Gdy opadnie kurz 

Stanisław Lem

 

W związku z nadmiarem nadchodzącej korespondencji i pism, które powinienem przeczytać, odkładam zwykle na kilka dni bieżące numery „Heralda”. Zwyczaj ten okazał się teraz bardzo instruktywny. 


Jeszcze jedenastego września opublikowano tam artykuł, opisujący rozwarstwienie i hierarchizację otoczenia prezydenta Busha. Wiceprezydent Cheney był wtedy głęboko upchany w tle i nie bardzo się liczył, a generał Powell przegrywał wyraźnie z Condy Rice – bo tak skracają imię Condoleezza. Ten ranking zmienił się po zamachu bardzo gwałtownie. Równocześnie służby ochrony zaczęły mieć silny wpływ na zachowanie rządu. Postanowiono oddzielić wiceprezydenta od prezydenta, wychodząc z okrutnego założenia, że w przypadku zamachu przynajmniej jeden ocaleje. Wśród tych służb panuje wyraźne poczucie, że to nie jest koniec terrorystycznych działań, tylko pewien ich etap, choć może i kulminujący.
Zastanowiły mnie rozważania niemieckich specjalistów od strategii, którzy powiadają, że scenariusz amerykańskiej katastrofy został opracowany, zanim jeszcze Bush znalazł się w Białym Domu. Wynika stąd, że niezależnie od jego kroków (i jego rozumu), zbrodniczy plan zostałby wykonany. Nie zmienia to mojego przekonania, że Bush junior – przykro to mówić – wygląda trochę jak atrapa prezydenta. Wypowiada ogólnikowo-retoryczne zdania – wolność zwycięży, wykurzymy terrorystów z ich nor – ale brakuje w tym konkretów. Bardziej rozsądnie zachował się wiceprezydent Cheney, podkreślając, że mamy do czynienia z wojną, która może trwać całe lata. Istotnie, wypreparowanie ze społeczeństw islamskich nerwowej tkanki terroryzmu stanowi zadanie niewymownie trudne. Żeby w nią wniknąć, trzeba być Arabem albo człowiekiem nadzwyczaj biegle władającym językiem arabskim. Z drugiej zaś strony ci, którzy grali główną rolę w atakach na Nowy Jork i Waszyngton, byli silnie zadomowieni i w Stanach, i w Niemczech, nie wprowadzono ich na scenę w ostatniej chwili.
Amerykanie nie mają gotowego planu i chcą chyba przedłużyć okres mobilizacji sił; tego rodzaju akcji odwetowej nie montuje się w dzień-dwa. Za plecami prezydenta działa tato Bush, doświadczony w montowaniu koalicji przeciwko Saddamowi Husajnowi. Nawiasem mówiąc, widać dzisiaj wyraźnie, że zatrzymanie ofensywy na Bagdad przez Powella i Busha seniora było jednak wielkim błędem.
Czy zachodzi możliwość nuklearyzacji amerykańskiego kontruderzenia? Sądzę, że nawet z czysto pragmatycznych, pozamoralnych, taktyczno-wojskowych względów nie miałoby to sensu. Kiedy w 1945 roku Amerykanie dokonali dwóch atomowych uderzeń na Japonię, liczba ofiar w Nagasaki była przeszło dwukrotnie mniejsza niż w Hiroszimie. Przyczyną był pagórkowaty, nierówny teren, tworzący tak zwane cienie chroniące przed udarem nuklearnym. Afganistan zaś to kraj bardzo górzysty. Sens uderzenia na Afganistan w ogóle zresztą jest wątpliwy. Łatwiej znaleźć igłę w stogu siana aniżeli trafić w bin Ladena: wszystkie ośrodki, w których rozmaite organizacje terrorystyczne prowadziły ćwiczenia i manewry, kompletnie opustoszały. Nawet jeżeli Amerykanie straszliwie się rozmachną i rąbną żelaznym kułakiem, to gdy opadnie kurz, nie będzie wiadomo, co robić dalej.
Niektórzy nadal upierają się przy pomyśle tarczy antyrakietowej. Kiedy sekretarz obrony Donald Rumsfeld w swoim biurze przekonywał senatorów o niezmiernej wadze takiej tarczy, w pół słowa przerwała mu eksplozja wywołana przez spadający na Pentagon samolot. Pomysł gwiezdnych wojen wydaje mi się rodem nawet nie z science fiction: przypomina produkt myślenia paranoicznego, które wszystkie zjawiska skomplikowanego świata usiłuje sprowadzić do jednego jedynego mianownika.
Obejrzałem w telewizji niemieckiej rozmowę z Peterem Scholl-Latour; kwintesencją jego dłuższych wywodów było, że demokracja może wyjść zwycięsko z tego starcia pod warunkiem, że przestanie być demokracją. Trzeba zrezygnować z niektórych swobód obywatelskich, trzeba odebrać organizacjom religijnym specjalne prawa, którymi się cieszą w Niemczech, skoro za zasłoną akcji religijnej mogą się rozwijać zupełnie inne działania. Pewien specjalista od politologii z kolei wystąpił ze śmiałą tezą, że zamiary morderców sięgały daleko: chodziło im o sprowokowanie Stanów Zjednoczonych do uderzenia w świat islamski, dzięki czemu ten świat nabierze – użyjmy silnego eufemizmu – takiego niesmaku wobec Zachodu, że nastąpi rzeczywiste rozwarstwienie i pęknięcie cywilizacyjnej opoki. Myśl ta wybiega poza doraźne skutki ostatnich wydarzeń. Pomału zresztą dowiadujemy się, że radosne tańce i śpiewy na wiadomość o zamachu nie odbywały się tylko w Gazie i arabskiej części Jerozolimy, ale także na przykład w Brazylii. Jest niestety więcej miejsc na Ziemi, w których ludzie, niekoniecznie wyznający islam, byli dość radzi temu, co się stało. Putin obiecał wprawdzie, że z terroryzmem będzie walczyć wraz z Amerykanami, ale zastrzegł od razu, że baz żadnych nie udostępni. Kilku zaś rosyjskich gubernatorów zdążyło jeszcze wyrazić po zamachu swoją radość, zanim ich Putin nie przytłumił.
Amerykanie wprowadzają na pokłady samolotów uzbrojone osoby w cywilu. Rozległ się głuchy jęk padających pod ciężarem finansowym kompanii lotniczych. Okazało się przy tym, że pracownicy kontrolujący bagaże wynagradzani byli nadzwyczaj marnie, choć to od nich zależy bezpieczeństwo lotów, a w dodatku są stale naświetlani słabym bo słabym, ale jednak promieniowaniem rentgenowskim. Linie lotnicze uważały, że na więcej ich nie stać. Seria wielkich aresztowań trwa, całe FBI postawiono na nogi. Dotąd jednak powiodła się tylko ta część śledztwa, którą w klasycznej powieści kryminalnej określa się jako rekonstrukcję zbrodni: znane są nazwiska i fotografie tych, którzy samobójczo zginęli. Mamy do czynienia z terrorystami nowej generacji, obdarzonymi piekielną inteligencją i dalekowzrocznością; trudno ich porównywać nawet z Rote Armee Fraktion. Ci, którzy mieli przeprowadzić akcję samobójczą, pozostawali długo w uśpieniu. Nie wolno im było zrobić niczego, co mogłoby wzbudzić najmniejsze podejrzenie. 
W tej chwili prasa pełna jest opisów dramatycznych scen, jakie działy się w Nowym Jorku. Wszyscy są wciąż oszołomieni i zaczadzeni okolicznościami tego strasznego wydarzenia i nie bardzo myślą o dalekosiężnych konsekwencjach, jakie zamach na Amerykę będzie miał dla świata. I nie chodzi tylko o stronę ekonomiczną, która wygląda niewesoło; wszystkie giełdy zareagowały spadkiem kursów. Obserwatorzy giełdy japońskiej twierdzą przy tym, że w przeddzień terrorystycznego uderzenia ludzie związani najpewniej z bin Ladenem zaczęli grać na zniżkę akcji wielkich przedsiębiorstw ubezpieczeniowych, chociaż szły one wtedy w górę, i wskutek tego zarobili potem wieleset milionów dolarów. Nie sądzę zresztą, by bin Laden bezpośrednio wydawał rozkazy, widzę w nim raczej złego ducha. I myślę tak nie dlatego, że złożył on przysięgę afgańskim mułłom, jakoby nie miał z zamachem nic wspólnego.
Zamach objawił jakiś niesłychanie spotęgowany potencjał nienawiści do cywilizacji zachodniej za to, że ona się tak dobrze miała. Prawdziwie wstrząsnął posadami świata. „Już w gruzach leżą Maurów posady” – tyle że nie Maurów, a całkiem na odwrót. Najbardziej intrygujące pozostaje pytanie, czy nad tym wszystkim szybował jakiś plan bardziej dalekowzroczny. 
Nadciągające lata mogą stać się widownią niewesołych zdarzeń. W „Bibliotece XXI wieku” napisałem, że w nadchodzącym wieku doczekamy się działań kryptomilitarnych: zamach na Amerykę jest takim właśnie działaniem. Nie daje się wpasować w definicję Clausewitza: wojna jako polityka prowadzona innymi środkami, w której chodzi o to, by przeciwnika albo zniszczyć, albo zmusić do pertraktacji. Javier Solana powiedział, że nie należy wykonywać kontruderzenia, tylko prowadzić dialog. Otóż dialog jest o tyle niemożliwy, że nie znamy partnera. Strona, która dokonywała aktów terroru, zwykle dotąd deklarowała, z pewną nawet dumą: tak, to my zrobiliśmy. Tym razem panuje absolutne milczenie, nikt się do niczego nie przyznał. Wykonawcy nie żyją, a inspiratorzy się nie odzywają. Fakt zaś, że wszyscy włącznie z Chińczykami zamach potępili, okrywa jego sprawców jeszcze szczelniej peleryną nierzeczywistości.

Stanisław Lem

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl