Votum separatum

Strachy i wstręty

JÓZEFA HENNELOWA

 

Poniewierka uciekinierów afgańskich z „Tampy” dobiegła zdaje się końca (jeśli wylądowanie w obozie dla uchodźców, choćby w kraju najzupełniej przyjaznym, za koniec można uznać). Ale przecież to tylko mały fragment sprawy dziejącej się nieustannie, a od kryzysu nowojorskiego jakby na nowo wyjaskrawionej. Ciągle pokazują nam teraz w serwisach z Afganistanu wędrówki uciekających z kraju – w jakiej poniewierce, można się tylko domyślać. Rozpaczliwa jest ta ucieczka, bo właściwie donikąd: czyż za granicą pakistańską czeka świat choć odrobinę bardziej przyjazny? A i tego świata strzegą straże broniące dostępu. Jeśli konflikt, a z nim groźba działań odwetowych przeciw terrorystom, działań o niewyobrażalnej w tej chwili jakości i zasięgu, będą narastały, wzbiorą i rozleją się rzeki uchodźców, coraz bardziej zagubionych, coraz bardziej nie mających przed sobą żadnego jutra. Nikomu niepotrzebnych.
A tu nagle posłyszeliśmy w Polsce, tak szczęśliwie dotąd umykającej przed tym – jednym z najtrudniejszych – egzaminem współczesnego świata, że już z góry mamy nastawić się do uciekinierów i imigrantów negatywnie, bo niosą ze sobą niebezpieczeństwo innej niż nasza, a więc niepożądanej kultury i nawet groźbę terroryzmu. Tylko dlatego że inni, obcy. Religią, narodowością, tradycją. 
To była tylko uwaga na marginesie zupełnie innej troski – wyrażonej z okazji międzynarodowych obrad demografów – że w Polsce, tak jak w innych sąsiednich i dalszych rejonach Europy, starzejemy się i nawet zaczyna nas ubywać. Że zapowiadane kiedyś na przełom tysiącleci dumne czterdzieści milionów mieszkańców Polski nie tylko nie jest osiągalne, ale i nie będzie – jak tak pójdzie dalej, to co roku będzie nas po trochu mniej. Więc – i to jest ten pesymistyczny wniosek – grozi nam lekarstwo gorsze pono od choroby: napływ obcych, tych prężniejszych, bardziej żywotnych, ale przecież podobno wyłącznie nam zagrażających. Powinniśmy mnożyć się, rodzić dzieci, po to, by nie dopuścić do takiej sytuacji. 
Nie chcę za wiele rozważać, jaką siłę przekonywania ma taka argumentacja za dzietnością. Wydaje mi się smutna, pesymistyczna do gruntu (a nadto całkowicie nieskuteczna). To tak, jakbyśmy, w przeciwieństwie do naszych przodków, otwierających ojczyznę tylu nacjom i tylu wiarom i czyniącym z tych przybyszów braci, teraz nie wierzyli w jakąkolwiek siłę własnej kultury i duchowości. Ale dobrze, zgódźmy się, że byłby to dziś egzamin nieporównanie trudniejszy. Nie my jedni boimy się nowego „najazdu na Europę”. Jest on już zresztą faktem od dziesiątków lat. Dotąd udawało się dawkować napływ, spowalniać liczebność i czuwać nad asymilacją. Ale i napływ, i mnożenie zakazów wraz z uszczelnianiem granic są coraz większe, a my coraz bardziej wciągnięci jesteśmy w ten proces, coraz bardziej podporządkowywać się musimy wspólnym działaniom we wznoszeniu i umacnianiu barier.
A jeśli teraz, z datą 11 września, zacznie się nowy rozdział? Bardzo trudny, bo nowy strach dołożył się do dawnych wstrętów wobec prymitywizmu czy rażącej odmienności imigrantów. Strach ma swoje uzasadnienia. Ale czy nie przerodzi się w program powszechnej ksenofobii? Cóż warta byłaby Europa „o chrześcijańskich korzeniach”, Europa demokracji i praw człowieka, skupiona tylko na tym jednym nakazie: nie puszczać obcych, bo obcy?

Józefa Hennelowa
 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl