Między Sarajewem, Kosowem a Nowym Jorkiem

OLAF OSICA

 

Skuteczna polityka wobec terrorystów i państw dających im schronienie musi być wystarczająco zdecydowana, aby nie stwarzać im żadnych nisz dla dalszego działania, i odpowiednio zniuansowana, aby krąg wyznawców szantażu terrorystycznego nie zwiększał się. Stany Zjednoczone i UE potrzebują wspólnego kija i wspólnej marchewki.


Do 11 września dyskusje nad ewolucją polityki międzynarodowej prowadzone były w cieniu wojny w Kosowie. Wydawało się, że interwencja Sojuszu ustanowiła dziejową cezurę w polityce międzynarodowej i – wznosząc prawa człowieka ponad suwerenność państwa mordującego własnych obywateli – nadała jej nieznany dotąd wymiar. Był to także sygnał dla wielu reżimów, że państwa demokratyczne potrafią i chcą bronić swych wartości w polityce światowej. Od 11 września można śmiało stwierdzić, że choć reperkusje pierwszej w dziejach ludzkości interwencji humanitarnej nie są obojętne dla myślenia o kondycji świata, to dopiero ofensywa terrorystów przeciwko Stanom Zjednoczonym, a faktycznie fundamentom cywilizacji zachodniej, ukazała pełny obraz wyzwań, z jakimi przyjdzie się nam zmierzyć w nowym wieku. I to ona – miejmy nadzieję ostatecznie – przejdzie do historii jako jeden z przełomów w dziejach ludzkości.


Dwa zamachy, dwie wojny?


Historia polityczna XX wieku rozpoczęła się w 1914 r. od zamachu terrorystycznego w Sarajewie na następcę tronu jednej z pięciu ówczesnych potęg europejskich. W ciągu kilku tygodni Stary Kontynent pogrążył się na cztery lata w szaleństwie wojny. Związek między tym wydarzeniem a dramatem Nowego Jorku nasuwa się w sposób oczywisty. Wartość tej obserwacji wykracza wszakże poza samą analogię. Zamach na arcyksięcia Ferdynanda okazał się być brzemiennym w tragiczne skutki, ponieważ uzasadniona reakcja Austro-Węgier została użyta przez inne państwa jako pretekst do realizacji swych politycznych celów. Nie inaczej – wbrew wielu deklaracjom – będzie wtedy, gdy Waszyngton podejmie decyzję o rodzaju i skali riposty. Dlatego tak ważne jest, aby nie była ona podyktowana jedynie, zrozumiałą w obecnej sytuacji, żądzą odwetu. Wystąpienia najważniejszych członków administracji waszyngtońskiej – sekretarza stanu Colina Powella, sekretarza obrony Donalda Rumsfelda i doradcy prezydenta Condoleezzy Rice – pozwalają wierzyć, że tak się nie stanie. Tyle że nie będzie to łatwe. 90 proc. amerykańskiego społeczeństwa żąda zdecydowanej akcji militarnej. Były kandydat w wyścigu do Białego Domu senator McCain ogłasza: „Niech Bóg ma litość, bo my jej mieć nie będziemy”. 
Nikt dzisiaj nie może odmówić Amerykanom moralnego – a jeżeli sprawcą zamachu okaże się agent konkretnego państwa, także wynikającego z norm międzynarodowych (obrona własna) – prawa do podjęcia działań, jakie uznają za stosowne, włączając w to operację zbrojną. Muszą oni mieć jednak świadomość ich konsekwencji. Część świata arabskiego poprze Waszyngton, ale wsparcie to będzie mieć granice w postaci interesów poszczególnych państw. To samo dotyczy Rosji i Chin. Europa stanie u boku sojusznika zza Atlantyku, ale nie zgodzi się, aby w dłuższej perspektywie środki wojskowe – jeżeli zostaną użyte – wzięły górę nad polityką i dyplomacją. Tym bardziej, że prawdopodobne jest, iż wśród ofiar ewentualnego odwetu będą zwykli ludzie, których jedynym przewinieniem jest to, że przyszło im żyć na obszarze wybranym przez terrorystów za swe schronienie. „To jest wojna” – powiedział prezydent Bush, a za nim powtarzają media całego świata. „To nie jest wojna. Musimy znaleźć słowa pokoju, nie wolno nam postępować jak na wojnie” – zaapelował szef belgijskiej dyplomacji i przewodniczący Rady UE w tym półroczu Louis Michel. Nawet bowiem gdy uznać, że jest to wojna, jakiej nigdy nie było, wojna XXI wieku, to przecież podlega ona takim samym zasadom jak te, których na świecie było już wiele.


Euroatlantycki renesans?


Oceniając sytuację USA na świecie z perspektywy 11 września można dojść do wniosku, że z wyjątkiem Bagdadu, Waszyngton ma wszędzie oddanych sojuszników. Telefony potępiające zamach i oferujące Amerykanom pomoc dzwoniły z Pekinu, Moskwy, stolic państw arabskich, a nawet Hawany. W rzeczywistości jednak jedynym sprzymierzeńcem, na którego USA mogą i powinny liczyć, jest Europa. Porywacze samolotów, które uderzyły w symbole amerykańskiej potęgi, stworzyli bowiem – wbrew swym intencjom – solidne podstawy pod nowy etap stosunków euroatlantyckich. Choć różnice perspektyw i polityczne spory nie znikną, pamięć o tysiącach ofiar dodatkowo spoi obu partnerów i obniży temperaturę toczonych między nimi dyskusji. Paradoksalnie zatem, po 11 września bezpieczeństwo Ameryki i Europy odzyskało wspólny mianownik, którego strata w 1989 r. wstrząsnęła podstawami ich relacji. Jest nim wspólny wróg, który choć nie ma na razie twarzy, w jednej chwili pozostawił po sobie zniszczenia niewyobrażalne w czasie 50 lat „zimnej wojny”.
Poprawie może ulec także klimat psychologiczny współpracy euroatlantyckiej. Jednym z powodów trudności w dialogu Waszyngtonu ze stolicami europejskimi było dojście do władzy pokolenia „szczęśliwie urodzonych”, dla którego II wojna była dramatem znanym głównie z podręczników. Dla Tony’ego Blaira, Gerharda Schroedera czy Georga Busha jr. wydarzenia w Nowym Jorku i Waszyngtonie tworzą zatem wspólne, tragiczne doświadczenie, ową wartość, której do tej pory było im brak.
Paradoks wydarzeń ostatnich dni polega też na tym, że w ciągu kilku godzin odwróceniu uległa leżąca u podstaw sojuszu Stanów Zjednoczonych z Europą zasada, iż to Ameryka jest partnerem dominującym, który ma bronić Starego Kontynentu. Teraz Waszyngton zwraca się o pomoc, a NATO po raz pierwszy ogłasza gotowość zastosowania słynnego art. V. traktatu waszyngtońskiego, mówiącego o obronie zbiorowej sojuszników na wypadek ataku na jednego z nich. Dla Europy jest to wydarzenie przełomowe, w którym kompleks niższości i uzależnienia od protektora zza Atlantyku ma szansę osłabnąć, torując drogę do rzeczywistego zrównoważenia stosunków euroatlantyckich. 
Jest to także moment refleksji. Oto dwa lata po jubileuszowym szczycie w Waszyngtonie, którego dyskusjom towarzyszyły odgłosy interwencji w Kosowie, rozwój sytuacji narzuca nową interpretację roli NATO. Art. V, który wskutek braku bezpośredniego zagrożenia zdawał się pomału odchodzić w przeszłość, znalazł nową wykładnię. Także obszar działania sojuszników, określony w przyjętej w kwietniu 1999 r. nowej koncepcji strategicznej enigmatyczną „sferą euroatlantycką”, ma teraz realny wymiar. Obejmuje on nie tylko Amerykę i Europę, ale i te regiony Azji, z których może pochodzić groźba ataku terrorystycznego. Dzisiaj wiadomo bowiem, że w sporze towarzyszącym pracom nad nową koncepcją strategiczną NATO rację mieli Amerykanie, którzy od początku kładli nacisk na zagrożenie terroryzmem oraz swobodne, niezależne od decyzji Rady Bezpieczeństwa ONZ, i nie ograniczone geograficznie działanie Sojuszu przeciwko państwom określonym już w innej w dyskusji – nad budową systemu obrony przeciwrakietowej (MD) – jako „zbójeckie”. Europa dostrzegała zaś w tym próbę uczynienia z Sojuszu „globalnego żandarma” powolnego amerykańskim interesom i terrorystycznej obsesji Waszyngtonu.
Tak jak lekcja 11 września dała Europejczykom dowód, że amerykański lęk przed terroryzmem miał podstawy, tak Amerykanie przekonali się, że ich marzenie o nietykalności, o bezpieczeństwie absolutnym opartym na sile militarnej i wyrafinowanej technologii się nie ziści. Krytycy reklamowanego jako panaceum przeciwko m. in. atakom terrorystycznym systemu ochrony antyrakietowej dostali do ręki poważny argument: budowa tarczy nie ma sensu. Abstrahując od przeszkód natury technicznej, trudno przypuszczać, aby ktokolwiek ryzykował atak nuklearny, biologiczny czy chemiczny na USA. Jego pochodzenie można bowiem bez problemów zidentyfikować i natychmiast nań odpowiedzieć. Zamiast tego lepiej i, niestety, łatwiej uprowadzić samolot lub podjechać samochodem pułapką.


Nowy porządek


Choć szok połączył polityków obu stron oceanu w zapewnieniach o konieczności wspólnego działania, nie jest on w stanie zmienić faktu, że zagrożenia dla Europy i Ameryki będą pochodzić z różnych źródeł, a przeciwdziałanie im będzie wymagać odmiennych środków. Dla Stanów Zjednoczonych wrogiem jest terroryzm państwowy, którego skupiskiem jest świat arabski. Dla Europy zagrożeniem jest przede wszystkim świat przestępczości zorganizowanej, pozbawiony fundamentów ideologicznych i nastawiony na zysk, ale skłonny do posłużenia się terroryzmem jako formą obrony swych interesów. 
Oba te światy żyją w doskonałej symbiozie. Przemyt narkotyków, handel żywym towarem, niekontrolowany przepływ broni to finansowe fundamenty organizacji działających poza i przeciwko państwom demokratycznym. Ich oparciem są państwa o efemerycznych strukturach, funkcjonujące w politycznej próżni, gdzie powszechna korupcja i strach ludzi tworzą idealne środowisko dla rozkwitu mafii wszelkiego rodzaju, narodowości i religii. Takim miejscem są ciągle kraje powstałe na gruzach Jugosławii. Dostrzeżenie tej zależności pozwala na nowe odczytanie sensu działań NATO na Bałkanach, a w szczególności w Kosowie. Była to nie tylko operacja w imię ochrony praw człowieka, ale także przeciwko państwu, które tworzyło sprzyjające przestępczości i terroryzmowi środowisko. Tam gdzie nie ma poszanowania dla praw człowieka, gdzie władza w sposób dowolny posługuje się społeczeństwem dla realizacji swych celów, tam istnieje grunt pod narodziny terroryzmu państwowego. Serbia mogła stać się kolejną Libią czy Irakiem.
To lekcja dla wielu polityków amerykańskich, którzy uważali, że interwencja w Kosowie, tak jak wcześniej w Bośni, nie była ich problemem. To dowód, że Amerykanie nie mogą ograniczyć swej obecności wojskowej na świecie i skryć się za „cudowną izolacją”. Że Stany Zjednoczone nie mogą działać w pojedynkę i kontestować inicjatyw służących zwiększaniu bezpieczeństwa świata – patrz odrzucony dwa lata temu przez Senat Traktat o całkowitym zakazie prób z bronią nuklearną (CTBT), odmowa podpisu pod konwencją zakazującą produkcji min przeciwpiechotnych czy statutem Międzynarodowego Trybunału Karnego. To także wyzwanie dla Europy, która mając w perspektywie skoncentrowanie się Stanów Zjednoczonych na sytuacji na Bliskim Wschodzie i jego politycznym otoczeniu, musi przejąć kolejną część odpowiedzialności za swoje bezpieczeństwo.
Walka z groźbą terroryzmu ma sens tylko wtedy, gdy wysiłki obu partnerów zostaną połączone, a obie strony rozwijać będą niezbędne instrumentarium. Do tej pory się to nie udawało. Amerykanie krytykowali Europę za zbyt miękką politykę wobec Iraku czy Iranu, Europie coraz trudniej przychodziło godzenie się na utrzymanie sankcji gospodarczych czy prewencyjne naloty z powietrza. Dzisiaj nie ulega wątpliwości, że skuteczna polityka wobec terrorystów i państw dających im schronienie musi być wystarczająco zdecydowana, aby nie stwarzać im żadnych nisz dla dalszego działania, i odpowiednio zniuansowana, aby krąg wyznawców szantażu terrorystycznego nie zwiększał się. Stany Zjednoczone i UE potrzebują wspólnego kija i wspólnej marchewki. Pierwszym sprawdzianem ich dojrzałości będzie zgoda na powstanie wspólnej polityki wywiadowczej, której wskutek braku zaufania, rywalizacji politycznej i wzajemnych podejrzeń o wspieranie niedemokratycznych reżimów, ciągle brakuje. Czy teraz będzie inaczej? Jak stworzyć wiarygodną i akceptowaną przez społeczność międzynarodową strategię walki z terroryzmem, gdy wiele państw, które na moment objawiły się jako wierni sojusznicy USA, będzie używać tragedii WTC do uzasadnienia polityki eliminacji przeciwników wywodzących się z mniejszości narodowych lub religijnych? Czy nie grozi nam swego rodzaju „inflacja” grup terrorystycznych? Jak spowodować, aby sprawy palestyńska i czeczeńska nie stały się ofiarą krucjaty przeciwko światowemu terroryzmowi? Czy Turcja nie będzie chciała wykorzystać ewentualnego precedensu w historii NATO, aby rozprawić się z opozycją kurdyjską?
Bez względu na to, jakiej odpowiedzi udzieli świat, między operacją w Kosowie a atakiem na WTC myślenie o bezpieczeństwie ludzkości przebyło niewyobrażalną wprost drogę. Teraz nadszedł czas na wspólne działania. Po 11 września nie ma państw bezpiecznych.


Autor jest politologiem, pracuje w Centrum Stosunków Międzynarodowych w Warszawie.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl