Votum separatum

Wszyscy mają rację 

JÓZEFA HENNELOWA

 

Oczywiście że młode matki powinny mieć urlop jak najdłuższy, aby dziecku zapewnić prawdziwe poczucie bezpieczeństwa, bo u początku życia nie zakłócona niczym, trwała obecność matki nie da się w żaden sposób zastąpić. Oczywiście że niepełnosprawne dzieci powinny mieć wszelkie ułatwienia w transporcie, a do szkoły przede wszystkim. Oczywiście, schorowani kombatanci i utrudzeni pobytem w obozach i łagrach mają korzystać z ułatwień w leczeniu i jego pełnej dostępności. Oczywiście, zakłady pracy zatrudniające samych inwalidów słusznie mają taryfę ulgową w swoim funkcjonowaniu, bo nie wszystkim żelaznym prawom rynku sprostać są w stanie. Oczywiście, bezrobotni nie mogą ginąć z głodu, a bezdomni z mrozu. To tylko wyimki z litanii spraw oczywistych.
Równie oczywiste jest, że prawa nabyte są prawami nabytymi, a obietnice mają być dotrzymane. Nauczycielom obiecano podwyżki i pielęgniarkom również. Inwalidzi pierwszej grupy zyskali prawo do przejazdów bezpłatnych razem z osobą towarzyszącą, studenci określone zniżki na wszelkie środki komunikacji, a pracownicy PKP wraz z rodzinami darmowe bilety jak Polska długa i szeroka. Ustalono zasady zwolnień zbiorowych, zasiłków socjalnych, metod obliczania emerytur mundurowych, minimum płacy i setkę innych świadczeń. W każdej z tych grup odbierających świadczenia wszelka próba zmiany wywołuje protest gwałtowny i umotywowany.
Wszyscy mają rację. To znaczy – każdy swoją. Rozpatrywane z osobna, nabierają mocy przekonującej. Zestrojone w wymarzony model państwa opiekuńczego – rodzą co najmniej niepokój. Po pierwsze, bo praktyka nazbyt często rodzi znaki zapytania co do zasadności przyznanego uprawnienia. Po drugie, bo nie da się uniknąć podsumowania wszystkich pozycji, tylko bowiem końcowy wynik finansowych obciążeń państwa (i płatników podatków) daje albo nie daje gwarancji na zrealizowanie praw przyznanych kolejnym grupom podopiecznych. 
Żeby raz jeszcze wrócić do skróconych ostatnio urlopów macierzyńskich: dłuższy lepszy jest niż krótszy, to pewne. Ale już pomijając, że ten dłuższy wprowadzono dopiero niedawno, a przedtem jakoś matki radziły sobie w ramach wcześniejszych uprawnień, ten dłuższy też przecież zmusza wracającą do pracy matkę do pozostawienia dziecka zaledwie kilkumiesięcznego. Ideałem i tak byłyby dopiero świadczenia wychowawcze, pozwalające matce po urodzeniu dziecka odchować je do czasów przedszkola. A o tym nawet marzyć niepodobna. Więc może bardziej zagrażają rodzinie inne powzięte oszczędności (np. skasowanie zasiłku porodowego) niż akurat ta decyzja, z taką determinacją oprotestowywana? Już nie wspominając, że dotyczy ona tylko kobiet mających etaty, i że całe dobrodziejstwo „polityki prorodzinnej” przerzucane jest przez ustawodawcę ochoczo na barki pracodawców, na ich koszty pracy. A przecież o „prorodzinności” w o wiele większej mierze niż ten spektakularny pomysł, decyduje choćby zmniejszanie bezrobocia – to chyba jasne.
Wielu współczuje studentom: będą zaciskać pasa, opowiadają do kamery, jakim obciążeniem stanie się nieco mniej ulgowy dojazd do domów rodzinnych. A tak naprawdę chciałoby się mieć pewność większą niż pozwala praktyka, że student to też ten „najbiedniejszy”. Bo tak się mówi w telewizji. A jak się mieszka w sąsiedztwie miasteczka studenckiego, to nachodzą wątpliwości – na przykład co do stopy życiowej, wyrażającej się chociażby w konsumpcji piwa. Więc czy krzyk podniesiony na pewno jest współmierny do zagrożenia?
Niedawno czytałam w jednym z tygodników felieton ubolewający nad ograbianiem steranych kombatantów z niektórych bezpłatnych świadczeń lekarskich (ograniczenia dotyczą współmałżonków). Tyle że napisał go ktoś, kto tylko w bardzo szeroki sposób mieści się w tej grupie (ustawa była ogromnie liberalna), no a nadto bardzo dobrze radzi sobie życiowo jako płodny twórca. W porównaniu z „nie zasłużonymi”, ale naprawdę schorowanymi biorcami najniższych rent niełatwo by mu było obronić swoje uprzywilejowanie, na cokolwiek by się chciał powołać. Czy on jeden? Inwalidzi pierwszej grupy też okazują się zbyt często ludźmi o kondycji pozwalającej na przykład uprawiać turystykę zagraniczną, a zakłady „pracy chronionej” nadużywają swojego ochronnego charakteru dla rozkwitu interesów wielu bardzo zdrowych przedsiębiorców. 
Mało co tu się zgadza. A zgodzić się musi, z tej prostej przyczyny, że bez zbilansowania, pozwalającego na odpowiedzialne i wiążące decyzje zachowania osłon potrzebnych bezwzględnie i adresowanych w pełni właściwie, pewne jest jedno tylko: kiedy w kasie pokaże się dno (a będzie się to odbywało w wielu dziedzinach i wielu miejscach na raz), odmowa pomocy uderzy na ślepo. I nikt nic na to nie poradzi. Choćby protestował już nie tak jak studenci ostatnio, ale sto razy drastyczniej.
Chyba że i u nas zyskają posłuch ci najmniej odpowiedzialni, którzy mają gotowe recepty na niedobór, polegające na pełnej ignorancji mechanizmów gospodarczych, za to spektakularne, o największej sile rażenia. Model argentyński jest stuprocentowo czytelny, niestety.
 
Józefa Hennelowa


 



 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl