Demokratycznie, zgodnie z Konstytucją i ordynacją, wybraliśmy nowy parlament: nowe władze RP i nową opozycję. Wyniki głosowania są znane, społeczeństwo zachowało się trochę tak, jak w znanej grze telewizyjnej Big Brother: połowa widowni nie interesowała się przebiegiem wydarzeń, a druga połowa w znacznej mierze ograniczyła się do „nominowania”, czyli wyrzucenia za drzwi tych nielubianych, choć trudno pojąć, w czym byli gorsi od wielu spośród nowo wybranych. W efekcie odpowiedzialność za przyszłość Polski spadła na SLD.
Gorzko to pisać, ale wielka, spektakularna transformacja kraju w małym tylko stopniu dotknęła mentalności społeczeństwa. Nie zdaliśmy egzaminu. My, media. Nie dał się słyszeć klarowny głos Kościoła. Zawodziło często sumienie wyborcy-katolika. Zirytowani, przerażeni, pogubiliśmy się w tej nieczytelnej plątaninie. Wyszło, jak wyszło, czyli w dużej mierze zmarnowaliśmy swoje głosy.
Najbardziej nam dziś potrzeba nie kolejnej fali narzekań i pretensji, lecz rzetelnego myślenia o tym, co wspólne – i to nie raz na cztery lata – lecz na co dzień. Wyniki przyszłych wyborów powinny się kształtować już dziś, a nie w sposób emocjonalny na pięć minut przed dwunastą. Chodzi o to, by w przyszłości głosować po prostu na swoje poglądy – tyle że wprzód trzeba je mieć.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl