badaniach sprawy okazało się, że jednak starszy sierżant rzeczywiście ocalił Jasną Górę i rzecz cała zakończyła się pięknym gestem pojednania ze strony księdza Prymasa (opis incydentu można znaleźć w autobiograficznej książce księdza Andrzeja „Zawsze jest inaczej”, Znak 1995).
Ksiądz Andrzej umiał zachować dystans i właściwie niczego się nie bał. Może to, co przeżył w latach wojny – dobrowolny wyjazd do Niemiec w charakterze robotnika, by nieść opiekę duszpasterską wywiezionym wiernym, obóz w Buchenwaldzie, wielokrotne ocieranie się o śmierć – dało mu pewność, że wszystko jest w ręku Boga i stało się na resztę życia szkołą odwagi. O sławnym pobiciu w 1977 roku przez ,,nieznanych sprawców” zwykł mówić z pewnym rozbawieniem, by nie powiedzieć – dumą. Wyraźnie cieszyło go, że kardynał Wojtyła – przyjaciel – powiedział mu wtedy: „ty dostałeś za mnie”.
Zwykle był cierpliwy i pełen życzliwości do bliźnich. Któż z nas nie pamięta, jak perswadował, zwracając się do rozmówcy wymawianym z lwowska „moj kochany” i rozpoczynając wyjaśnienia od obiektywnego nakreślenia tła: „jest taka sytuacja”. Gniewem wybuchał rzadko, ale z wielką siłą. Pamiętam, jak po niefrasobliwym nadużyciu przez tygodnik „Nie” osoby Papieża (chodziło o rzekome papieskie błogosławieństwo dla tego pisma) podniesionym głosem powtarzał, niemal krzyczał: obrazili mego przyjaciela, więc nie mogę milczeć. 
Odszedł na emeryturę w 1991 roku. Odwołanie księdza Bardeckiego przez Metropolitę krakowskiego dla redakcji było zaskoczeniem. Kardynał w swym piśmie odwoływał się do wieku ks. Andrzeja, jednak w post scriptum wyjaśnił, że na decyzję wpłynął fakt umieszczenia jego listu pasterskiego obok artykułu Waldemara Kuczyńskiego, krytykującego prezydenta Wałęsę. Powołany na następcę ks. Andrzeja usiłowałem zeń wydobyć, co myśli o tym wszystkim. W wymienionej z tej okazji korespondencji i rozmowach nie padło z jego strony ani jedno słowo rozżalenia czy pretensji. Ucieszył się z mojego przyjścia i zapewniał, że zdejmuję wielki ciężar z jego ramion, że teraz, w przypadku jakichkolwiek ataków, będzie mógł odsyłać napastników: to nie ja, to kolega.
W ostatnich latach, poświęcił się jednej ze swych pasji – bioprądom. Był wyposażony w niezwykłe zdolności różdżkarskie. Był okres, że stracił niemal całkowicie wzrok, jednak operacja zaćmy wzrok mu przywróciła. Nosił teraz okulary z potężnymi soczewkami, bo – jak twierdził – jego organizm wszczepionej soczewki nie mógł przyjąć. Jego mieszkanie, zawsze ubogie (nie gromadził książek, lecz je oddawał) było jeszcze uboższe niż dawniej. W jednym z dwóch pokoików prowadził swoje doświadczenia. Wychodził na miasto, czasem uczestniczył w uroczystościach „Tygodnika”, utrzymywał kontakt z redakcją, pilnie śledząc wszystko, co się u nas dzieje.
Kiedy byliśmy zaabsorbowani wyborami i następstwami terrorystycznych ataków, księdza Andrzeja, nieprzytomnego, przewieziono do szpitala. Wylew. Kilka dni jeszcze pozostawał wśród żyjących i 28 września o dziesiątej wieczór bioprądy zatrzymały swój bieg. Pokorny kanonik (kardynał Wojtyła mianował go kanonikiem kapitulnym), kościelny asystent „Tygodnika Powszechnego” odszedł do domu Ojca, żeby tam być naszym niebieskim asystentem. 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl