Zapomniany strach

MACIEJ WIERZYŃSKI z Nowego Jorku

 

Jak z nową sytuacją poradzą sobie Amerykanie, rozpieszczeni przez lata beztroski? Ludzie znający ten kraj twierdzą, że wielkość Ameryki widać najlepiej w chwilach kryzysu.


„Globalizacja wkroczyła do mojego domu w New Jersey pod postacią TV Polonia” – tak się zaczynał tekst dla „Tygodnika”, który pisałem w poniedziałek 10 września. Chciałem zająć się w nim kampanią wyborczą w Polsce, widzianą z amerykańskiej perspektywy. Następnego dnia byłem w Waszyngtonie, aby uczestniczyć w spotkaniu z prezydentem Litwy Adamkusem. Na spotkanie nie dojechałem. Utknąłem w korku na Connecticut Avenue. Parę minut wcześniej w stolicy USA ogłoszono ewakuację budynków rządowych. Płonęło skrzydło Pentagonu, przez moment telewizja pokazała kłęby dymu nad Old Executive Building, który jest częścią kompleksu Białego Domu. Ewakuowano Kapitol. Wydawało się, że nieznany przeciwnik prowadzi na Stany Zjednoczone zmasowany atak z powietrza. Z uśpionych pokładów pamięci powrócił strach, jaki przeżywałem w dzieciństwie, kiedy matka trzymając mnie za rękę zbiegała do piwnicy podczas bombardowań Warszawy. Nie przypuszczałem, że jeszcze kiedyś taki strach przeżyję. Skoro ten zapomniany strach dogonił mnie w Ameryce, pomyślałem, że musiała się skończyć jakaś epoka.
Nie ja jeden wpadłem na ten pomysł. Jest takie nadużywane powiedzenie: „Od tej chwili nic już nie będzie takie samo”. W zastosowaniu do obecnego momentu nie ma nadużycia. „To koniec; koniec pewnej epoki; epoki naszej nietykalności. Odbudujemy zniszczenia fizyczne, zabliźnią się rany psychiczne. Ale już nic nie będzie takie same – pisał w „New York Times” Ronald Steel. – Bariera została przekroczona. Bariera oddzielająca Amerykę od świata zewnętrznego”. 
Dla Polaka to rzecz trudna do wyobrażenia: od ponad 200 lat na ziemi amerykańskiej nie stanął obcy żołnierz. Stany Zjednoczone stały się potęgą, chronione przez oceany i przestrzenie, na których kraj ten się rozciąga. Ameryka toczyła wojny z Niemcami, Japonią, Północną Koreą i Wietnamem, ale to wszystko rozgrywało się na kontynentach oddalonych o tysiące kilometrów od brzegów Ameryki. W tych wojnach zginęły tysiące amerykańskich żołnierzy. Poległym zbudowano pomniki, napisano o nich książki, nakręcono filmy. Dzieci uczą się o tym w szkołach. Niejedna rodzina przeżyła ból utraty najbliższych. Nie jest prawdą, że wojny te nie zostawiły żadnego śladu w amerykańskiej psychice zbiorowej. Jednak zawsze było miejsce, w którym można było ten ból ukoić bez poczucia zagrożenia. Tym miejscem była Ameryka. Już nie jest.
Poczucie straty potęguje jeszcze jeden czynnik. Atak na World Trade Center jest także pożegnaniem z pewną epoką gospodarczą: złotymi latami dziewięćdziesiątymi. Miniona dekada była w USA okresem bezprecedensowego rozwoju. Wartości indeksów giełdowych szybowały w stratosferę, a wraz nimi powstawały ogromne majątki, często trafiające w ręce ludzi młodych. Z owoców prosperity korzystali nie tylko najbogatsi, wzrost zamożności widoczny był na każdym niemal kroku. Wokół miast rozlewały się nowe osiedla domów jednorodzinnych i luksusowych rezydencji. Wakacje i podróże stały się bardziej dostępne także dla mniej zarabiających, a w modniejszych restauracjach na Manhattanie stolik trzeba było rezerwować z trzymiesięcznym wyprzedzeniem. W ciągu tych lat „Amerykanie żyli niemal jak we śnie – pisał Robert Samuelson, komentator „Washington Post” – rozkoszując się rolą jedynego supermocarstwa w świecie, ciesząc się zdającą się nie mieć kresu koniunkturą, szczelnie odizolowani od panującego na świecie zła, nienawiści i konfliktów”. 
To wszystko dobiegło kresu. Jak sobie z nową sytuacją poradzą Amerykanie, rozpieszczeni przez lata beztroski? Ludzie znający ten kraj twierdzą, że wielkość Ameryki widać najlepiej w chwilach kryzysu. W końcu to wygrzebująca się z depresji Ameryka była siłą napędową koalicji antyhitlerowskiej. Ta prostoduszna Ameryka doprowadziła do upadku komunizmu. To, co widzimy dziś w Nowym Jorku, potwierdza prawdę o Ameryce, która jest jak „wańka wstańka”. Ujawniła się umiejętność mobilizacji i improwizacji. A wieczorami ulice zapełniają się ludźmi, płoną znicze. Na budkach telefonicznych i przystankach wiszą ogłoszenia o zaginionych. Opatrzone zdjęciami, krótką charakterystyką: wzrost, kolor włosów, znaki szczególne – wyrażają ból i nadzieję.
Kiedy wracałem do domu promem, na drugą stronę rzeki, nad dolnym Manhattanem ciągle wisiała chmura dymu. Przypomniały mi się łuny i dymy nad śródmieściem Warszawy, zapamiętane z 1944 r. Uświadomiłem sobie, że po raz drugi w życiu mieszkam w mieście, na które wydano wyrok. Pół wieku później Warszawa jest wspanialsza niż kiedykolwiek, o tragedii przypominają pomniki i tablice pamiątkowe. Nie mam wątpliwości, że tak samo będzie w Nowym Jorku.
Pisząc te słowa zestawiam rzeczy nieporównywalne: jedno miasto zostało zrównane z ziemią, w drugim w gruzach legło zaledwie kilka ulic. W pół wieku po klęsce powstania, w Warszawie tylko pomniki przypominają o tamtej tragedii. Więc sam siebie przekonuję, że tak samo będzie w Nowym Jorku, chociaż nie wiadomo jeszcze, co powstanie na miejscu dzisiejszego rumowiska: pomnik czy wieżowiec jeszcze wyższy od World Trade Center. A po drodze trzeba jeszcze wygrać wojnę, do której wezwał swoim przemówieniem w Kongresie George Bush. Ostrzegał, że nie chodzi o jedną bitwę, ale o „długą kampanię, nie podobną do niczego, co widzieliśmy w przeszłości”. Mówi się, że było to jego najważniejsze przemówienie w życiu. Może nie tylko w jego życiu. Wezwał Amerykanów, żeby byli „spokojni i zdecydowani” i obiecał, że sam „nie ustąpi, nie spocznie, nie ugnie się”. Już najbliższe tygodnie poddadzą te zapowiedzi ciężkiej próbie.


Autor jest redaktorem naczelnym „Nowego Dziennika” w Nowym Jorku, przedtem był dyrektorem „Głosu Ameryki” i korespondentem „Radia Wolna Europa”.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl