95. podróż Jana Pawła II

Kazachstan ósmego dnia

Jędrzej Morawiecki z Karagandy i Astany

 

„Z tego miasta, z Kazachstanu, gdzie w harmonii żyją ludzie różnych narodowości i różnego wyznania, wzywam wszystkich chrześcijan i wierzących innych konfesji, by budowali wspólnie świat bez przemocy, świat, który raduje się życiem, rozwija w sprawiedliwości, w solidarności” – mówił Papież w Astanie. Kazachstan był najlepszym miejscem, by taki apel wygłosić. 

 

„Najpierw ludzie po prostu nie uwierzyli – opowiada ksiądz Zbigniew, wyjeżdżając z lotniska. – Kiedy Papież był w Indiach, poszły słuchy, że ma przyjechać tutaj, do Kazachstanu. Biskup mówił tajemniczo: że planowana jest niespodzianka, że coś… Potem pojawiła się jakaś komisja z Watykanu. Był listopad 1999 roku. Przyjrzeli się, powiedzieli, że absolutnie nie, że tu jest za zimno, że nie mogą ryzykować. A potem okazało się, że jednak tak, że Papież przyjedzie w tym roku. Ciepło nie będzie, może przyjść śnieg. A jeszcze niedawno na niebie stało słońce, jeździłem na ryby… Teraz już nie to, mróz w powietrzu”. Za oknem czarny step, zaraz wstanie słońce. Ksiądz Zbigniew: „Ludzie nie dowierzali, bo oni tu w ogóle nie dowierzają. Pamiętam poświęcenie placu w 1994 roku. Staliśmy pod drzewami, przed stertą śmieci nad zalanym wyrobiskiem. Bo tu było wysypisko. Taką ziemię dostaliśmy od miasta. Babcie płakały: otczen’ka, wy zamuczities’! Powtarzały, że nic nie powstanie… A potem pojawiły się dźwigi, wyrósł kościół”.
I na horyzoncie wyrasta kościół. Wyłania się wraz z porankiem, błyszczy białym sajdingiem. Za kościołem jeziora, dalej góry. Ksiądz prowadzi do środka, opowiada jeszcze, że ludzie się przyjazdu Papieża przestraszyli. „Ja im już dwa miesiące temu mówiłem, żeby zbierali pieniądze, że przejazd będzie kosztować około tysiąca tenge, czyli ośmiu dolarów. Jasne, to dla nich wydatek, oni zarabiają zwykle z pięć, sześć tysięcy. Ale mieli czas”.
Pokazuje pokój. Za trzy godziny na plebanii śniadanie. Za tydzień przyjazd Papieża. 
Zaczyna się opowieść o Michajłowce. Proste historie – tych, którzy za sześć dni wsiądą do zapchanych autobusów, pojadą do Astany na spotkanie z Ojcem Świętym i usłyszą papieskie przesłanie „Da liubitie drug druga”. „Miłujcie się wzajemnie” – będą słuchać babcie, które jeszcze niedawno krzyczały, że kościół jest tylko polski i chciały wyganiać Kazachów i Rosjan. Usłyszą orędzie i matki, które nic z kościołem wspólnego nie mają, ale jadą ze względu na dzieci. Usłyszą ci, dla których przyjazd Papieża był marzeniem, i ci, którzy wątpili.
Ruszy do Astany siostra Katarzyna, która hodowała papugi, by wykarmić kazachskie dzieciaki, ruszą matki-alkoholiczki, ruszy babcia Weronika, która tak kocha Kazachstan i pszenicę, pojedzie rodzina Gałganów, pojedzie młoda Chinka, pojadą Tatarzy, Ukraińcy, Rosjanie, Polacy. Wsiądzie babcia Ciosanowska, która przetrwała ukraiński głód 1933 roku i głód kazachski. Pojadą też ojcowie marianie, którzy prowadzą parafię na Michajłowce. Michajłowka to osada na przedmieściach Karagandy. Kościół stoi na wysypisku. Jeziora z tyłu to ślady wyrobiska zalanej kopalni. Do parafian idzie się stąd pół godziny. Do centrum Karagandy – jeśli pieszo – godzinę. Do Moskwy jedzie się cztery dni. Do Polski niecały tydzień. Do Astany – mniej niż pół dnia.



DZIEŃ PIERWSZY


Poranek. Jesień, wiatr. Za oknem gliniasta ziemia, urwisko, kaczki, trzciny, ciemnozielona woda. Daleko seledynowe chatynki, rdzawa ciężarówka sunie gdzieś w stronę gór. Księża jedzą śniadanie. Znów wspomnienia budowy kościoła: „Powiedziałem babciom, żeby się modliły o słońce, bo zalewamy fundamenty. I powiedzcie, że te nasze babulki nie mają siły modlitwy! Bach na kolana i wymodliły najcieplejsze lato od 25 lat. Potem kazałem babciom modlić się za sponsorów, zadziałało, kościół poszedł w górę. Na razie odprawiamy jeszcze msze w podziemiach, ale jest już bardzo dobrze – każdy z nas ma pokoik, łazienkę. Wcześniej dwa lata byliśmy bez bieżącej wody, bez szaf, wszystko w walizkach, ja spałem na ziemi, ani się wykąpać, ani wyprać… Potem postawić kościół… Boże Święty, ja nie chcę już tak, mam dosyć budowania! Projekty, rozliczenia... Ja chcę być wreszcie normalnym księdzem. A tu większość z nas stała się budowlańcami jakimiś. W Polsce trudno znaleźć zrozumienie, tym bardziej że my się opiekujemy może trzema setkami ludzi. »Trzysta osób i trzech księży? To co wy tu robicie?«. No właśnie! Co my tu robimy? Powoli zaczyna to ruszać, ale bardzo powoli. Ludzie są ciągle słabo związani z Kościołem. Pochodzą rok na przygotowanie, potem im się odwidzi… Potrzebne są akcje duszpasterskie. Trzeba im coś dawać. Ale kilka razy odmawialiśmy darów z Polski, bo wszystkich obdzielić się nie da. A my wiemy, jak takie dary mogą rozbić parafię: on dostał dwie paczki, ja jedną... Niech się tym Wspólnota Polska zajmuje”.
Babcia Weronika Ośnicka poi herbatą, leje litry gorącego mleka, każe zjadać ptasie mleczko, jest wzruszona. Mówi o księdzu Bukowińskim, pierwszym księdzu, jakiego ujrzała Michajłowka. Opowiada o mszy przy zamkniętych oknach, o tym, że Bukowiński pamiętał wszystkie imiona, nadawał przezwiska, że był wysoki i bardzo dowcipny: „Jak uczył mnie do Pierwszej Komunii, mówił: „Powiedz »Jezus Chrystus«. Ja: »Jezus Chrystus«. On: »Głośniej!«. »Jezus Chrystus!«. On: »Jeszcze głośniej!!!«. Okna pozamykane, a ten każe krzyczeć. Kazał, żeby do wiary się przyznawać, jak będą pytać. Tak nas wychował”.
Babcia Weronika nastawia znów mleko, wyciąga z szafy cukierki w folii, wspomina wyjazd do Polski: „W Krakowie prowadzali nas na Babilon, tak? Nie! Na Wawel! Tyle nas prowadzali, że nogi opuchły. Pięknie było, zabytkowo. Później Częstochowa, różańcowe marzenie mojego życia. Na Boże Narodzenie byłam u polskiej rodziny, mówili: »Pani Weronika, może jakąś swoją potrawę pani zrobi?«. A ja nic, bo niczego nie rozumiałam. Ciężko po polsku było rozmawiać. Głównie więc milczałam. Ale i tak było wspaniale. Dobrzy ludzie! Dawajcie, jeszcze mleczka naleję, jedzcie cukierki, jedzcie. Ja kocham Kazachstan, jak nie kochać? Tu wyrosłam. Tu chodziłam na tańce do klubu. Kazachów jeszcze nie było. To znaczy gdzieś tam byli, ale myśmy ich nie widzieli, Siedzieli gdzieś u siebie w stepie. Tańcowało się z Rosjanami, Ukraińcami… A jaka tu pszenica była, żyto – po horyzont, tak pięknie… Tylko zimy okrutne. Jak mąż umarł, przyszedł taki śnieg, że z chaty wyjść się nie dało. Zamieć, do studni szło się po linie, bez tego nie wrócisz. Potem wiosna, błoto po pas. W końcu słońce. Na Wielkanoc ludzie wyprowadzili krowy, nagle przyszedł buran, pobiegli za bydłem, żeby sprowadzić do domu. Nigdy nie wrócili. Kilkanaście osób zamarzło”.
Znów wybiega do kuchni, w pustym pokoju wzorzyste kapy, dywany, trójwymiarowe święte obrazki, w kącie polska kaseta Kazika „Oddalenie”.
Babcia Weronika wraca, mówi, że Kazachy – dobrzy ludzie, że jeden namalował nawet portret Bukowińskiego, chce Papieżowi podarować. Bo przecież Ojciec Święty znał Bukowińskiego.
Potem idzie modlić się za Papieża. I za swoje zdrowie. Bo chciałaby ujrzeć Ojca Świętego, ale na oczy rzuciła się katarakta, widać coraz gorzej, z jednego metra słabo twarze rozpoznaje. Ale może zdarzy się cud. Może Papieża zobaczy. Trzeba wierzyć.


DZIEŃ DRUGI


Ciężki poranek, chmurne niebo. Jest zimno, to źle, na wizytę Papieża powinno być jeszcze kazachskie babie lato. Na razie nic z tego. Ksiądz opowiada tymczasem o biednych dzieciakach z karagandzkich przedmieść, nie będących wcale kazachską specyfiką, potrzebujących jednak zwyczajnej pomocy: „Rodzice lubią sobie dać po garach, niestety. Niektóre matki też. Jak matka wpadnie w alko-ciąg, to koniec… Prowadzę nieraz modlitwę wiernych, czytam trzy, cztery intencje, potem zapraszam ich, żeby zgłaszali swoje, dzieciaki często się modlą, żeby rodzice przestali pić, albo »żeby mnie ojciec przestał bić – Ciebie prosimy, wysłuchaj nas Panie«”.
Michajłowka, dom za fabryką. W salce dzieciaki śpiewają: „O, moj Kazachstan, sklonis’ pieried Bogom, Swoim Bogom żywym (…) S nadieżdoj, s liubowju”. Siostra Katarzyna przechodzi między rzędami, wdrapuje się na strome schody, siada przy oknie. Za szybą ktoś w roboczym ubraniu smołuje dach, biały gołąb leci nad ciężkimi komunałkami, wszystko kryte eternitem i papą – jak cały poradziecki Wschód. Beżowe bloki, balkony pociągnięte ruskim błękitem, takim samym, jak na Litwie, z której siostra Katarzyna przyjechała. Pochodzi z wierzącej rodziny. W 1961 roku zdała do szkoły medycznej, równolegle wstąpiła do podziemnego klasztoru, w willi w uzdrowiskowym miasteczku. Dwudziestka dziewcząt, wszystkie zjeżdżały po pracy, zamykały okna…
Siostra Katarzyna: „W dzień pracowałam, potem chodziłam do wieczorówki, nocą jechałam do klasztoru. Spałyśmy cztery-pięć godzin, po autobusach, elektriczkach… Przygotowanie prowadziła zakonna siostra i ksiądz – Albinas Dumblauskas. Pracował jako szofer. Przychodziła sobota czy urlop – pakował wszystko do walizeczki, hop w samolot i do Kazachstanu, zajeżdżał na miejsce, właził do chałupy, zasłaniali okna, on dawał śluby, chrzcił, wszystko, co trzeba. A potem od razu dalej: Karaganda, Samarkanda, Taszkient, Omsk, Tomsk, Workuta… Latał z tej Litwy, gdzie się dało. Oddawał krew, dostawał wtedy dwa dni wolnego, czasem udało się pokombinować, dawali i więcej. A potem został sanitariuszem w psychuszce, bo tam jeszcze więcej wolnego dostawał”.
W końcu siostra Katarzyna wyjechała na podziemną misję. „W rodzinie nikt o wyjeździe nie wiedział. Jak dojechałam do Kazachstanu, to zadzwoniłam do matki, mówię: jestem cztery tysiące kilometrów od domu, już nie wrócę. Tak się wszystko zaczęło. Ciężko było, nie znałam rosyjskiego, mówiłam tylko po litewsku. Byłam dumna, że na świadectwie piątki, tylko z rosyjskiego same banie, bo to język kacapów. A potem okazało się, że ten rosyjski jest niezbędny, a ja ani be, ani me. Zaczęłam pracować jako pielęgniarka w kazachskim szpitalu. Pierwsze pół roku nazywali mnie niemą siostrą, ciągle milczałam, a w dyżurce przerzucałam samouczek. Potem przemówiłam”.
Siostra Katarzyna trafiła najpierw do Kustanaju, później do Karagandy, bardziej surowej, bez lasów, grzybów, jagód… Zamieszkała w „Berlinie”, przykaragandzkim pasiołku, zasiedlonym przez Niemców. „Schludnie, elegancko, domki malowane, czyste…”. A potem Niemcy dostali prawo wyjazdu i zniknęli prawie wszyscy. Teraz już Berlina nie poznasz – krowy, słoma i wszystko. To już nie Berlin, to Kazachstan”. Siostra wzdycha, później zaczyna opowiadać o Kazachach, że trudno z nimi: „Chodzą tu takie dzieciaki, rodzice pozwolili, tym bardziej, że karmimy, dajemy ubrania i tak dalej. Ale jak przychodzi do chrztu, to okazuje się, że zabraniają. Zaszła matka, mówi: »Nie wiem, co czynić. Bo cała rodzina mnie wyklina, że od wiary islamskiej córka odchodzi. Ona płacze, chce się tu ochrzcić, ale wyjdzie potem za mąż i co? Kazach ją weźmie do siebie, kim ona wtedy właściwie będzie?«. I to rzeczywiście jest problem. W końcu matka powiedziała: »Rodzina mi i tak nie pomaga, zaryzykuję«. Ale to nie jedyny przypadek. W Kustanaju mieliśmy dziewczynę, która od czternastego roku życia chodziła do katolickiego kościoła. Jak skończyła osiemnastkę, przyjechał wyznaczony wcześniej narzeczony, zabrał ją, zawiózł w auł, kropka. Nie wiemy, co w takiej sytuacji czynić? Pytamy od razu: czytasz Koran? Chodzisz do meczetu? Jeśli nie – proszę do nas, Boga trzeba przecież sławić.
Co będzie dalej – nie wiem. W telewizorze wypowiadał się mułła z Astany, pięknie mówił: że jest szczęśliwy, zaszczycony, że Papież przyjeżdża – bo on ludzi nie dzieli, a łączy. Że przyjeżdża z misją miłości. Mam więc nadzieję, że będzie coraz lepiej. Pozostaje problem stosunków z prawosławnymi. Cóż robić? Za ojca Aleksieja było wspaniale – wygłaszał kazanie na pogrzebie naszego biskupa, przyjmował zaproszenia. Ale jak odszedł, wszystko się skończyło” – siostra Katarzyna wzdycha. Później opowiada o innych ruchach religijnych, o sekcie grace’ów… „Patrzę na sąsiadkę, cała w skowronkach, mówi, że chrzest od Świętego Ducha otrzymała, że czyta Biblię. Skoro żyje uczciwie i jest szczęśliwa – niech będzie. Nie trzeba jej ruszać. Najważniejsze, że wierzy. Dostała zresztą zaproszenie, jedzie na spotkanie z Papieżem. Inni członkowie sekt też jadą”.
Potem siostra przechodzi do ekonomii, mówi o środkach na utrzymanie ośrodka. Hodowała papugi, z pieniędzy, które dostawała za ich sprzedaż – karmiła dzieciaki. Ale potem przyszedł pożar – większość papug spłonęła, hodowla padła. Zaczęli jednak dostawać pomoc. Dzieciaki jedzą więc zupę, ponoć zdarza się, że to jedyny posiłek w ciągu dnia. Zdarza się, że nie chcą wracać do domu, bo matki ciągną wódkę. Siostra Katarzyna: „W sobotę wszystkie dzieci jadą zobaczyć Papieża. Udało się zdobyć środki, bilety kupiliśmy też matkom. Że piją, że z kościołem nic wspólnego nie mają – cóż? W końcu to matki! Zobaczą Ojca Świętego, może w nich to coś zmieni?”.


DZIEŃ TRZECI


Za oknem trąbi beżowa ciężarówka, znów czegoś chcą, coś gdzieś rozładować. Ksiądz Zbigniew nie ma pojęcia, o co chodzi. Henryk-proboszcz by wiedział, ale wyjechał na dworzec, a ci stoją, burczą, w końcu sprawa się wyjaśnia. Chleb, kiełbasa, ruskie chili, dobra gospodyni podaje herbatę, toczą się wspomnienia o księdzu, który wybudował podziemny kościół pod kapliczką, wynosił ziemię w jakichś rajtuzach, jak na kryminalnym filmie. Służby dojść nie mogły, jak to jest, że tylu ludzi wchodzi do takiej małej kapliczki? Nie wiedzieli, że za ołtarzem jest wejście, że ludzie schodzą w dół, uczestniczą we mszy podziemnej, głos niesie poprzez deski, a oni modlą się cztery metry pod księdzem. „Ksiądz-asceta, modlił się i spał na kamieniach, bezkompromisowy, idealny na ten czas, jedyny, jaki mógł przetrwać”.
Nagle telefon, dzwonią z jakiejś wioski, słyszeli, że Papież przyjeżdża pojutrze, a oni akurat świetlicę dla dzieci otworzyli, to może by przy okazji zajechał, poświęcił? Ksiądz Krzysztof kamienieje, długo milczy, w końcu tłumaczy zmieszany, że lepiej biskupa prosić.



DZIEŃ CZWARTY


Czwartego dnia słońce, radość. Lekki wiatr, nieco cieplej, góry za wyrobiskiem zabarwione fioletową mgłą.
Ksiądz Henryk biegnie na budowę, ksiądz Zbigniew w kombinezonie upapranym farbą, idzie przymierzyć futrynę, potem jedzie do meczetu. Po prawej miga mała ukraińska cerkiewka, budowana z elementów od niemieckiej fundacji Renovabis. Ciepło, herbaciane linoleum, granatowa farba, jest już ikonostas. Na zewnątrz zapowiedź papieskiej pielgrzymki, powiewa transparent, taki sam, jak na Michajłowce. Dalej bazar, bloki… Samochód zatrzymuje się przed nowym meczetem. Zbigniew: „Zaprosiliśmy ich na wizytę Papieża. Są bardzo mili. Jak widzą koloratkę, od razu oprowadzają po całym meczecie, zapalają wszystkie światła …”.
Rzeczywiście. Miękkie dywany, pastelowy, piękny meczet, mułła zaprasza do siebie, zaczyna się kurtuazyjna rozmowa, „Jakże Papież, przyjeżdża do Astany?” – pyta grzecznie mułła. „Przyjeżdża, wszystko zgodnie z planem” – zapewnia ksiądz. „Wielki człowiek, cenny człowiek” – kiwa głową mułła. „Ojciec Święty pierwszy raz przestąpił próg meczetu, to było w Syrii, ściągnął buty, modlił się…”. „Tak, wiem”, zaczyna się rozmowa o wspólnych korzeniach, o tym, że czym przesiąkłeś, z tym i umrzesz, o tym, że najważniejsza jest wiara, później o zamachach w USA, o talibach, „To wypaczenie islamu” – kręci głową mułła ze smutkiem. „To zło, które na zawsze złem pozostanie, polityką, a nie religią”, później mułła wspomina o islamskiej stołówce dla biednych, ojciec o katolickiej bezpłatnej aptece, w końcu mułła wyciąga przed siebie księgę, mówi, że Bóg, Allach – patrzy na nas, jak w księgę, jak w telewizor – latają jakieś napisy, przelatują pokolenia, państwa, spory, religie się rozgałęziają, migają odnogi, grupy, Kościoły… Najważniejsza jest miłość, czystość, wiara” – kończy, życzy wszystkiego dobrego. Ksiądz wsiadając do samochodu: „Tego im zazdroszczę: my – jak ktoś przyjeżdża, nie mamy siły, żeby oprowadzić, obdarzyć taką życzliwością, bez względu na wyznanie, bez względu na okoliczności… Brakuje nam czasu, energii”.


DZIEŃ PIĄTY


Czekają od rana. Rodzina Gałganów mieszka w domu, w którym kiedyś była w Michajłowce kapliczka. Modlą się codziennie, odmawiają różaniec, proszą, żeby przyszedł spokój i dobra pogoda na wizytę Papieża. Potem wspominają. W domu Gałganów zaczyna się więc kazachska litania. Bo i tu powtarzają jak litanię: o przeszłości – że wszystko „przy zakrytych oknach”, przyszłości – „do zobaczenia w autobusie, do zobaczenia w Astanie”. Wcześniej świat miał ustalony porządek – zawsze miały być zamknięte okna, od czasu do czasu ksiądz Bukowiński albo Albinas. Wszystko. A potem nagle stanął kościół na wysypisku. Potem jeszcze niewiarygodna informacja, że przyjedzie Papież… W końcu uwierzyli. Jadą, jasne, że jadą – całą rodziną, razem z sześcioletnią córką – „Skoro ludzie pielgrzymują nawet do Rzymu, to my nie mielibyśmy do Astany?”. Zbierali cztery miesiące. Anna Gałganowa opowiada, żegna się, wypatruje męża, który poszedł spawać kocioł dla kościoła: „Wszystko wygaszone, ogrzewanie do jutra czekać nie może”. „A kto krowę przyprowadzi?” – pytała jeszcze księdza. „Weźcie dziadka, z drugiej strony mostku, niech idzie w łąki, sprowadza”.
Młody Gałgan, Władek po krowę nie pójdzie, musi zdążyć na karate. Po drodze pokazuje Michajłowkę, opowiada, że koledzy z klasy jadą do Niemiec, na Ural… Starsi, mniej zamożni próbują uciec do centrum Karagadny, uniezależnić się, poznać smak miasta. Władek mija islamski cmentarz, potem mury z zachodnimi graffiti: Eminem, RAP... Wśród chat śmigło generatora, żółte liście, sroka na drodze, dalej tylko zmarznięte słoneczniki, łąki, wodopoje… Młody Gałgan opowiada o życiu w Michałjowce, o ogniskach w stepie, mówi, jak idą z kolegami, wychodzą z domów o trzeciej, siadają przy ogniu, osłonięci od wiatru murami opuszczonych fabryk, wracają pod wieczór… Potem mówi o Papieżu, o tym, że miał być w Karagandzie, ale tu za duże błoto, pojedzie więc do Astany. Słowa zagłusza stuk pobliskiego pociągu. Władek biegnie na trening.
A ze stepu wraca dziadek Ciosanowski z Gałganową krową. Potem zaprasza do siebie, babcia już czeka, czekają cały dzień, grzeją herbatę, placki ze śmietaną, kurę. Wspominają rzecz jasna księdza Bukowińskiego, każą milczeć, słuchać, jeść jak najwięcej, jeszcze herbaty, jeszcze placków, nie ma co gadać na głodniaka.
Babcia Ciosanowska żyła w Chmielnickim, kończyła na Ukrainie polską szkołę. A jak miała trzynaście lat – wzięli do Kazachstanu. I zaczął się zwykły los, zwykła opowieść: o życiu w pałatkach, o glinianych wałkach, z których budowano domy. Straszno było, wiadomo, nigdzie wcześniej przecież z Chmielnickiego nie wyjeżdżała, a tu step, głód, dziesięć osób w jednej izbie: mamine dwie siostry, mamin brat, dziadek, ich czworo. Nie było czym palić, nie było czego jeść, do żelaznej stacji pięćdziesiąt kilometrów, nie wiadomo gdzie jakaś większa ludzka osada. Potem przyszły kołchozy, zaorali ziemię, potem Armia Pracy… Babcia opowiada, w chacie przetaczają się wizje buranów, głodu na Ukrainie w 1933 roku, głodu kazachskiego, wacianych skarpet na zimę, łapci sznurkiem wiązanych, pracy bez łapci, „na trawie mrozik siwiutki, a my boso do roboty”, babcia kiwa głową, podaje znów gęstą śmietanę, potem opowiada, jak to dziadek w Poznaniu rękę zostawił na polu bitwy, on się tylko śmieje: „Tam niejeden i głowę zostawił w okrążeniu. A ty Jędrzej u nas nie przenocujesz?” – pyta nagle. „Nie? Ciemno, straszno. Ruszaj, teraz mówić nie można. Idź, idź, nie czekaj. Kiedyś przyjdziesz, opowiemy. Po nocy źli ludzie”.
Żegnają gorąco, prowadzą za próg.
Wieczór. Pusto, ziemiste ulice, w mroku toną drewniane chatki, tylko z okien idzie żółte światło, przyćmione gęstą firanką. Dalej coraz gęstszy mrok, puste przestrzenie, wygaszona autobusowa pętla, fabryka. Po półgodzinie wyłania się obłożona panelami stacja benzynowa, już nieczynna, ale ciągle świeci czerwonym okiem dystrybutora, obok miejski ikarus ćwiczy silnik. Asfaltem wracają kobiety, trzymają na rękach dzieci z pomarańczowymi pomponami. Ostatnie odblaski jeziora. Na wyrobisku trwa kościół, w środku harmider, wierni żegnają księdza Zbigniewa, który zaraz po wizycie Papieża wsiada w pociąg do Polski.


DZIEŃ SZÓSTY


Ostatnie przygotowania do wyjazdu. Autobusy, bilety. Ksiądz Henryk: „Tak, kto mówi? Nie, nie poznaję. Absolutnie nie poznaję. A, jasne, że poznaję. Słuchaj, ja już dziś nic nie wiem, ciągle odbieram telefony, a jeszcze samochód od mechanika, części dorobić na fabryce…”. Gospodyni chce autem na bazar, ktoś chce dziesięć biletów, ktoś gdzieś zamówił jakieś dwa pociągi… I tak do wieczora.
A wieczorem wchodzi do kancelarii ksiądz Zbigniew. Staje przy oknie, mówi o wątpliwościach, o tym, że ciągle szukają, nie mogą znaleźć formuły. Bo trzonem katolickiej Karagandy byli Niemcy, którzy wyjechali. „Wtedy nawet kościół nazywał się nie »cerkow«, a »kirche«. Była nawet dęta orkiestra kościelna, była okrzepła wspólnota. A teraz pozostał element nowy, nie uformowany. Co im dać? Tanio ich kupić nie można. Pytamy babć: „A gdzie są wasze dzieci? Dlaczego one do kościoła nie chodzą?”. Bo ta babcina pobożność z jakiegoś powodu zabiła religijność młodych. Ten model im nie odpowiadał. A babcie chcą mszy tylko po polsku, chcą klęczeć godzinę. To piękne, potrzebne, ale przecież młodziaki się tego przestraszą. Zmienił się model rodziny, także tej chrześcijańskiej. I jak sobie z tym w Kazachstanie poradzić?”.
Potem opowiada o chłopakach, którzy, jak wychodzili na boso, to czekali na krowę i wdeptywali w placek, żeby ogrzać nogi, o wiernych, którzy wymawiali mu, że wódki nie pije, a ksiądz Albinas pił… W końcu wychodzi z kancelarii, rozmawia z młodą Tatarką sprzątającą plebanię, wspomina, jak szalała, jak burzliwe miała nastroje w swojej świeżej wierze, że chciała już zostać i zakonnicą, i biskupem, i Papieżem… „Papieżem nie chciałam” – zastrzega się dziewczyna, ojciec Zbigniew kiwa głową. Mówi o nowej wierze, świeżej religijności, nieuformowanej, emocjonalnej, najtrudniejszej.


DZIEŃ SIÓDMY


Jest słońce. Widać srebrzystą wodę, góry za mgłą. Na wyrobisko idzie jakaś zmarznięta para w ortalionowych kurtkach, potem krowy, przetacza się taksówka na ryby. Pociągi, stukot wagonów.
Za trzy godziny zbiorą się wierni, ruszą autobusy do Astany. Na razie cisza. Tylko drogą jakaś koparka wiezie połamane dechy, dalej „bobik” ze słomą i krawędziakami. Widać przewróconą bramkę, popękany asfalt. W Michajłowce nie jest równo i elegancko, ale po paru dniach wszystko nabiera sensu. Gdzie ma być jezdnia – jest jezdnia, gdzie trawa, tam trawa, gdzie błoto – tam błoto. Jeśli to zaakceptować – tak, jak akceptuje się odmienną kolorystykę, inny zapach powietrza, wyższe niebo – przychodzi harmonia. Chałupy, które z początku zdawały się rozrzucone chaotycznie, stają się naturalną, tworzącą całość osadą – tak, jak las, który rośnie, jak chce, jak się da.
Stare różowe fabryki, rusztowania, rury, to wszystko można pokochać tak jak step, który też jest dziki, surowy. Jak powiedział ojciec Zbigniew – tu jest zwykłe życie. To że miejscami zbudowane na kościach – nie znaczy, że martwe. Rodzą się nowi ludzie, chodzą do kościołów, dorastają, żyją obok siebie. To nie kraj „zapomniany przez Boga”, czy „kraj szatana”, jak chcieli żurnaliści.
Dziesiąta. Stary mercedes grzeje silnik. Michajłowka pakuje bagaże do autobusu. Po godzinie autobus rusza. Za oknami przepływa leniwie Karaganda, potem step. Dołączają kolejne autobusy. Po stu kilometrach przystanek – poszło łożysko, olej wsiąka w asfalt. Pośpieszna naprawa i autobus rusza, wybrzmiewa psalmami, gitarą. Za oknem przepływają bufety, pastwiska, posterunki milicji. Ktoś leży w stepie, patrzy w niebo, gdzieś przebiegają konie. Po czterech godzinach rogatki Astany. „Na pielgrzymkę Papieża? A nocleg gdzie?”. „W psichbol’nice!”. Urzędniczka kręci głową, wypisuje kwity. Cóż zrobić? Za wynajęcie sali gimnastycznej w szkole chcieli trzy dolary za dobę od osoby, nocleg w szpitalu psychiatrycznym okazał się najtańszy. 
Autobus rusza do centrum, wcześniej jeszcze rosyjskie stacje telewizyjne zbierają wywiady, młodzi pielgrzymi są podekscytowani, szczególnie TWN-em, najpopularniejszym rosyjskojęzycznym kanałem. Tańczą przed kamerami, śpiewają, potem zastanawiają się – sfilmowali czy nie?
Wjazd do Astany, złocony łuk triumfalny skrywa ciepłownicze rury. Nowe domy z białej cegły, eleganckie latarnie. W końcu „psichbol’nica”. Autobusy kołują wśród jesiennych drzew, biała psychuszka tonie w morzu jarzębiny.
Psalmy, rozładunek bagażu, wierni niosą naręcza palników, gazowe kuchenki, mięso, marchewkę, pakują się do wielkiej sali na pierwszym piętrze.
Młoda Danija opowiada, jak to nie przyznawała się swojej islamskiej rodzinie, że przyjęła katolicyzm. Wszystko się wydało, kiedy wróciła z pielgrzymki do Rzymu. Najpierw skandal, rodzinna tragedia… Teraz jest trochę lepiej.
A na mieście słońce, ulice i parki przesiąkły specyficznym zapachem olejowych spalin, innym niż w Michajłowce: tutaj więcej samochodów, benzyna bardziej tłusta. Godzinę od psychiatryka stoi kapiący przepychem hotel „Interkontinental”– w środku sztab prasowy: fontanny, muzyka klasyczna, kawa… Wszędzie złocone krzesła z purpurowym obiciem, stoły z zielonym suknem, kryształowe żyrandole. Na ścianach wielkie telebimy z CNN – na ekranach ciągle napis „the war against terror”. Dziennikarze komentują wydarzenia w Ameryce, organizatorzy rozdają kasety wideo: kazachski prezydent Nazarbajew w garniturze stoi na tle łanów zboża i opowiada, że nigdy więcej wojny i jak walczyć z ogólnoświatowym terrorem.
Miejscowe artykuły prasowe komentują papieską wizytę pozytywne, albo bezbarwnie: biografia, podstawowe informacje...
Na ulicy popołudniowe rozluźnienie: Jura wraca z pracy, częstuje papierosem, prowadzi w stronę pomnika ofiar terroru. Opowiada, że do kościoła żadnego nie należy, ale wziął bilety, idą jutro na Mszę z całą rodziną: „Może w nas to coś zmieni? Chociaż kościół… Instytucja pozostanie zawsze tylko instytucją. A prawda jest w człowieku. Ale trzeba posłuchać, spróbować”. Na wielu autobusowych przystankach, na murach city-lighty i billboardy z wizerunkiem Papieża: „Dziś wizyta państwowa Jana Pawła II”.
Pastelowe bloki, trójkątny wzorzysty most, coraz bliżej pomnika ofiar terroru, przed którym Papież złoży dziś wieczorem kwiaty. Wszędzie milicjanci, nawołują się przez megafony, jeden kołuje samochodem, krzyczy do przechodnia przez tubę: „Ej, bratucha! Gdzieś ty pojechał? Słyszysz mnie, czy nie? Wracaj na tę stronę! Wracaj tu, bo zobaczysz! Głuchy jesteś? W tył zwrot! Nie wracasz? Ja ci dam!” – przechodzień znika pośpiesznie pod mostem – reszta zatrzymana przez szpaler milicjantów. Przejścia nie ma! Do pomnika nie puścimy. „Jakże to, chcemy Papieża zobaczyć” – krzyczą ciekawi Kazachowie i Rosjanie, milicjanci rozkładają ręce, tłum coraz bardziej rozgoryczony.
Lena – kazachska pielęgniarka – nie daje za wygraną, biega między szpalerami, gestykuluje, stuka obcasami po asfalcie. „Byłam u naczelnika, powiedział, żeby przepuścić” – blefuje w końcu zrozpaczona, milicjanci robią miejsce, przechodzi, biegnie w stronę placu „Cud, cud się wydarzył. Przepuścili” – mówi w końcu i dochodzi do tłumu przed pomnikiem. Do kościoła żadnego nie chodzi, chrzciła się w prawosławiu. Na przyjazd Papieża czekała niecierpliwie: „Nie żeby tam błogosławieństwo, ale może się coś zdarzy? Może poruszy duszę?”.
Tłumek pielgrzymów, na przedzie Michajłowka – udało im się dobiec brzegiem kanału. Bębenki, gitara, stoją już godzinę. Danija szuka wody, gardło od śpiewu wyschło. Zapalają się latarnie. Granatowe niebo. Wszyscy krzyczą, „Pust’ żiwiot Papa”, potem „Niech żyje Papież”, później po włosku, przechodzą na kolejne języki, spada temperatura, przytupują. Ręce puchną od bębenków, ileż można grać? Chinka odkłada instrument. Komuś złamał się transparent. „A gdzie nasi rebiata?” „Większość zjedzie pociągami dziś w nocy – od drugiej do szóstej”. Długie oczekiwanie. Cichną powoli śpiewy.
21:12. Szmer. „Jedzie!”. Wybuch entuzjazmu – siły wróciły. „Patrz, pierwsze koguty radiowozów, patrz, papamobil!”. „Akurat zdążyliśmy naprawić transparent! Christos woskreisie”. 21:14 – Ojciec Święty dojeżdża do wzgórza. Widać z daleka, jak wysiada powoli z samochodu, rusza w stronę pomnika. W ciemności furkoczą chorągiewki. Flesze. Mieszają się pieśni. Siostra z żółtym kwiatkiem ucisza śpiewających – bez skutku. Ojciec Święty składa wiązankę ofiarom – także tym, które leżą na dnie jeziora naprzeciw michajłowskiego kościoła: zrzucani do wyrobiska więźniowie kopalń zostali skryci pod wodą. „Minuta ciszy!” – słychać przez megafony. A tu dalej pieśni, entuzjazm. Siostra puszcza się pędem za szpalerem: „Minuta ciszy, riebiata!”. Poskutkowało. Papież składa wiązankę, wraca do samochodu. Wszyscy przebijają się z transparentami na drugą stronę placu. Teraz Papież będzie wyjeżdżać przez most! Ostatnie krzyki, pieśni… Później już tylko zmęczenie, powroty na nocleg.
Miasto usypia. Niedobitki przed katolickim kościołem – para Kazachów podjeżdża samochodem, dzieciaki biegną przez ulicę… Chcą dostać bilety na jutrzejszą Mszę, wszyscy ciekawi. Księża odsyłają – wejściówki będą jutro po piątej rano.
Podjeżdża rejonowa milicja. „Ty kto? A gdzie nocujesz? Gdzie??? W psychiatryku? No to wsiadaj do radiowozu, pogadamy na miejscu”. Radiowóz mija elegancki press-centr z muzyka klasyczną, kawą i telewizją CNN, za szybą migają szklane pelikany, nad ulicą wisi sztuczny ksieżyc, świecą girlandy ciekłego helu. Komisariat ciepły, ale surowy. Funkcjonariusze oglądają tani film o amerykańskich policjantach, potem o karate, rewidują, przerzucają czosnek od dobrych Białorusinów, papiery, broszurki o Papieżu… „Niby papiery w porządku, ale ktoś ty – nie wiemy, a musimy być ostrożni. Całe miasto na nogach”. Menel w hallu krzyczy ciągle, że nikogo nie zabijał, w końcu cichnie, słowa przechodzą w niezrozumiałą litanię. Poczciwi osiedlowi milicjanci gryzą słonecznik, powtarzają pytania, spisują protokół na stole zalanym marynatą, w końcu wypuszczają, jeden wychodzi na dwór, ściska dłoń: „Wszystkiego dobrego”. Po pierwszej w nocy miasto drzemie, na „marszutkach” ostatni wymęczeni pasażerowie.
W psychuszce pielgrzymi kładą się dopiero spać, rozdzielają miejsca w czystej sali, dzielą się kocem, prześcieradłem, przesuwają stoły, próbują zabezpieczyć ruchome blaty. Gaśnie światło. Pierwsze chrapanie. „O! Szczęśliwy!” „Kto szczęśliwy?”, „No on! Przynajmniej się wyśpi, zuch”. Potem kolejni. Chrapanie i „Queen” przebijający przez czyjeś słuchawki. Jutro Msza.


DZIEŃ ÓSMY


Pobudka: światło, krzyki. „Zostaw, jeszcze nie pal”. Cztery godziny snu – nie za wiele. Nic nie poradzisz. Pobudka to pobudka. Herbatniki, kiełbasa.
Za oknem czarno. Młodziak znowu śpiewa piosenkę „Queenu”, pomaga rozwijać transparenty. Wszyscy jeszcze półprzytomni, po ciemku rozkładają drzewce, z tyłu kilka porannych papierosowych żarów.
W końcu marsz. Michajłowka przodem. Po drodze rozjaśnia się niebo. 
Bezwietrzna pogoda, ma być 22 stopni, na razie jednak wszyscy w kurtkach. Śpiewają, mylą drogę. Zawracają pod łukiem z rur, nie przerywając śpiewu. „Christos woskries”. Zatrzymują się przechodnie, uśmiechają uliczne sprzątaczki, na dachach zamarły ciemne sylwetki budowlańców. „Henryk, popsuć ci od rana nastrój?” „Psuj!” „Gazowe kuchenki nie działają, 15 kilo mięsa idzie za okno. Zostaliśmy bez obiadu”, „Cóż zrobić? Nic nie poradzę”. „Alleluja”, grają gitary. W końcu wyłania się plac Matki-Ojczyzny, zbierają się wierni. Na nowym bloku gigantyczny napis: „Kazachstan otwarty na dialog kultur i cywilizacji”. W tłumie wyrastają transparenty: Tiumień, Karaganda, Toblosk, Nowosybirsk… Dalej: „Święty Ojcze, czekamy na Ciebie w Uzbekistanie” i na końcu niepozorny, przyciagający jednak uwagę korespondentów: „Ojcze Święty, pomóżcie wrócić Węgrom na historyczne ziemie”.
Michajłowka zajmuje boczny sektor. Z głośników pouczenia dla tych, którzy przyszli z ciekawości: „W czasie modlitwy i Mszy nie wolno jeść, palić. Proszę nie machać w czasie celebracji krawatami i chustkami. Po Mszy Świętej – można”. Wszędzie milicja. Ochroniarz wypytuje o katolicyzm, o Polskę, sam opowiada: „U was teraz pewnie to samo. Widzisz te domy wokół? Wszędzie kredyty, będą je spłacać po 25 lat… Żal. Zaczynają się tragedie”. Niebo lekko zachmurzone. Pielgrzymi z Michajłowki wyglądają zza barierek – daleko od ołtarza, trudno patrzeć. W sektorze dziennikarzy powolne rozmowy: że wczoraj na lotnisku Papież był bardzo zmęczony. Że w Kazachstanie widać spokój, Azję. Potem korespondenci próbują oszacować liczbę uczestniczących we Mszy: „Władze mówiły, że będzie siedemdziesiąt. To ile jest? Trzydzieści tysięcy? Dziesięć? Napiszmy, że kilkanaście! Nie, kilka! Ale przecież były dwa pociągi po dwa tysiące ludzi, a dziś dojeżdżały jeszcze elektriczki, do tego autobusy…”. Ksiądz z prasowego biura powie: „Jakaż różnica? Był plac, pełne sektory. Byli wierni.”
„Da liubitie drug druga”. Msza. Są miejscowi biskupi, jest duchowieństwo z Litwy, Syberii, południowej Rosji, grekokatolicki kościół Ukrainy, Białoruś. Papież rozpoczyna spowiedź powszechną. Później psalm, śpiew niesie nad placem. Jan Paweł II pozdrawia hierachów islamskich, przedstawicieli innych Kościołów i religijnych wspólnot, prezydenta, ludzi dobrej woli, którzy szukają Prawdy. Karaganda niesie dar dla Ojca Świętego – portret księdza Bukowińskiego. Papież powie potem zwracając się do kazachskich Polaków: „Zawsze żywo interesowałem się waszym losem. Wiele mówił mi o was niezapomniany ksiądz Władysław Bukowiński, którego wielokrotnie spotykałem i zawsze podziwiałem za kapłańską wierność i apostolski zapał”. I dalej: „Codziennie w modlitwie zawierzałem was i cały Kościół w Kazachstanie dobroci Boga. Dziś dziękuję Mu za was – za to, że nieustannie dawał wam tę moc Ducha Świętego, dzięki której zachowaliście wiarę ojców mimo różnorakich doświadczeń i prześladowań”. Papież pozdrawia pielgrzymów z Uzbekistanu, Kirgistanu, Turmenistanu, potem zwraca się do Niemców, Rosjan, Kazachów. Oklaski.
Modlitwy po polsku: „Módlmy się za wszystkich mieszkańców naszego kraju, aby bez względu na różnice i narodowe i religijne – zawsze dążyli do życia w pokoju, zgodzie i jedności. Gospodi – pomolimsia”. Po ukraińsku modlitwa za ofiary terroru na kazachskiej ziemi. Po rosyjsku: „Módlmy się, byśmy zawsze byli zdolni pomagać naszym sąsiadom – tak materialnie, jak i duchowo”.
Później słychać tłumaczony przez głośnik symbol pokoju: „Każdy pozdrawia tych, którzy stoją obok niego”. Znak pokoju przekazywany także ochroniarzom. Słońce, coraz cieplej. „Przyjąć Komunię może tylko ten, który ją rozumie, wierzy i niedawno się spowiadał. Proszę, jeśli nie spełniacie takich warunków, nie przyjmujcie jej. To grzech według naszej wiary. Kto nie zdążył przyjąć Komunii, może to zrobić po Mszy, przed jurtami z obu stron ołtarza”.
Potem Anioł Pański, prywatna inicjatywa Papieża, apel poza programem (w nieoficjalnym tłumaczeniu): „Z tego miasta, z Kazachstanu, gdzie w harmonii żyją ludzie różnych narodowości i różnego wyznania, wzywam wszystkich Chrześcijan i wierzących innych konfesji, by budowali wspólnie świat bez przemocy, świat, który raduje się życiem, rozwija w sprawiedliwości, w solidarności. Nie możemy pozwolić, by niedawne tragiczne wydarzenia pogłębiły podziały. Oby religia nie była nigdy przyczyną konfliktów! Wzywam z tego placu tak chrześcijan, jak muzułmanów, by wznieśli gorącą modlitwę do Jedynego i Wszechmogącego Boga, którego jesteśmy dziećmi, by bezcenny dar pokoju królował na ziemi. Niech ludzie całego świata, umocnieni Bożą mądrością, pracują dla cywilizacji miłości, cywilizacji, w której nie ma miejsca na nienawiść, dyskryminację, gwałt. Z całego serca wzywam Boga, by zachował pokój na ziemi. Amen”. Apel wygłoszony w języku angielskim, a więc kierowany nie tyle do Kazachstanu, co właśnie do świata. 
W prasowych komentarzach pojawią się później zdania o nieoczekiwanym wymiarze wizyty, o tym, że Kazachstan był najlepszym miejscem, by taki apel wygłosić. 
Koniec Mszy. Południe. Papieża czeka dziś jeszcze spotkanie z prezydentem Nazarbajewem. Nazarbajew będzie mówić o czterech cywilizacjach XXI wieku, o drodze porozumienia i zaufania, o niepokoju małych, słabszych narodów. Powie: „Taka straszna agresja terrorystów w Ameryce, a wy jednak przyjechaliście, za co jeszcze raz chcę wyrazić swą głęboką wdzięczność”. Papież wspomni w odpowiedzi raz jeszcze o księdzu Bukowińskim – o jego deportacji, duszpasterskiej posłudze. Wyrazi w obecności prezydenta Kazachstanu głęboki żal, że nie może pojechać do Karagandy, „Tak, wiem, że Astana jest miastem bardzo współczesnym…” – zawiesi głos. I zaraz doda, że będzie się modlił jeszcze mocniej za Kazachstan i za prezydenta. Później oczom dziennikarzy ukaże się prezentacja rządu, następnie członków rodziny Nazarbajewa. Ojciec Święty potrząśnie ręką wnuka, drugiego ucałuje w czoło, „ej, wracaj!”, wnuk zawróci, Papież zacznie żartować. Potem wspólna fotografia, Ojciec Święty w coraz lepszym humorze…
Danija – Tatarka, która nie przyznawała się przed rodziną do przyjęcia katolicyzmu – została zakwalifikowana do delegacji młodzieży – na spotkanie z Ojcem Świętym, śpieszy się na astański uniwerystet. Maszeruje w stronę uczelni i cała Michajłowka – będą Papieżowi machać, śpiewać, usłyszą ich nawet reporterzy zgromadzeni w kapiącym złotem hotelu „Intercontinental”.
Na razie dziennikarze posyłają depesze. W tle na wielkich telebimach mewy, słońce, archiwalny prezydent Nazarbajew śpiewa, śmieje się, bierze udział w ludowych tańcach. Potem widoki Kazachstanu, „Cztery pory roku” Vivaldiego.
Potem rosyjska kryminalna telenowela…
A pielgrzymi maszerują dalej. Dla części z nich to ostatni dzień w Astanie. Nie wszystkim starczy środków, sił, by wytrwać do końca. Starsi odjeżdżają dziś wieczorem. Co myślała babcia Osińska, słuchając o znajomym jej, wysokim, żartobliwym księdzu Bukowińskim z ust Papieża? A Ciosanowscy? A młody Gałgan – karateka, który trafnie przewidział, że w Karagandzie jest na papieską wizytę za duże błoto i grobu księdza Bukowińskiego Ojciec Święty nie zobaczy? Co czują babcie, które wzywały niedawno do zwalczania rosyjskojęzycznych mszy, w obliczu papieskich słów na placu Matki-Ojczyzny? A członkowie sekt, a niewierzący, co przybyli z ciekawości, a misjonarze, a matki-alkoholiczki, wzięte przez siostrę Katarzynę do opieki nad dziećmi? Nie czas, nie miejsce, by wypytywać.
Jak mówił ksiądz Zbigniew, który ruszył w niedzielny poranek rozdawać na astańskim placu Komunię: „Nie wmawiajmy sobie, że nagle, zaraz po wizycie, coś się radykalnie zmieni. Niewątpliwie zwiększy się liczba powołań. Zmieni się coś w ludziach. Co? Zobaczymy”. 

Jędrzej Morawiecki

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl