Telewizja, która szanuje widza

MARCIN KRÓL

 

Nie dostałem pieniędzy za napisanie tego tekstu, więc nie jest to ani reklama, ani kryptoreklama, lecz wynik bycia trafionym przez szlag na skutek oglądania obu programów telewizji publicznej. Od pewnego czasu konsekwentnie odmawiam udziału w tak zwanych debatach prowadzonych w tej telewizji, ponieważ reguła (także w wielu komercyjnych stacjach) polega na tym, że jest pięciu krzykaczy, jeden prowadzący i razem na wszystko dwadzieścia pięć minut, żeby zostawić potem pięć minut na reklamę. Czyli na głowę około czterech minut w trzech wypowiedziach po minuta i jedna trzecia. Jak się gorzej trafi (na przykład na miłych mi Czesława Bieleckiego czy Jadwigę Staniszkis), to ledwie się człowiek do słowa dopcha, czekając aż poprzednik jednak będzie musiał zaczerpnąć oddechu. Kiedyś wspólnie z przyjaciółmi robiliśmy w telewizji publicznej „Rozmowy w Res Publice”, ale je skasowali, bo chociaż nadawano je około dwunastej w nocy, to czterdzieści minut poważnego gadania jest dla telewizji publicznej niedopuszczalne.
Oglądałem odpowiedniki telewizji publicznej w wielu krajach i tylko w Polsce jest ona tak skandalicznie podła i tak przekonana, że widz jest idiotą, który nie potrafi utrzymać uwagi dłużej niż jedna i jedna trzecia minuty. Moim zdaniem wynika to z tego, że dziennikarze w tej telewizji (naturalnie nie wszyscy, ale wielu) są nieprzygotowani do zawodu, a przede wszystkim leniwi, zaś dłuższa rozmowa z kimkolwiek wymaga odpowiedniego przygotowania. Ponadto chodzi wszystkim rządzącym o to, żeby ludzie mieli papkę w mózgu, bo im głupsi, tym mniej kłopotliwi i dają sobą rządzić bez nadmiernych protestów.
Na tym tle jako zjawisko niemal nadprzyrodzone odbieram nowy program TVN, czyli TVN 24. Właściciele grupy ITI podjęli wielkie ryzyko i uruchomili normalną stację informacyjną i to funkcjonującą przez dwadzieścia cztery godziny. Spikerzy są kompetentni, maja korespondentów w wielu krajach, a że się nieco wzorują na CNN, to tylko rozsądne, bo dlaczego nie korzystać z dobrych wzorów?
Co więcej, kiedy rano piję z ponurą miną (bo co też może człowieka czekać w Polsce kolejnego zimnego dnia), humor mi się poprawia, kiedy słyszę długą (pół godziny!) rozmowę z kimś interesującym ze sfer politycznych lub z jakimś ekspertem. Dziennikarze, którzy te rozmowy prowadzą, nie są słynni (na razie), ale są uprzejmi, eleganccy i znają się na rzeczy. Bardzo częste są również rozmowy na tematy kulturalne, na przykład z laureatem tegorocznej nagrody Kościelskich, Jerzym Sosnowskim, rozmowa trwała ponad dwadzieścia minut, ale jeżeli nawet fakt tej nagrody odnotowano w beznadziejnym „Pegazie”, to na pewno poświęcono mu nie więcej niż trzy minuty.
TVN 24 tylko dlatego – wspólnie ze stacją matczyną czyli TVN – nie wykończyła jeszcze telewizji publicznej, że zasięg tych stacji jest mniejszy. To się jednak na pewno zmieni z czasem i biada wtedy wszystkim kolejnym, coraz gorszym, szefom telewizji publicznej – pójdą na zieloną trawkę i słusznie.
Bo przecież telewizja ma spełniać wiele zadań, ale ponieważ jest to najpopularniejsza forma przekazywania wiadomości i szeroko rozumianej informacji, to ma także zadania, które powinny służyć rozwojowi demokracji. Pośród tych zadań jednym z ważniejszych jest oświecanie obywateli. Telewizja publiczna wpędza obywateli w ciemności średniowiecza, zaś TVN 24 w nowoczesny świat. Jak to się stało? Powiedziałbym, że to nie tyle zasługa TVN 24, bo to jest po prostu normalnie dobra stacja, lecz telewizji publicznej, która jest nienormalnie zła i to od lat, i – co ciekawe – jakoś nikt na to nie potrafi poradzić. Dlaczego? Zachęcam Czytelników do samodzielnego zgadywania.

Marcin Król

 



 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl