Talibowie: ideologia, która zakazała radości

Bajka o Smoku

ANNA KRASNOWOLSKA

 


Opowieść napisana jest piękną, poetycką prozą perską. Jej bohater, zwany Nocnym Wędrowcem, odbywa pełną przeszkód drogę, której celem jest uwolnienie Miasta spod władzy Smoka – występującego też jako Czarny Jeździec lub Bohater w Czerni – i odnalezienie wygnanej Zielonej Bogini. Etapy tej drogi, przeszkody, miejsca i postaci pozwalają rozpoznać schemat eposu heroicznego i alegorii mistycznej – opowiadającej wędrówkę duszy w poszukiwaniu Boga. 
Najpierw bohater jest świadkiem narodzin Smoka: w czasie wędrówki przez pustynię trafia do jaskini i znajduje zatęchłe jezioro, pełne zjadających się nawzajem robaków. „Trwało to przez jakiś czas, aż wreszcie jeden z robaków okazał się silniejszy od innych, pożarł wszystkie i zaczął zmieniać kształt. Wypuścił pazury, wyrosły mu skrzydła i ogon, jego oczy stały się czerwone, jak dwie pełne krwi misy, a z pyska i nozdrzy jęły się dobywać płomienie. W krótkim czasie stał się tak ogromny, że nie mieścił się już w sadzawce. Wylazł z wody i ruszył ku wylotowi jaskini”. Smok opanowuje naiwny świat, opisany jako raj utracony. Miasto, które odtąd ma być Miastem Umarłych lub Miastem Milczenia, zostaje zamknięte, pozbawione dróg na zewnątrz. Kraj wokół zostaje spustoszony. 
Rządom Smoka towarzyszy kult, sprawowany przez ponurych ascetów, którzy władają Miastem jako reprezentanci Najwyższego Władcy. Zaprowadzają purytańską obyczajowość i rygorystyczne porządki, niszczą wszystko, co ma związek z radością życia i pięknem. Zakazane zostają zabawy dzieci, kontakty młodzieży płci przeciwnej, muzyka, wino i śmiech. Niepokorni trafiają do lochów. Mieszkańcy zaczynają zapadać na tajemnicze choroby: chorobę smutku, wściekłości i gniewu, oraz chorobę strachu i podejrzliwości. Prowadzą one do rozpadu więzi między nimi, odbierają wolę. Opowieść, jak to bajka, kończy się happy endem, choć chwilowym: bohaterowi udaje się ocalić Miasto i sprowadzić z wygnania rzeczywistą królową i Zieloną Boginię. Wiadomo jednak, że Smok, choć pokonany, w każdej chwili może się odrodzić. 
W każdej kulturze są teksty literackie dla niej kluczowe, dające się odczytywać na nowo w zmieniających się kontekstach historycznych. Kiedy zastanawiamy się dziś nad fenomenem talibów, przychodzi na myśl ta opowieść – dzieło nieżyjącego afgańskiego pisarza i intelektualisty Sayeda Bahauddina Madżruha (1928-88). 
Zachodowi Madżruh znany był jako twórca – po inwazji sowieckiej na Afganistan – emigracyjnego centrum informacyjnego w Peszawarze (Afghan Information Centre). Jako przedstawiciel oświeconej elity afgańskiej, łączącej tradycyjne muzułmańskie wykształcenie humanistyczne z europejską uniwersytecką erudycją, Madżruh reprezentował ten nikły odłam opozycji afgańskiej, który przeciwstawiając się komunistom, nie ulegał ani partykularyzmom etnicznym, ani nasilającemu się fundamentalizmowi religijnemu. Informacje Afghan Information Centre były rzetelne i odbijały od powstańczej prasy normalnością języka i brakiem rewolucyjno-religijnej nowomowy. 
Madżruh nie doczekał wyjścia Rosjan z Afganistanu. Został zamordowany w swoim biurze w lutym 1988 przez zamachowca-fundamentalistę. Pozostawił teksty publicystyczne, naukowe i literackie. Wśród tych ostatnich znalazła się ta dziwna książka – opowieść o Smoku – będąca przesłaniem człowieka widzącego ostrzej niż otoczenie i próbującego ostrzec przed kataklizmem. Jej tytuł Ażdaha-ye chodi tłumaczono na angielski jako Ego-monster (Ego potwór) i The Dragon of Selfishness (Smok egocentryzmu). „Smok” powstał w 1972 r. w Kabulu, jeszcze przed obaleniem monarchii (1973), przewrotem komunistycznym (1978), wkroczeniem Armii Czerwonej i wszystkim, co nastąpiło potem. 
Opowieść Madżruha była zlaicyzowaną wersją tego, co w literaturze muzułmańskiej przyjęło się nazywać „eposem mistycznym”. Ale krytycy rychło zaczęli dopatrywać się w niej politycznych podtekstów. W Smoku-despocie rozpoznawano prezydenta Dawuda, kiedy obalił monarchię. Później uznano, że pisarz przewidział nadejście komunizmu i sowiecką inwazję. Jakkolwiek by było: przeciwstawiona władzy Jeźdzca w Czerni wygnana Bogini symbolizuje marzenie o Afganistanie – szczęśliwym, tolerancyjnym, wielokulturowym, nie zniszczonym przez kataklizmy cywilizacyjne. 
Dziś nie dowiemy się, jakie były intencje Madżruha. Nie ulega jednak wątpliwości, że Madżruh pisał o rzeczywistości afgańskiej – i pozostawił diagnozę. W tamtych czasach fundamentalizm islamski nie istniał jeszcze jako problem polityczny, musiały jednak istnieć psychologiczne i społeczne przesłanki jego powstania – które potem zaktywizowały się w sytuacji ekstremalnej. 
Syndrom tyrańskiej władzy opisany przez Madżruha doskonale oddaje ducha dyktatury talibów w dzisiejszym Afganistanie. Laicki intelektualista muzułmański już wtedy musiał zdawać sobie sprawę z tego, co może się wydarzyć, jeśli rygorystyczny islam przekształcony zostanie w ideologię u władzy. Jego wizja, która na początku lat 70. poczytana być mogła za fantastykę, dziś nabiera aktualności – nawet jeśli książki tej nie ma dziś kto wznawiać i interpretować... 
Póki świat podzielony był na dwa bloki, Afganistan walczący z Moskwą miał dla Zachodu znaczenie. Popierano ugrupowania opozycyjne o największej sile przebicia – a tymi okazały się grupy fundamentalistyczne, coraz bardziej się radykalizujące. Narzucanej przez komunizm ideologii przeciwstawiały inną ideologię – „własną” i jednoczącą, z którą utożsamić się mógł człowiek prosty. Za taką posłużył islam: upolityczniony, zmilitaryzowany i tylko zewnętrznie podobny do tego, jaki afgańscy wieśniacy wyznawali na co dzień. Podobnie jak w sąsiednim Iranie, islam stał się budulcem, z którego powstała ideologia polityczna: dynamiczna, nośna, odwołująca się do symboli nacechowanych emocjonalnie. Sytuacja wojny – i istnienie przeciwnika, postrzeganego jako ucieleśnienie Zła – przyspieszyły krystalizację afgańskiego fundamentalizmu. 
Po wycofaniu się Rosjan islam polityczny nie tylko nie zanikł, ale po kilku latach do władzy doszło ugrupowanie reprezentujące jego najbardziej drastyczną i agresywną formę. Talibowie to formacja, której zalążkiem stali się afgańskich uczniowie szkół koranicznych w Pakistanie, przeważnie młodzi ludzie z obozów uchodźczych, sieroty wojenne, ludzie pozbawieni zaplecza tradycyjnej kultury plemiennej i lokalnej, nie zakorzenieni też trwale w nowym otoczeniu. Szkoła dała im nie tylko fanatyczne i purytańskie wychowanie religijne, ale też trening ideologiczny i wojskowy. 
Dziś kraj pod rządami talibów pozbawiony jest wszelkich normalnych struktur państwowych, gospodarki, służby zdrowia, szkolnictwa, środków do życia. Reżim uważający się za idealną realizację zasad islamu, lekceważy prawa człowieka. Przejawia się to szczególnie dyskryminacją kobiet i pozbawieniem ich wszelkich praw – do pracy, nauki, ochrony zdrowia, nawet pokazywania się publicznie. Zakazane są wszelkie formy kultury zachodniego pochodzenia, także zresztą liczne formy tradycyjnej kultury własnej – telewizja, kino, literatura i muzyka, zabawy i rozrywki. Tępione są też stare lokalne tradycje nie związane z islamem. 
Wiosną tego roku talibowie zniszczyli rzeźby buddyjskie w Bamjanie – część kompleksu klasztorów z pierwszych wieków naszej ery, drążonych w skale. Zniszczyli też prawdopodobnie zasoby Muzeum Kabulskiego, które przetrwały reżim komunistyczny. Świat wyraził oburzenie – i zapomniał. Do dziś – kiedy Smok „wylazł z wody i ruszył ku wylotowi jaskini”... 


Autorka jest iranistką, profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl