Wybory nie gwarantują jakości

Z prof. WIKTOREM OSIATYŃSKIM rozmawia KRZYSZTOF BURNETKO

 


KRZYSZTOF BURNETKO: – Czy po tylu latach polskiej demokracji przejęcie władzy przez jedną formację może być jeszcze niebezpieczne? Czy też jest już zjawiskiem naturalnym, a może i korzystnym, jeśli wziąć pod uwagę sprawność rządzenia?
WIKTOR OSIATYŃSKI: – W demokracji parlamentarnej skupienie władzy w parlamencie i rządzie w rękach jednej partii jest regułą – przecież to większość parlamentarna wyłania rząd. Problemy mogą się pojawić, gdy układ sił wymusi powołanie ekipy koalicyjnej. Polskie doświadczenia ostatnich 8 lat pokazują, że system rządów koalicyjnych był destruktywny. Każdy gabinet koalicyjny okazywał się słabszy niż ewentualny rząd jednolity. Był też zawsze za bardzo podatny na naciski słabszego partnera – dowodem koalicja PSL z SLD z lat 1993-97. Premier Buzek utracił kontrolę nad swymi ministrami, bo priorytetem stało się samo utrzymanie koalicji, jaką przecież była AWS. Rządy koalicyjne w polskich warunkach rodzą korupcję – i tę potocznie rozumianą, i polityczną. Chodzi o tolerowanie przez partie koalicji złodziejstwa swoich faworytów ze sfery biznesu (a im więcej partii w rządzie, tym faworytów więcej). Oraz o mnożenie stanowisk publicznych, którymi można się zrewanżować najwierniejszym sympatykom, bądź użyć do targów z koalicyjnym partnerem. 
W nadchodzącej kadencji nowa większość powinna zmienić konstytucję: zrezygnować z wyborów proporcjonalnych na rzecz większościowych. 
Podniosą się głosy, że z życia politycznego znikną mniejsze ugrupowania i głosująca na nie część społeczeństwa nie będzie miała reprezentacji.
– To żaden argument, zwłaszcza, że swoje na sumieniu mają w Polsce wszystkie partie – także te małe. M.in. to one zwykle głoszą nieodpowiedzialne hasła. Większościowy system wyborczy mógłby zaradzić jednemu z głównych nieszczęść polskiego życia publicznego – praktycznie żadnej odpowiedzialności klasy politycznej. W wyborach proporcjonalnych kandydat nie musi zbytnio przejmować się opinią poszczególnego wyborcy – większe znaczenie dla zwycięstwa ma to, czy należy do silnej partii. W większościowych zależność kandydata od wyborcy jest silniejsza – w efekcie także podczas pełnienia urzędu posłowie muszą dbać o elektorat. 
Sytuację pogorszyła niedawno uchwalona poprawka o zmianie metody przeliczania głosów na mandaty. Wzmocniła ona mniejsze partie. Tymczasem Polska ma już względnie stabilną demokrację i można wprowadzić model dwupartyjny. Więcej: układ taki jest dramatycznie potrzebny. 
– O ile mamy silną lewą stronę sceny, to pytanie, czy i kiedy wykrystalizuje się druga – centrowa bądź centroprawicowa?
– Dlatego nawet ci, którzy znają słabości demokracji wielopartyjnej, wzbraniają się czasem przed ideą dwupartyjną. Boją się, że druga strona sceny może ukształtować się wokół przypadkowej grupy, której całą zasługą byłoby to, że w momencie kształtowania się nowego układu będzie akurat najsilniejsza na prawicy. Sam też nie chciałbym, by prawa strona sceny politycznej w Polsce opierała się na ekipie braci Kaczyńskich bądź pozostałościach po skompromitowanym AWS. Lecz cena budowania układu dwupartyjnego byłaby niższa niż koszty, jakie przychodzi płacić za rządy koalicyjne. 
Niebezpieczeństwo monopolizacji władzy w Polsce wynika z faktu, że nie tylko rząd i parlament, ale i prezydent pochodzić będą z jednego obozu.
– To poważniejsza sprawa. Zwłaszcza że w Polsce jest w tej materii zamieszanie ustrojowe. Gdyby obowiązywał klasyczny system parlamentarno-gabinetowy, to prezydent miałby jedynie reprezentacyjne kompetencje i wybierałby go parlament – z natury należałby więc do tej samej opcji politycznej co większość. U nas jednak głowa państwa ma niewielkie uprawnienia, lecz jest wybierana przez cały naród w głosowaniu powszechnym, co wzmacnia jej siłę. 
Jeśli głowa państwa pochodzi z wyborów powszechnych, a ma działać w demokracji parlamentarnej, to bezpieczniej jest, jeżeli prezydent i parlament pochodzą z odmiennych obozów. Układ kohabitacji sprawdził się m.in. we Francji i w Portugalii. 
Prawdziwe niebezpieczeństwo leży gdzie indziej: jeśli w wypowiedziach nowego obozu rządzącego czegoś się boję, to sygnałów, że chcą majstrować przy Trybunale Konstytucyjnym. Bo groźnie byłoby dopiero wtedy, gdyby partia rządząca przez legislatywę i egzekutywę próbowała kontrolować sądy i TK. Natomiast nie martwią mnie projekty ograniczenia liczebności Trybunału Stanu czy likwidacji Senatu.
Gdyby w Senacie opozycja miała znaczącą reprezentację, mogłaby ona być barierą dla zapędów monopolistycznych. Teraz rola strażnika jakości uchwalanego w Sejmie prawa zostanie ograniczona, bo i tu rządzący mają ogromną przewagę.
– By Senat mógł na serio pełnić tę rolę, musiałby mieć także większe uprawnienia.
Senat w historii miewał dwie funkcje. Albo dawał reprezentację klasom, które w wyniku kompromisu rewolucyjnego bądź demokratyzowania się monarchii straciły kontrolę nad państwem wskutek wprowadzenia wyborów powszechnych. Wtedy rolę decyzyjną przejmowała niższa izba parlamentu, ale senat miał zapewnić ciągłość historyczną. Albo też miał reprezentować we władzy regiony państw federalnych – wtedy miał już głos przy stanowieniu budżetu i norm obowiązujących rząd. Przykładem senat amerykański. 
Polska nie jest ani krajem postarystokratycznym, ani federacyjnym. Senat miałby tu sens tylko wtedy, gdyby zorganizować go na wzór zmodyfikowanego senatu brytyjskiego: jako izbę autorytetów. Ogromnym brakiem współczesnych demokracji jest wyparcie z życia publicznego autorytetów poza-politycznych i poza-rynkowych. Niegdyś ludzie, którzy pracą i talentem coś osiągnęli – niekoniecznie nawet w sferze politycznej – i w związku z tym mogli mieć coś do powiedzenia społeczeństwu, mieli tę szansę. Dziś autorytety publiczne są kształtowane jedynie przez media. A w elektronicznych demokracjach rynkowych media idą albo za polityką, albo za pieniądzem, czyli za tym, co da się sprzedać. W związku z tym rola autorytetów moralnych maleje. 
Jednak i Senat w obecnym kształcie kilka razy poprawił kiksy ustawodawcze Sejmu – i to takie, które nie tylko ośmieszały system prawny, ale też groziły konsekwencjami finansowymi dla państwa. 
– Senatorowie parę razy zapobiegli głupstwom posłów. Tyle że na drugiej szali trzeba położyć głupstwa, które sami wprowadzali do ustaw oraz buble, których nie zauważyli lub zauważyć nie chcieli. Rolę strażnika prawa lepiej pełni Trybunał Konstytucyjny i powszechna skarga konstytucyjna. Warto się też zastanowić nad profesjonalizacją personelu pomocniczego Sejmu – tak, by ustawy pisali zawodowcy. 
Jak na styl i skuteczność sprawowania władzy może mieć rosnące zniechęcenie obywateli do życia publicznego? Do urn nie poszła ponad połowa uprawnionych. Jak uprawiać politykę, skoro społeczeństwo nie ma zaufania do instytucji państwa, procedur demokratycznych itd.? 
– Jeżeli efektem braku zaufania jest absencja wyborcza, to źle. Sam nie głosowałem w tych wyborach, bo 22 września wylatywałem do Chicago i choć mógłbym tam wieczorem oddać głos, to zrezygnowałem. Ordynacja nakłada na chcących głosować poza krajem tyle obowiązków, że do tego zniechęca. Musiałbym w kraju pojechać do swojej gminy, wziąć zaświadczenie, wysłać do konsulatu itd. Ci, którzy – jak ja w tym przypadku – machnęli ręką, są szkodnikami demokracji. Politycy mają, upraszczając, do przejęcia miliardy dochodu narodowego, a tu widzą, że nikt im nie patrzy na ręce, bo ludziom nie chce się nawet raz na cztery lata zweryfikować wybrańców. Nic dziwnego, że czują się bezkarni. 
Brak zaangażowania, zniechęcenie obywateli do klasy politycznej i życia publicznego powoduje więc, że władza staje się cyniczna i mniej odpowiedzialna. Równocześnie władza nie czująca społecznego wsparcia jest mniej skuteczna. Państwo współczesne powinno opierać się nie tylko na rządzie, ale – przede wszystkim – na aktywności obywateli. Tam, gdzie nie ma zaufania, nie ma też inicjatywy.
Lecz brak zaufania może mieć też pozytywne skutki. W Polsce, jak w każdym kraju przechodzącym do demokracji, a na dodatek biednym, panowało przeświadczenie, że demokracja, czyli wybrany przez nas rząd, automatycznie będzie rządem dobrym. Takim, który załatwi wszystkie nasze sprawy i trudności. Przekonujemy się tymczasem, że oczekiwania te były na wyrost: że sam wybór nie czyni władzy lepszą. Do polityki idą najczęściej ludzie mający na celu władzę albo interes, bądź osobnicy o typie aktywisty, którzy w jednym okresie zapisywali się do PZPR, a w następnym – do antykomunistów. Społeczeństwo powinno być wobec nich nieufne. Tymczasem często wierzy, że skoro władza jest już „nasza”, to będzie dobra. Na szczęście Polacy stopniowo się z tej iluzji leczą. Przestają też wierzyć w mit o dobrym panu, który kiedy tylko dojdzie do władzy, to wszystkim złodziejom da po łapach, a nam rzuci cukierki. Może wreszcie dojdziemy do wniosku, że naszym życiem musimy się zajmować sami: we własnych wspólnotach, organizacjach, samorządach – odpolitycznionych, nie zaś upolitycznionych. I przekonamy się, że władzy – również tej przez nas wybranej – trzeba cały czas patrzeć na ręce. Dla funkcjonowania demokracji nie wystarcza sama demokracja – czyli akt wyborczy. Skutecznym oparciem dla demokracji jest dopiero silne społeczeństwo obywatelskie, posiadające instytucje oraz mechanizmy kontroli pochodzących z wyboru władz.
Właśnie kontrola władzy, a nie sama tylko jej legitymizacja, jest najtrudniejszym problemem współczesnej demokracji.
Jak będzie można w Polsce kontrolować władzę, skoro kampania wyborcza się nie odbyła – a już na pewno nie polegała na sporach programowych? 
– Kampania była nijaka. Skoro politycy ograniczyli się do niezobowiązujących haseł, a unikali rozważań programowych, po wyborach trudno będzie ich chwycić za słowa i przypomnieć obietnice. 
Sama kampania wyborcza i sama opozycja polityczna nie zabezpieczy jednak interesów wyborców. Naturalnie to dobrze, że raz na 4 lata za pomocą kartki do głosowania można usunąć ludzi, którzy się nie sprawdzili. Kiedy w połowie lat 90. koalicja SLD-PSL stała się zbyt łapczywa, wyborcy ją skreślili. Podobnie było z AWS: kiedy okazała się równie skorumpowana i nieudolna, odesłali ją w niebyt. Ale to nie rozwiązuje zasadniczych problemów. Głównym zadaniem w życiu publicznym jest stworzenie nie państwa, ale społeczeństwa demokratycznego oraz właśnie oddzielenie państwa od społeczeństwa. Demokracje zachodnie są najtrwalsze w tych krajach, w których nim powstało demokratyczne państwo, pojawiło się demokratyczne społeczeństwo. Więcej: w których społeczeństwo to umocniło się w efekcie walki z państwem absolutystycznym. Tak było w Holandii, Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych – państwu nigdy nie udało się tam zawładnąć społeczeństwem. W innych zaś krajach, dziś demokratycznych, społeczeństwo powoli się spod absolutyzmu wyzwalało. W efekcie powstały społeczeństwa demokratyczne: takie, w których najważniejszą rolę pełnią instytucje pozapaństwowe – stowarzyszenia i organizacje działające na rzecz interesu publicznego, ale nie pretendujące do władzy. 
Taka zmiana społeczna może nastąpić w trojaki sposób. Po pierwsze, przez zmianę władzy, często na drodze rewolucyjnej. Tyle że w Polsce nie mamy sytuacji rewolucyjnej. Po drugie, przez zmianę wartości społecznych, czyli na drodze moralnej. Tyle że taka droga na ogół okazywała się nieodporna na fanatyzm lub na deprawację ze strony tych, którzy posługując się moralnymi hasłami doszli do rządów. Wreszcie zmianę społeczną można wywołać przez wprowadzenie stosownego prawa i instytucji ochrony interesu publicznego. Ta sfera jest u nas zaniedbana, choć jest skuteczną metodą organizacji społeczeństwa. 
Nieszczęście, jakim były rządy AWS-UW, a później samego AWS, można wykorzystać. Otóż pojawiło się społeczne oczekiwanie na przełom w stylu uprawiania polityki. Potrzebna jest więc wielka kampania uzdrowienia życia publicznego. Chodziłoby o odpolitycznienie samorządów, likwidację korupcji na różnych szczeblach, stworzenie tak na poziomie lokalnym, jak krajowym różnych organizacji ochrony interesu publicznego. Wszystko to ograniczyłoby ciągle silny centralizm państwa. 
A ponieważ nie wiemy już, co jest przyzwoite w życiu publicznym, warto stworzyć kodeks przyzwoitości politycznej. Mogłaby to zrobić grupa powszechnie uznanych autorytetów. Polscy politycy powtarzają, że nie można nikogo posądzać i żądać, by opuścił stanowisko, póki oskarżenia nie zostaną udowodnione w sądzie. Lecz w wyniku wyroku polityk ma iść do więzienia. Zaś to, by pan Anusz, który splagiatował pracę magisterską, nie miał już szans na udział w życiu publicznym, nie jest kwestią prawa, tylko elementarnej przyzwoitości. My jednak w życiu publicznym wszystko, co nie jest przestępstwem, traktujemy jako dopuszczalne. Tyle że demokracje opierają się nie tylko na prawie, ale i na katalogu wymogów moralnych wobec polityków. I zasadzie, że nieprzyzwoitość skreśla z polityki. 
– Szanse, że nowa ekipa doprowadzi do takiego przełomu, zdają się być znikome.
– Reakcją na takie propozycje jest stwierdzenie, że to mrzonki i wystarczą wybory oraz wymiana ekipy rządzącej. Polityka jest konfliktem o władzę. Ludziom, którzy angażują się w tę grę, chodzi najpierw o wywalczenie dla siebie i swej partii miejsca na scenie. Potem jednak zaczyna działać mechanizm konsensusu ponadpartyjnego. Na zasadzie: koledzy, nie podmywajmy źródeł naszej władzy i wpływów. Testem będą najbliższe tygodnie: czy nowa władza coś zrobi, żeby, przykładowo, zmniejszyć liczbę rozrośniętych ponad przyzwoitość stanowisk w państwie, skoro stanowią potężny łup dla zwycięzców. 
Ponoć kończy się epoka, w której rolę grały korzenie, styl walki itp. Zaczyna się era rasowych graczy: pragmatyków władzy, lobbystów bez przeszłości, socjotechników. Czy byłoby to groźne (na taką profesjonalizację skarżą się już w starych demokracjach), czy przeciwnie: stanowiłoby szansę na odideologizowanie polityki i poprawę jej jakości? 
– Na początku III RP panował pogląd, że brakuje nam profesjonalnych polityków. Dziś nie wierzę, że stale te same twarze są gwarancją profesjonalizmu w tej branży. Może zawodowcy są potrzebni w aparacie partyjnym, by wypracowywać tam lepsze programy. Ale już w parlamencie lepiej sprawdza się rotacyjność. Nie od rzeczy są pomysły ograniczenia funkcji w organach przedstawicielskich do 2-3 kadencji lub wymiany 50 proc. składu Sejmu po połowie kadencji. Częściej będzie można sprawdzać, jak realizują swe zapowiedzi. Świeżo w pamięci będzie, kto za jakimi ustawami głosował, co mówił w kampanii, jakie interesy popierał. Znam wielu ludzi zajmujących się polityką. Dla większości żaden artykuł prasowy czy krytyka ze strony przeciwników nie ma znaczenia. A chodzi o to, by politycy uświadomili sobie, że skoro społeczeństwo przekazuje im wiele władzy, to może wiele wymagać.



Prof. Wiktor Osiatyński jest konstytucjonalistą, wykładowcą Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego w Budapeszcie i University of Chicago Law School oraz członkiem Rady Open Society Institute. Ostatnio wydał: „Tworzenie konstytucji w Polsce 1989–1997” (z R. Chruściakiem).

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl