O wszystkim

Dwa miasta

ANDRZEJ DOBOSZ

 

Gdzieś od połowy grudnia nie widuje się na paryskich ulicach przechodniów z pustymi rękami. Niemal każdy – kobieta czy mężczyzna – obciążony jest dużą torbą, dwiema torbami, trzema torbami. Często, by wejść do kolejnego sklepu, klienci muszą część zakupów złożyć na chodniku i dopiero wtedy mogą chwycić za klamkę.
Paryż, odkąd pamiętam, był zawsze miastem dobrze oświetlonym. W ostatnich latach jeszcze przed nastaniem zmierzchu tonie w światłach. Wieża inżyniera Eiffla od dołu do góry zdaje się być obłożona żarówkami. Drzewa na Polach Elizejskich i odchodzącej od nich avenue Montaigne, ale także w pewnych partiach bulwaru St. Germain są nimi obwieszone. Próbowałem je policzyć na jednym drzewie: zgubiłem się po pierwszych 50. Można by powiedzieć, że są ich dziesiątki tysięcy, gdyby nie to, że nad niektórymi ulicami, jak przedmieście św. Honoriusza, wywieszono jakby ogromne serwety utkane z malutkich żaróweczek; tak więc razem są to miliony światełek. 
Większość francuskiej energii pochodzi z elektrowni atomowych. Elektryczności nie da się magazynować. Wyłączanie i włączanie reaktorów zmniejszałoby bezpieczeństwo urządzeń – to właśnie podczas takich manewrów zdarzyła się katastrofa w Czarnobylu. Tak więc w godzinach, gdy przemysł przestaje korzystać z prądu, znacznie obniża się jego cenę. Ale i tak uchwalony właśnie budżet miasta na rok przyszły sięga sumy 5 miliardów franków, czyli ponad dwu i pół miliarda złotych. Przy moim trybie życia nie umiem powiedzieć, o której te światła gasną; w każdym razie nadejście północy niczego jeszcze nie zmienia.
Poniosło mnie jednak do innych dzielnic niż te, po których zazwyczaj chodzę i znalazłem się w innym świecie. Na przedmieściu du Temple, gęstej handlowej ulicy długości jednego kilometra, nad którą również zwisają świetliste girlandy, choć rzadziej niż na Polach Elizejskich, ulicy biegnącej od placu Republiki do bulwaru Belleville, nie spotkałem jednej osoby niosącej coś, co by wyglądało na świąteczne prezenty. W wieku XVIII znalazł tu swą siedzibę cyrk prowadzony najpierw przez Anglika Astleya, potem przejęty przez wenecką rodzinę Franconich, w którym popisywali się włoscy akrobaci, indyjscy żonglerzy, chińscy skoczkowie oraz uczone zwierzęta. Była to dzielnica ludowych kabaretów z najtańszym w mieście winem. Dziś chińska jatka Sing Sing z reklamami wyłącznie w języku chińskim sąsiaduje tu z magazynami strojów afrykańskich. Wszystkie partery co do metra wykorzystane są przez handel odbywający się do późnych godzin wieczornych, gdy już większość pozostałych sklepów w mieście została dawno zamknięta na noc. Tu i o 9 wieczór można kupić spodnie bądź pierścionek. 
Na placu Vendôme u Armaniego na wystawie błyszczy teraz wieczorowa czerwona suknia z paru warstw muślinu obszytych setkami koralików. Jej cena wynosi 102 780 franków. Za te pieniądze na przedmieściu du Temple można by nabyć pięć tysięcy sukien równie błyszczących, choć z zupełnie innych tworzyw. U Armaniego na tę suknię z głębokim dekoltem narzucono jeszcze dopełniający ją szal w cenie 24 720 franków. Natomiast smoking u Armaniego jest tak tani, że tym samym kosztem co jedną córkę można ubrać na karnawałowy bal siedmiu synów.
Na północ i wschód od placu Republiki można nabyć wyłącznie produkty do jedzenia, picia i jakiego takiego przyodziania się. No i jeszcze lekarstwa. Chodząc godzinami nie trafi się tu na księgarnię, sklep materiałów piśmiennych, nie mówiąc już o galeriach sztuki. W tym drugim mieście ożywiona gospodarka kieruje się innymi regułami. Święta w tamtych dzielnicach są dniami zwykłej, zapobiegliwej krzątaniny.

Andrzej Dobosz

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl